Satan.pl > Czytelnia > Nietzsche >[ Zaloguj się ]   [ Rejestracja ]
FelietonyEsejePublikacjeKontekstyKontakt

9| Wywody nie na czasie

<poprzedni<  początek >następny>

Uwaga, ta strona w wyniku przenosin na nowy serwer została ucięta, jest niekompletna. Wkrótce zostanie poprawiona i uzupełniona.

1.

M o i n i e m o ż l i w i. - S e n e k a1: czyli torreador cnoty. - R o u s s e a u2: czyli powrót do natury w impuris naturalibus3. - S c h i l l e r4: czyli trębacz moralności z Säckingen. - D a n t e5: czyli hiena, która pisze w grobach. - K a n t: czyli cant6 jako inteligibilny charakter. - V i c t o r H u g o7: czyli Faros8 nad morzem absurdu. - L i s z t9: czyli szkoła biegłości - w biegu za kobietami. - G e o r g e S a n d10: czyli lactea ubertas11, to znaczy: dojna krowa o "pięknym stylu". - M i c h e l e t12: czyli natchnienie, które ściąga surdut... C a r l y l e13: czyli pesymizm jako obiad, od którego się odstąpiło. - J o h n S t u a r t M i l l14: czyli znieważająca jasność. - Les freres15 de Goncourt16: czyli Ajaksowie w walce z Homerem. Muzyka Offenbacha17. - Z o l a18: czyli "jaka to radość, że się cuchnie". -

2.

R e n a n19. - Teologia, czyli zepsucie rozumu przez "grzech pierworodny" (przez chrześcijaństwo). Świadectwem Renan, który, gdy tylko zaryzykuje "tak" lub "nie" bardziej ogólnego rodzaju, z męczącą regularnością zaraz chybia. Na przykład chciałby połączyć w jedno la science20 i la noblesse21: lecz la science należy do demokracji, widać to przecież jak na dłoni. Pragnie, z niemałą ambicją, przedstawiać arystokratyzm ducha: lecz zarazem pada na kolana, i nie tylko na kolana, przed doktryną stanowiącą jego przeciwieństwo, przed évangile des humbles22... Cóż pomoże wszelka wolnomyślność, nowoczesność, szyderczość, wszelka gibkość krętogłowa, gdy w trzewiach pozostało się chrześcijaninem, katolikiem, wręcz kapłanem! Swą inwencję przejawia Renan w wabieniu, niczym jakiś jezuita i spowiednik; jego duchowości nie brakuje szerokiego uśmieszku klechy - jak wszyscy kapłani staje się groźny dopiero wtedy, gdy kocha. Wielbić w sposób, który jest groźny dla życia: nikt nie potrafi mu w tym dorównać... Duch Renana, duch, który rozstraja n e r w y, jest jeszcze jedną fatalnością, dla biednej, chorej Francji, chorej na zanik woli. -

3.

S a i n t e - B e u v e23. - Nic z mężczyzny; pełen małostkowej złości wobec wszystkich męskich duchów. Snuje się wkoło, delikatny, ciekawski, znudzony, nadstawiający ucha - w gruncie rzeczy kobieta, z kobiecą mściwością i kobiecą zmysłowością. Jako psycholog jest geniuszem médisance24; niewyczerpanie bogaty w służące temu środki; nikt nie potrafi lepiej mieszać trucizny z pochwałą. Plebejski w najniższych instynktach, spowinowacony z resentymentem Rousseau: z a t e m romantyk - albowiem pod wszelkim romantisme25 chrząka i pożądliwie spogląda Russowski instynkt zemsty. Rewolucjonista, ale strach jako tako utrzymuje go w ryzach. Pozbawiony swobody w postawie wobec wszystkiego, co stanowi potęgę (wobec opinii publicznej, wobec Akademii, wobec dworu, nawet wobec Port Royal). Rozgoryczony względem wszystkiego, co wielkie w ludziach i rzeczach, względem wszystkiego, co wierzy w siebie. Na tyle poeta i półniewiasta, by wielkość odczuwać jeszcze jako moc; stale pokurczony jak ów sławetny robak, bo stale się czuje deptany. Jako krytyk, pozbawiony kryteriów, oparcia i kręgosłupa, mówiący językiem kosmopolitycznego libertyna, ale nie mający odwagi, by się przyznać do libertinage26. Jako historyk, pozbawiony filozofii, pozbawiony m o c y spojrzenia filozoficznego - stąd odrzucający we wszystkich zasadniczych kwestiach zadanie osądu, trzymający przed sobą "obiektywność" jako maskę. Inaczej odnosi się do wszelkich spraw, w których najwyższą instancją jest delikatny, zużyty smak: tu rzeczywiście ma odwagę być sobą, ma ochotę być sobą - tu jest m i s t r z e m. - Pod pewnym względem praforma Baudelaire'a27. -

4.

