| Satan.pl > Czytelnia > Felietony > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Amorgen
Nasus interpretum (2004-04-30)
W jednej z wypowiedzi na "Forum" pojawiło się ostatnio dość interesujące stwierdzenie, piętnujące ex cathedra pewien rodzaj olfaktywnego niechcenia. O!... Za pozwoleniem: kogóż to miało się na myśli?... Kim są ci obrzydliwie leniwi pseudointelektualiści, którzy nie raczyli zdobyć się nawet na minimalny wysiłek "powąchania"?...
Chodzi oczywiście o masę bezbożnych. Czyli - pośrednio - na przykład o mnie. Ponieważ lubię znajdować się w dobrym towarzystwie, zaliczeniem do "masy" - wyjątkowo - w ogóle nie poczułam się urażona. Wręcz przeciwnie! Zaś paluszek autorki, oskarżycielsko i trochę po kaznodziejsku wycelowany także i w moją osobę, potraktowałam nieco instrumentalnie: lubię łaskotki! Pod warunkiem, że są delikatne. I rozsądnie dawkowane...
Ale już posądzenie o analfabetyzm popieściło mnie trochę za mocno. W dodatku w nos. A tego niestety bardzo nie lubię. No cóż, ponieważ zapach świętości nieco zbyt nachalnie podrażnił mój bezbożny zmysł powonienia, postanowiłam skorzystać z okazji i po raz kolejny poczuć pismo nosem. Lubię nowości wydawnicze.
Zajęłam się więc czytaniem niedawno odkrytego Pisma marsjańskiego. Nie muszę chyba dodawać, że wszelkie podobieństwa osób i miejsc są całkowicie przypadkowe. A cokolwiek i jakkolwiek sobie skojarzycie, uczynicie to wyłącznie na własną odpowiedzialność. I wedle osobistej perwersyjnej fantazji.
Kiedy zaczęłam czytać, z zaciekawieniem i nadzwyczaj chciwie chłonęłam każde słowo. Lecz jednocześnie po prostu nie mogłam odmówić sobie przyjemności bodaj pobieżnego przeanalizowania tekstu. Zarówno pod kątem zgodności z marsjańska tradycją, jak i pod względem językowym.
Weźmy chociażby opowieść o Delirii i Gomerze. Tradycyjne wyjaśnienie przyczyn zniszczenia tych miast znają wszyscy Marsjanie. Ale może nie do końca należy ufać ich tradycji?...
Na czym w istocie polegała "sprawiedliwość" Ocalonego? W jaki sposób pozytywnie wyróżnił się on na tle innych? Jeżeli uważnie przyjrzeć się opowieści o jego losach, można dość łatwo dojść do wniosku, że uszedł z życiem, ponieważ jako jedyny w mieście uszanował pradawne, święte prawo gościnności. Tylko i wyłącznie w ten sposób okazał się lepszy od sąsiadów.
O tym, na jakich rozrywkach i w czyim towarzystwie bohater opowieści spędzał wolny czas, nie wiemy absolutnie nic. Brak na ten temat jakichkolwiek danych. Co kraj, to obyczaj, więc - niestety - możemy się jedynie domyślać... Lecz w zasadzie ma to drugorzędne znaczenie.
Inni mieszkańcy Delirii zostali ukarani bynajmniej nie za to, że radośnie i beztrosko przelatywali się ŕ rebours gdzie i kiedy popadło, lecz raczej za to, że wyjątkowo lekkomyślnie i nieostrożnie zapragnęli - zapewne dla odmiany - zbiorowo przelecieć się z Szanownymi Gośćmi, w dodatku nie pytając ich przedtem o zgodę.
Cóż, postąpili - delikatnie mówiąc - nietaktownie, niegrzecznie i przy okazji bardzo niegościnnie. Wiele wskazuje na to, że nie po raz pierwszy. Czyli w dodatku - recydywa. Tylko, że tym razem cały starannie ułożony scenariusz diabli wzięli. Bo obiekt pożądania został wybrany wyjątkowo nietrafnie. Nie ma co do tego wątpliwości. Nawet na Marsie nie igra się bezkarnie z dochodzeniówką.
Karę "za usiłowanie przelotu bez biletu" jestem w stanie zrozumieć. Owszem. Ale co z żoną Sprawiedliwego, która - jeżeli wierzyć marsjańskiej tradycji - za jedno nazbyt wścibskie spojrzenie została zamieniona w słup soli?... Smakowite!... Choć może nieco przesolone. Ale i tak nagle poczułam wielką ochotę, żeby podejść całkiem blisko do zatrzymanej "w kadrze" pani N. i - równie bezczelnie, co bezkarnie - polizać. Gdziekolwiek...