Imitatio Christi28 należy do książek, które biorę do ręki nie bez fizjologicznego oporu: tchnie parfum29 wiecznej kobiecości, znośną tylko dla Francuza - bądź wagnerczyka... Ten świątobliwy mówi o miłości w taki sposób, że zaciekawia nawet paryżanki. - Jak słyszę, książką tą inspirował się ów n a j r o z t r o p n i e j s z y jezuita, Comte30, który swych Francuzów chciał zaprowadzić do Rzymu o k r ę ż n ą d r o g ą, co wiedzie przez naukę. Wierzę, że tak było: "religia serca"...

5.

G. E l i o t31. - Wyrzekają się chrześcijańskiego Boga i sądzą, że tym bardziej muszą podtrzymywać chrześcijańską moralność: oto a n g i e l s k a konsekwencja, nie będziemy jej brać za złe moralnym kobietkom a la Eliot. W Anglii za najmniejszą emancypację od teologii musi sobie człowiek, w sposób, który napawa przerażeniem, przywrócić cześć jako fanatyk moralny. To jest tam g r z y w n ą. - Dla nas, innych, sprawa wygląda inaczej. Kto porzuca wiarę chrześcijańską, ten pozbawia się zarazem p r a w a do moralności chrześcijańskiej. Moralność chrześcijańska bynajmniej nie rozumie się sama przez się: trzeba to stale podkreślać, na przekór angielskim głąbom. Chrześcijaństwo stanowi system, łącznie obmyślaną i c a ł o ś c i o w ą wizję. Jeśli ktoś wybija zeń główne pojęcie, wiarę w Boga, to rozbija całość: nie pozostaje mu już nic, co by miało charakter konieczności. Chrześcijaństwo zakłada, że człowiek nie wie i nie m o ż e wiedzieć, co jest dlań dobre, a co złe: człowiek wierzy w Boga, który wie to jako jedyny. Moralność chrześcijańska jest imperatywem; ma transcendentne32 źródło; leży poza wszelką krytyką, poza wszelkim prawem do krytyki; zawiera wyłącznie prawdę, jeżeli Bóg jest prawdą - moralność chrześcijańska całkowicie zależy od wiary w Boga. - Jeśli Anglicy rzeczywiście są przekonani, że wiedzą sami z siebie, że wiedzą "intuicyjnie", co jest dobre, a co złe, jeśli zatem mniemają, że nie potrzeba im już chrześcijaństwa jako gwaranta moralności, to przekonanie takie samo jest niczym więcej jak n a s t ę p s t w e m panowania chrześcijańskiego sądu wartościującego, wyrazem g ł ę b i i p o t ę g i owego panowania: tak iż źródło angielskiej moralności uległo zapomnieniu, tak iż nie odczuwa się już, jak bardzo uwarunkowane pozostaje jej prawo do istnienia. Dla Anglików moralność jeszcze nie stała się problemem...

6.

G e o r g e S a n d. - Czytałem pierwsze lettres d'un voyageur33: jak wszystko, co wywodzi się od Rousseau, fałszywe, sztuczne, miech, przesada. Nie mogę wytrzymać tego stylu pstrokatej tapety; podobnie jak plebejskich ambicji na punkcie wielkodusznych uczuć. Ale najgorsze jest to kobiece kokietowanie męskimi cechami, kokietowanie manierami łobuziaka. - Ta nieznośna artystka, jakże musiała być przy tym chłodna! Nakręcała się jak zegarek - i pisała... Chłodna jak Hugo, jak Balzac34, jak wszyscy romantycy, gdy tworzyli! I jak się sobie przy tym podobała, ta płodna krowa literacka, która, podobnie jak sam Rousseau, jej mistrz, ma w sobie coś niemieckiego w złym znaczeniu, która, w każdym razie, była możliwa, dopiero gdy nastąpił schyłek francuskiego smaku! - A Renan ją ceni...

7.

M o r a l n o ś ć d l a p s y c h o l o g ó w. - Nie uprawiać straganowej psychologii! Nigdy nie obserwować d l a s a m e j obserwacji! Rodzi to fałszywą optykę, zezowanie, coś wymuszonego i przesadnego. Przeżywanie jako c h ę ć przeżywania - to się nie może powieść. Nie w o l n o w przeżywaniu spoglądać na siebie, każde spojrzenie staje się wówczas "złym spojrzeniem". Urodzony psycholog instynktownie wystrzega się patrzenia dla samego patrzenia; podobnie jak urodzony malarz. Malarz nigdy nie tworzy "z natury" - swemu instynktowi, swej camera obscura35 pozostawia przesiewanie i wyrażanie "przypadku", "natury", "przeżycia"... Najpierw uświadamia sobie o g ó l n o ś ć, finał, wynik: nie wie, co to arbitralne abstrahowanie, które wychodzi od konkretnego przypadku. - A gdy ktoś czyni inaczej? Gdy na przykład za paryskimi romanciers36 uprawia straganową psychologię? Poniekąd czatuje t a k i na rzeczywistość, każdego wieczora znosi t a k i do domu garść osobowości... Lecz popatrzmy, jaki jest tego efekt - multum plam, w najlepszym wypadku mozaika, w każdym razie składanka, niespokojna, o krzykliwych barwach. Najgorszego w tej materii dostępują Goncourtowie: nie potrafią sklecić trzech zdań, które by nie sprawiały bólu oczom, oczom p s y c h o l o g a. - Natura, jeśli ją oceniać z punktu widzenia sztuki, nie jest czymś modelowym. Natura przesadza, zniekształca, pozostawia luki. Natura jest p r z y p a d k o w a. Studium z natury" wydaje mi się złym symptomem: zdradza podporządkowanie, słabość, fatalizm - płaszczenie się przed petits faits37 pozostaje niegodne kogoś, kto jest c a ł y m artystą. Widzieć, c o j e s t - przynależy to innemu rodzajowi duchów, duchom a n t y a r t y s t y c z n y m, duchom faktycznym. Trzeba wiedzieć, k i m się jest...

8.

Z p s y c h o l o g i i a r t y s t y. - Aby mogła zaistnieć sztuka, aby mógł zaistnieć jakikolwiek czyn i ogląd estetyczny, nieodzowny jest warunek fizjologiczny: u p o j e n i e. Upojenie musi zintensyfikować pobudliwość całej machiny: pierwej nie powstanie żadna sztuka. Zdolne do tego są wszelkie odmiany upojenia, jakkolwiek odmienne byłyby uwarunkowane: przede wszystkim upojenie erotyczne, ta najstarsza i najpierwotniejsza forma upojenia. Tak samo upojenie, które pojawia się w następstwie wielkich pragnień, potężnych uczuć; upojenie świętem, rywalizacją, brawurowym dokonaniem, zwycięstwem, wszelkim ekstremalnym ruchem; upojenie okrucieństwem; upojenie niszczeniem; upojenie niektórymi zjawiskami meteorologicznymi, na przykład upojenie wiosną; upojenie narkotyczne; wreszcie, upojenie woli, upojenie nagromadzonej i wezbranej woli. - Istotą upojenia jest poczucie intensywności sił, poczucie pełni. Dzięki niemu człowiek użycza czegoś rzeczom, z m u s z a je, by odeń coś wzięły, gwałci je - proces ten nosi nazwę i d e a l i z o w a n i a. Musimy się uwolnić w tej kwestii od pewnego stereotypu: idealizowanie n i e polega, jak powszechnie sądzą ludzie, na pomijaniu czy odsiewaniu pomniejszych, ubocznych aspektów. Przeciwnie, zasadniczą rolę odgrywa w nim w y d o b y w a n i e głównych rysów, dzięki czemu inne się zacierają.

9.

W stanie tym człowiek wszystko ubogaca, czerpiąc z własnej pełni: widzi zjawiska, które chce widzieć, widzi je jako wezbrane, stłoczone, potężne, przeładowane siłą. Przeobraża rzeczy, które zaczynają odzwierciedlać jego moc - które stają się odbiciem jego doskonałości. Ten m u s przeobrażania w coś doskonałego jest - sztuką. Nawet coś, czym człowiek nie jest, mimo to staje się dlań rozkoszą; w sztuce człowiek cieszy się sobą jako doskonałością. - Można by sobie wyobrazić przeciwny stan, specyficzną antyartystyczność instynktu - sposób bycia, który by wszelką rzecz ubożył, rozcieńczał, zasuszał. Historia rzeczywiście obfituje w takich antyartystów, w takich wygłodnialców życia: którzy z konieczności muszą rzeczy wchłaniać w siebie, wysysać, w y c h u d z a ć. Przypadek ten dotyczy autentycznych chrześcijan, na przykład Pascala: n i e z d a r z a s i ę chrześcijanin, który zarazem byłby artystą... Niech mi nikt dziecinnie nie przedstawia Rafaela38 czy któregokolwiek z homeopatycznych chrześcijan XIX wieku: Rafael mówił "tak", Rafael c z y n i ł "tak", zatem Rafael nie był chrześcijaninem...

10.