Niestety, mój entuzjazm okazał się całkiem daremny, bo żona Ocalonego raczej nie zyskuje przy bliższym poznaniu. Jak to?!... Czego tym razem się czepiam?...
Zbyt dosłownego zrozumienia i takiegoż przetłumaczenia stałego związku frazeologicznego, który w oryginale oznaczał, powiedzmy: "nagły szlag ją trafił". W języku docelowym szlag może już trafić co najwyżej czytelnika. Zaś bohaterka historii cudownie i - przyznaję - nader estetycznie przemienia się w słup soli. To trochę tak, jakby ktoś pokusił się o dosłowne przetłumaczenie z polskiego na jakikolwiek inny język potocznego frazeologizmu: "Coś ci się na mózg rzuciło".
Otrzymany w taki sposób przekład byłby niewątpliwie bardzo obrazowy. I równie przesolony, co opowieść o tragicznym zejściu z tego świata pani N. Chociaż nie... Nie przesolony... Przepieprzony. W dodatku nieświadomie. Przez pomyłkę. A w tym wypadku kuchenna improwizacja trochę zalatuje amatorszczyzną.
Po egzotycznej kulinarnej eskapadzie postanowiłam dla odmiany odpocząć sobie w marsjańskim raju. Miałam niestety pecha, bo ledwie zdążyłam odetchnąć co nieco i przeboleć niedawne rozczarowanie, a już jakiś diabełek z pudełka - lub wyjątkowo perwersyjny deus ex machina - namówił mnie do ponownego taplania się w słownikach i powąchania pisma.
Cóż, to silniejsze ode mnie… Znowu więc dość nieprzyzwoicie złapałam tradycję za słówka. Tym razem pozwoliłam sobie zapytać: kto podkusił Pierwszą Marsjankę do zjedzenia owocu z drzewa świadomości?
"Szatan" - przeczytałam z lekkim rozbawieniem na stronie Oficjalnej Czytanki dla Dorosłych Marsjan. No tak… Tradycyjnie taka odpowiedź powinna mnie ostatecznie usatysfakcjonować. Nic z tego! Nie jestem tradycjonalistką, lecz niepoprawną jawnogrzesznica: z upodobaniem grzeszę na przykład wredną dociekliwością, a czasami nawet - rozumem. Zdarza się… Poza tym - last but not least - żadna ze mnie Marsjanka... I w ogóle niezbyt ufam wszelkim tradycjom.
Cóż, niejako po starej znajomości zajrzałam do tekstu źródłowego.
Niespodzianka! Tutaj dla odmiany Kusiciel nosi dźwięczne imię "Nahash". Po tradycyjnym, demonicznym "Shatanie" - ani śladu. Znów czyjaś krecia robota... Poszukałam więc trochę dalej tego szczególnie interesującego mnie słowa. Znalazłam. Wszystkiego: cztery razy. W tym dwa - w "Lu-Cyferkach", ale niestety jedynie jako rzeczownik użyty przysłówkowo, w znaczeniu: "stojąc na drodze, na przeszkodzie". Trochę jak kłoda rzucona pod nogi... Poza tym słowo "Shatan" jako synonim "anioła" pojawia się tylko raz. Zaś po raz drugi określa, już precyzyjniej: "upadłego anioła". Hiobowe wieści… Niestety...
Oj, tradycjo, tradycjo... - westchnęłam ciężko i nieco zniechęcona odłożyłam pismo na biblioteczną półkę, gdzie zapewne dość długo będzie pokrywało się kurzem. Nie z mojej winy. Za karę. Co strona, to crux - lub raczej nasus - interpretum. Dziękuję uprzejmie! Już dosyć się nawąchałam. Przynajmniej na jakiś czas powinno mi wystarczyć.
W dodatku - niejako przy okazji - nie wiedzieć czemu zupełnie przeszła mi ochota na jakiekolwiek galaktyczne podróże. Podjęłam w związku z tym stanowczą decyzję: wracam z powrotem na stare śmiecie. I poczytam sobie dla odmiany bardziej swojską, przyziemną literaturę.
Z lataniem na razie koniec, toteż na pewno nie będą to "Dzienniki gwiazdowe". Ani - przynajmniej w najbliższym czasie - "Wielki testament", choć muszę przyznać, że w zasadzie lubię Villona. Więc może w takim razie "Edda poetycka"? Średniowieczna poezja prowansalska? Albo "Paryski spleen"?... Cóż, jeszcze nie wiem. Ale jedno sobie bardzo solennie obiecałam: następnym razem zastanowię się o wiele dokładniej zanim w o g ó l e zacznę czytać.
| Amorgen |
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