Co oznaczają wprowadzone przeze mnie do estetyki przeciwstawne pojęcia "a p o l l i ń s k i" i "d i o n i z y j s k i", rozumiane jako nazwa dwu rodzajów upojenia? - Upojenie apollińskie pobudza przede wszystkim oczy, które dzięki temu osiągają zdolność wizji. Malarz, rzeźbiarz, epik są par excellence wizjonerami. Natomiast w stanie dionizyjskim pobudzenia i zintensyfikowania doznaje cały system uczuciowy, który na raz daje upust wszystkim swoim środkom ekspresji, a jednocześnie uruchamia zdolność przedstawiania, odtwarzania, transfigurowania, przeobrażania, wszelkiego rodzaju mimikę i aktorstwo. Co istotne, człowiek dionizyjski umie się łatwo przeobrażać, nie może nie reagować (- podobnie jak niektórzy histerycy, którzy na jedno skinienie potrafią wejść w k a ż d ą rolę). Niepodobna, by nie zrozumiał jakiejś sugestii, by przeoczył jakiś znak uczucia, w najwyższym stopniu odznacza się rozumiejącym i odgadującym instynktem, podobnie jak w najwyżej mierze posiadł sztukę przekazywania. Wchodzi w cudzą skórę, wnika w każde uczucie: stale się przeobraża. - Muzyka, w dzisiejszym rozumieniu, również oznacza całościowe pobudzenie i wyładowanie systemu uczuciowego, niemniej pozostaje tylko szczątkiem znacznie pełniejszego świata ekspresji uczuciowej, stanowi jedynie residuum39 dionizyjskiego histrionizmu40. By umożliwić muzykę jako osobną dziedzinę sztuki, uciszono kilka zmysłów, przede wszystkim czucie mięśniowe (uciszono przynajmniej relatywnie: albowiem rytm w pewnym stopniu jednak przemawia jeszcze do naszych mięśni): tak iż człowiek już nie wszystko, co odczuwa, natychmiast imituje i przedstawia cieleśnie. Właśnie to jest normalnym stanem dionizyjskim, a w każdym razie prastanem; muzyka stanowi jego z wolna osiągniętą specjalizację, która zaistniała kosztem blisko z nią spokrewnionych zdolności.

11.

Pod względem swych instynktów aktor, mim, tancerz, muzyk, liryk są ze sobą zasadniczo spowinowaceni i tworzą jedność, ale stopniowo się wyspecjalizowali i rozeszli - wręcz po sprzeczności. Liryk najdłużej pozostawał jednością z muzykiem; aktor z tancerzem. - A r c h i t e k t nie przedstawia ani dionizyjskiego, ani apollińskiego stanu: w jego osobie widzimy wielki akt woli, wolę, która przenosi góry, upojenie wielkiej woli, które domaga się sztuki. Najbardziej mocarni zawsze byli natchnieniem dla architektów; architekt zawsze podlegał sugestywnemu wpływowi mocy. Budowla ma uwidoczniać dumę, zwycięstwo nad ciężkością, wolę mocy; architektura stanowi swego rodzaju krasomówstwo mocy poprzez formę, już to perswazyjną, nawet schlebiającą, już to jedynie imperatywną. Dzieło, które cechuje się w i e l k i m s t y l e m stanowi wyraz najwyższego poczucia mocy i pewności. Moc, która nie potrzebuje już siebie dowodzić; która nie zważa, czy się komu podoba; która z trudem odpowiada; która nie czuje wokół siebie obecności świadków; która nie jest świadoma, że się jej sprzeciwiają; która w s o b i e s a m e j znajduje oparcie, fatalistyczna, prawo pośród praw: t a k a m o c mówi o sobie jako wielki styl. -

12.

Czytałem żywot T h o m a s a C a r l y l e' a, tę farce41 wbrew wiedzy i woli, tę heroiczno-moralną interpretację stanów dyspeptycznych. - Carlyle, człowiek mocnych słów i gestów, retor z k o n i e c z n o ś c i, którego stale porusza pragnienie, by być mocnej wiary, o r a z poczucie, że jest do niej niezdolny (- w tym typowy romantyk!). Pragnienie, by być mocnej wiary, n i e jest dowodem mocnej wiary, raczej przeciwnie. K t o m a w i a r ę, może sobie pozwolić na piękny luksus sceptycyzmu: jest na to dostatecznie pewny, dostatecznie stały, dostatecznie związany. Poprzez fortissimo42 swej czci dla ludzi mocnej wiary, poprzez swą wściekłość w stosunku do mniej naiwnych Carlyle coś w sobie zagłusza: p o t r z e b u j e hałasu. Nieustanna, namiętna nieuczciwość względem samego siebie - oto jego proprium43, dzięki temu jest on i pozostanie interesujący. - W Anglii wszakże podziwiają go właśnie za uczciwość... Cóż, nader to angielskie; zważywszy zaś, że Anglicy są narodem doskonałego cant-a, jest to nawet słuszne, a nie tylko zrozumiałe. W gruncie rzeczy Carlyle jest angielskim ateistą, który się szczyci, że nim n i e jest.

13.

E m e r s o n44. - Znacznie bardziej oświecony, bardziej ruchliwy, bardziej wielostronny, bardziej wyrafinowany niż Carlyle, przede wszystkim bardziej szczęśliwy... To ktoś, kto instynktownie żywi się jedynie ambrozją, kto nie tyka się niczego, co w rzeczach niestrawne. W porównaniu z Carlyle'em człowiek pełen smaku. - Carlyle, który bardzo lubił Emersona, mimo to powiedział o nim: "Nie dość nam daje do gryzienia"; co może powiedział nie bez racji, ale bynajmniej nie na jego niekorzyść. - Emerson przejawia dobrotliwą i błyskotliwą pogodę ducha, która zniechęca wszelką powagę; zupełnie nie wie, jak jest już stary i jak będzie jeszcze młody - mógłby powiedzieć o sobie słowami Lopego de Vegi45: "yo me sucedo a mi mismo"46. Jego duch zawsze znajdzie powód, by być zadowolonym, a nawet wdzięcznym; niekiedy Emerson ociera się o pogodną transcendencję owego poczciwca, który tamquam re bene gesta47 powrócił z miłosnej schadzki. "Ut desint vires"48, rzekł z wdzięcznością, "tamen est laudanda voluptas"49. -

14.

A n t y - D a r w i n. - Co się tyczy sławetnej "walki o ż y c i e", to mam wrażenie, że jest ona bardziej głoszona niż dowiedziona. Walka o życie występuje, lecz jako coś wyjątkowego; ogólny widok życia n i e ukazuje niedoli, głodu, lecz, przeciwnie, bogactwo, bujność, absurdalną rozrzutność nawet - gdzie toczy się walka, tam walczy się o m o c... Malthusa50 nie należy mylić z naturą. - Jeśli zaś przyjąć, że walka ta się odbywa - a rzeczywiście tak jest - to, niestety, jej wynik wygląda odwrotnie niż życzyłaby sobie szkoła darwinowska, niż bodaj n a l e ż a ł o b y sobie życzyć: niekorzystnie dla potężnych, dla uprzywilejowanych, dla szczęsnych wyjątków. Gatunki n i e wzrastają w doskonałości: słabi wciąż zapanowują nad potężnymi - co stąd się bierze, że są liczni, że są też bardziej r o z t r o p n i... Darwin51 zapomniał o duchu (- jakież to angielskie!), s ł a b i m a j ą w i ę c e j d u c h a... Musi potrzebować ducha, kto chce go otrzymać - traci ducha, kto go już nie potrzebuje. Kto jest potęgą, ten pozbywa się ducha (- "To możemy sobie odpuścić! - myślą dzisiaj w Niemczech - Rzesza m u s i nam pozostać"...). Przez ducha rozumiem, co łatwo dostrzec, ostrożność, cierpliwość, podstęp, udawanie, wielkie samoopanowanie i wszystko, czym jest mimicry52 (do której należy znaczna część tak zwanej cnoty).

15.

K a z u i s t y k a p s y c h o l o g ó w. - Oto znawca ludzi: w jakim celu właściwie ich studiuje? Chce dzięki nim osiągnąć małą korzyść, albo i wielką - jest politykiem! Ów również jest znawcą ludzi: mówicie, że niczego nie chce dla siebie, że to wielki orędownik "bezosobowego podejścia". Przyjrzyjcie się surowszym okiem! Może ma na względzie jeszcze g o r s z ą korzyść: może chce się czuć wyższy nad innych, może chce na nich spoglądać z góry, może nie chce się już z nimi mieszać. Ów orędownik "bezosobowego podejścia" g a r d z i ludźmi: tamten pierwszy jest bardziej ludzkim typem, co może potwierdzić także naoczność. Przynajmniej stawia siebie na równi z innymi, w s t a w i a siebie pomiędzy innych...

16.

Wydaje mi się, że t a k t p s y c h o l o g i c z n y Niemców zakwestionowało wiele przypadków, których listy nie pozwala mi przedstawić moja skromność. Jeden da mi doskonałą okazję uzasadnienia mej tezy: nie mogę darować Niemcom, że się pomylili co do K a n t a i jego "filozofii tylnych drzwi", jak ją nazywam - n i e był to typ intelektualnej prawości. - Inną rzeczą, której nie mogę ze spokojem słuchać, jest osławione "i": Niemcy mówią "Goethe i Schiller" - boję się, że mówią "Schiller i Goethe"... Czy nie p o z n a n o się jeszcze na tym Schillerze? - Bywa jeszcze gorsze "i"; słyszałem na własne uszy, jak mawiano, aczkolwiek tylko między profesorami uniwersyteckimi, "Schopenhauer i Hartmann53"...

17.

Ludzie największego ducha, jeśli zarazem są ludźmi największej odwagi, przeżywają też zdecydowanie najbardziej bolesne tragedie: ale właśnie dlatego darzą życie czcią, ponieważ przeciwstawia się im ono jako największy antagonista.

18.

W k w e s t i i "s u m i e n i a i n t e l e k t u a l n e g o". - Nic nie wydaje mi się w dzisiejszych czasach bardziej rzadkie niż autentyczna obłuda. Podejrzewam, że roślinie tej nie służy łagodna atmosfera naszej kultury. Obłuda należy do epok mocnej wiary: w których ludzie nie porzucali swej wiary nawet wówczas, gdy byli z m u s z e n i okazywać inną wiarę. Dzisiaj porzucają wiarę; czy też, co jeszcze częstsze, fundują sobie drugą - w obu pozostają u c z c i w i. Nie ma wątpliwości, że w dzisiejszych czasach możliwa jest znacznie większa liczba przekonań niż niegdyś: możliwa, to znaczy dozwolona, to znaczy n i e s z k o d l i w a. Rodzi to tolerancję wobec samego siebie. - Tolerancja taka pozwala człowiekowi na jednocześnie kilka przekonań: które żyją ze sobą w zgodzie - i jak cały dzisiejszy świat, wystrzegają się kompromitacji. Czym się dziś człowiek kompromituje? Tym, że jest konsekwentny. Że idzie prostą drogą. Że jest mniej niż pięcioznaczny. Że jest autentyczny... Mam ogromne obawy, że nowoczesny człowiek jest po prostu zbyt wygodny, by sobie pozwolić na niektóre zdrożności: tak iż one wręcz wymierają. Wszelkie zło, którego warunkiem pozostaje potęga woli - bez potężnej woli bodaj nie ma nic złego - w naszej ciepławej atmosferze wyrodnieje w cnotę... Nieliczni obłudnicy, jakich udało mi się poznać, podrabiali obłudę: byli aktorami, jak niemal co dziesiąty dziś człowiek. -

19.

P i ę k n o i s z p e t o t a. - Nic nie jest bardziej uwarunkowane, powiedzmy: b a r d z i e j o g r a n i c z o n e, niż nasze poczucie piękna. Kto by je chciał ujmować w oderwaniu od przyjemności, jaką człowiek znajduje w człowieku, natychmiast utraciłby wszelki grunt pod nogami. "Piękno samo w sobie" jest jedynie słowem, nawet nie pojęciem. W pięknie człowiek ustanawia samego siebie miarą doskonałości; w wyszukanych przypadkach wielbi w pięknie samego siebie. Gatunek nie m o ż e inaczej niż w ten sposób afirmować siebie. Nawet takie wzniosłości stanowią emanację jego najniższego instynktu - instynktu zachowania i poszerzania siebie. Człowiek wierzy, że sam świat jest przepełniony pięknem - z a p o m i n a o sobie jako jego przyczynie. Jedynie on obdarzył świat pięknem, ach! nader ludzkim, nazbyt ludzkim pięknem... W istocie, człowiek odzwierciedla się w rzeczach, za piękne uważa wszystko, co odbija jego obraz: sąd "to piękne" jest jego p r ó ż n o ś c i ą g a t u n k o w ą... Sceptykowi niewielka podejrzliwość ma bowiem prawo szepnąć do ucha pytanie: czy rzeczywiście upiększa to świat, że akurat człowiek uważa go za piękny? Człowiek go u c z ł o w i e c z y ł: ot i wszystko. Ale nic, zupełne nic nie może nam zaręczyć, że właśnie człowiek stanowi wzór piękna. Kto wie, jak człowiek wygląda w oczach jakiegoś wyższego sędzi w sprawach smaku? Może ryzykownie? może nawet zabawnie? może nieco arbitralnie?... "O, Dionizosie54, boski, dlaczego ciągniesz mnie za uszy?" - zapytała Ariadna55 swego filozoficznego miłośnika podczas jednej z ich sławnych rozmów na Naksos. "W twych uszach jest dla mnie coś komicznego, Ariadno: dlaczego nie są jeszcze dłuższe?"

20.

Nic nie jest piękne, tylko człowiek jest piękny: na naiwności tej opiera się wszelka estetyka, naiwność ta stanowi jej p i e r w s z ą prawdę. Natychmiast dodajmy jeszcze jej drugą prawdę: Nic nie jest szpetne prócz w y r o d n i e j ą c e g o człowieka - teza ta wyznacza granice królestwa sądu estetycznego. - Z fizjologicznego punktu widzenia można powiedzieć, że wszelka szpetota osłabia i zasmuca człowieka. Przypomina mu o upadku, zagrożeniu, niemocy; człowiek rzeczywiście traci wówczas siłę. Działanie szpetoty można mierzyć dynamometrem. Gdy człowiek ulega przygnębieniu, będzie wietrzył bliskość czegoś "szpetnego". Jego poczucie mocy, jego wola mocy, jego odwaga, jego duma - szpetota wszystko to obniża, piękno wszystko to intensyfikuje... Zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku w y c i ą g a m y w n i o s e k: w instynkcie zgromadziła się cała pełnia przesłanek piękna resp. szpetoty. Szpetotę rozumiemy jako znak i symptom degeneracji: wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu przypomina o degeneracji, staje się w nas źródłem sądu "to szpetne". Wszelka oznaka wyczerpania, ciężkości, starości, przemęczenia, wszelkiego rodzaju niewola, jako skurcz, jako porażenie, przede wszystkim woń, barwa, forma rozkładu, gnicia, choćby tylko rozcieńczone w symbol - wszystko to rodzi jednakową reakcję: sąd wartościujący "to szpetne". Wyziera z niego nienawiść: czego tu człowiek nienawidzi? Ależ nie ma wątpliwości: s c h y ł k u, w którym się znalazł jego typ. Nienawidzi z najgłębszego instynktu gatunkowego; w nienawiści tej jest dreszcz, ostrożność, głębia, spojrzenie skierowane w dal - nie ma głębszej nienawiści. Dzięki niej sztuka jest g ł ę b o k a...

21.

S c h o p e n h a u e r. - Schopenhauer, ostatni Niemiec, który zasługuje na uwagę (- który jest e u r o p e j s k i m wydarzeniem, jak Goethe, jak Hegel, jak Heinrich Heine, a n i e t y l k o lokalnym, "narodowym"), stanowi dla psychologa pierwszorzędny przypadek: jako złośliwie genialne przedsięwzięcie, by dla uzasadnienia nihilistycznej deprecjacji56 życia odwołać się właśnie do kontrinstancji57, jaką są wielkie formy autoafirmacyjne woli życia, bujne postaci życia. Po kolei przedstawił s z t u k ę, heroizm, geniusz, piękno, wielkie współczucie, poznanie, wolę prawdy, tragedię jako zjawiska następcze "zanegowania" czy potrzeby negowania "woli" - największe fałszerstwo psychologiczne w całej historii, jeśli nie liczyć chrześcijaństwa. Dla dokładniejszego spojrzenia Schopenhauer okazuje się tu jedynie spadkobiercą interpretacji chrześcijańskiej: tyle że potrafił jeszcze, w chrześcijańskim - to znaczy w nihilistycznym - sensie, a p r o b o w a ć również zjawiska o d r z u c o n e przez chrześcijaństwo, wielkie fakty kulturowe ludzkości (- aprobować je jako drogę do "wybawienia", jako praformę "wybawienia", jako stymulator potrzeby "wybawienia"...).

22.

Weźmy konkretny przykład. O p i ę k n i e Schopenhauer mówi z melancholijnym żarem - jaka jest tego ostateczna przyczyna? Taka, że Schopenhauer widzi w nim m o s t, którym człowiek dociera gdzieś dalej czy na którym zaczyna pragnąć dotrzeć gdzieś dalej... Piękno jest dlań chwilowym wybawieniem od "woli" - i nęci do wybawienia na zawsze... W szczególności Schopenhauer sławi piękno jako wybawiciela od "ogniska woli", od płciowości - w pięknie widzi z a n e g o w a n y m popęd płodzenia... Cudaku! Ktoś ci przeczy, boję się, że sama natura. P o c ó ż w ogóle istnieje piękno dźwięków, barw, zapachów, rytmów w naturze? co piękno w y d o b y w a? - Szczęściem, przeczy mu również filozof. Nie byle jaki autorytet, bo autorytet boskiego Platona (- jak nazywa go sam Schopenhauer), otwarcie głosi inną tezę: że wszelkie piękno pobudza do płodzenia - że właśnie to stanowi proprium jego działania, od najbardziej zmysłowego wymiaru, w górę, ku najbardziej duchowemu...

23.

Platon idzie dalej. Z niewinnością, na jaką trzeba być Grekiem, a nie "chrześcijaninem", powiada, że nie byłoby Platońskiej filozofii, gdyby w Atenach nie było tak pięknych młodzieńców: których widok wprawia duszę filozofa w erotyczny trans i nie daje jej spokoju, dopóki nie zasadzi ona ziarna wszelkich wzniosłych spraw w tak piękne królestwo ziemskie. Również cudak! - nie wierzy człowiek własnym uszom, nawet jeśli wierzy Platonowi. Ale przynajmniej odgaduje, że w Atenach filozofowano i n a c z e j, przede wszystkim czyniono to publicznie. Nic nie jest mniej greckie niż snucie pojęciowej pajęczyny przez pustelnika, niż amor intellectualis dei58 na modłę Spinozy59. Filozofia na modłę Platona dałaby się zdefiniować raczej jako erotyczna rywalizacja, jako rozwinięcie i uwewnętrznienie dawnej gimnastyki agonalnej i jej p r z e s ł a n e k... Co w końcu wyrosło z tej erotyki filozoficznej Platona? Nowa forma artystyczna greckiego agonu, dialektyka. - Przypomnę jeszcze, p r z e c i w k o Schopenhauerowi, a na chwałę Platona, że wyższa kultura i literatura k l a s y c z n e j Francji również wyrosły na glebie płciowości. Wszędzie można w nich szukać galanterii, zmysłowości, rywalizacji płciowej, "kobiety" - nigdy nie będzie to daremnym zajęciem...

24.

L' a r t p o u r l' a r t60. - Walka skierowana przeciwko celowi w sztuce zawsze jest walką skierowaną przeciwko m o r a l i z u j ą c y m tendencjom w sztuce, przeciwko podporządkowaniu jej zasadom moralnym. Hasło "l'art pour l'art" znaczy: "do diabła z moralnością!" - Ale nawet i ta wrogość zdradza dominację stereotypu. Jeśli ze sztuki wykluczyć propagowanie moralności i ulepszanie ludzi, to bynajmniej nie wynika stąd jeszcze, że sztuka w ogóle jest pozbawiona celu, sensu, krótko mówiąc: że jest l'art pour l'art - robakiem, co gryzie własny ogon. "Lepiej żadnego celu niż cel moralny!" - tak woła jeno namiętność. Psycholog pyta natomiast: Cóż czyni wszelka sztuka? Czyż nie chwali? Czyż nie gloryfikuje? Czyż nie selekcjonuje? Czyż nie eksponuje? Sztuka wszystkim p o t ę g u j e bądź o s ł a b i a pewne oceny wartościujące... Czy jest to jedynie czymś ubocznym? Przypadkowym? Czymś, w czym nie uczestniczy instynkt artysty? Albo raczej: czy nie jest to warunkiem a r t y z m u...? Czy najniższy instynkt artysty dotyczy sztuki, czy nie sensu sztuki raczej, czy nie ż y c i a raczej, czy nie u p r a g n i o n e j p o s t a c i ż y c i a? - Sztuka jest wielkim stymulatorem ku życiu: jakimże sposobem można by ją pojmować jako pozbawioną celu, jako l'art pour l'art? - Pozostaje jedna kwestia: sztuka ukazuje niejedną szpetną, srogą, problematyczną stronę życia - czy zatem nie zdaje się odciągać od życia? - Istotnie, zdarzali się filozofowie, którzy nadawali jej taki sens: Schopenhauer nauczał, że "uwalnianie do woli" stanowi zasadniczy cel sztuki, "nastrajaniu do rezygnacji" składał cześć jako wielkiemu pożytkowi z tragedii. - Jest to jednak - co już sugerowałem - optyka pesymisty i "złe spojrzenie": musimy się odwołać do samych artystów. C o p r z e k a z u j e n a s w ó j t e m a t a r t y s t a t r a g i c z n y? Czy nie przedstawia właśnie stanu n i e u s t r a s z o n o ś c i wobec straszliwych i problematycznych zjawisk, które pokazuje w swym dziele? - Sam ten stan jest czymś upragnionym; kto go zna, ten go darzy najwyższą czcią. Artysta tragiczny przekazuje go, musi go przekazywać, jeśli jest artystą, jeśli jest geniuszem przekazu. Dzielność i wolność uczucia w obliczu mocarnego wroga, w obliczu wzniosłych udręk, w obliczu problemów, które budzą grozę - oto t r y u m f a l n y stan, który wybiera, który gloryfikuje artysta tragiczny. W obliczu tragedii wojownicza strona naszej duszy święci swe saturnalia61; kto nawykł do cierpienia, kto szuka cierpienia, człowiek h e r o i c z n y sławi tragedią swe istnienie - tylko jemu tragik podaje napój tego najsłodszego okrucieństwa. -

25.

Poprzestawać z ludźmi na lada czym, serce mieć otwarte na oścież - jest to liberalne, ale tylko liberalne. Serce zdolne do d o s t o j n e j gościnności można poznać po zasłoniętych oknach i zamkniętych okiennicach: najlepsze w nich pokoje pozostają puste. Dlaczego? - Ponieważ czekają gości, z którymi się n i e "poprzestaje na lada czym"...

26.

Nie dość się już cenimy, gdy siebie przekazujemy. Nasze właściwe przeżycia w żadnym razie nie są gadatliwe. Nie mogłyby same siebie przekazać, nawet gdyby chciały. Bo brakuje im słów. Przeżycie, dla którego znaleźliśmy słowo, zostawiamy już za sobą. Wszelkie mówienie ma w sobie szczyptę pogardy. Jak się wydaje, mowę wynaleziono dla przeciętnych, średnich przeżyć, które cechuje skłonność do przekazu. Mówiący w u l g a r y z u j e się mową. - Z moralności dla głuchoniemych i dla innych filozofów.

27.

"Ten portret jest czarująco piękny!"... Literatka, niezadowolona, podekscytowana, o pustym sercu i pustych trzewiach, z bolesną ciekawością stale nasłuchująca imperatywu, który szepce z głębin jej ustroju: aut liberi, aut libri62, dostatecznie wykształcona, by rozumieć głos natury, nawet gdy brzmi po łacinie, z drugiej strony dostatecznie próżna i gęgotliwa, by w tajemnicy mówić do siebie po francusku: "Je me verrai, je me lirai, je m'extasierai et je dirai: Possible, que j'aie eu tant d'esprit?"63...

28.

Głos mają "orędownicy bezosobowego podejścia". - "Nic nie jest dla nas łatwiejsze niż być mądrym, cierpliwym, opanowanym. Ociekamy pobłażliwością i współczuciem, do absurdu jesteśmy sprawiedliwi, wybaczamy wszystko. Właśnie dlatego powinniśmy się nieco surowiej traktować; właśnie dlatego powinniśmy sobie od czasu do czasu w y h o d o w a ć jakieś niewielkie uczucie, jakąś niewielką zdrożność uczuciową. Może nie przychodzi nam to bez trudu; być może, śmiejemy się swym gronie z widoku, który tym przedstawiamy. Lecz cóż poradzić! Nie mamy już innego sposobu, w jaki moglibyśmy siebie przezwyciężyć: to n a s z y m ascetyzmem, to n a s z ą pokutą". S t a ć s i ę k i m ś o s o b o w y m - cnota "orędowników bezosobowego podejścia"...

29.

Z p e w n e j p r a c y d o k t o r s k i e j. - "Co jest zadaniem wszelkiego szkolnictwa wyższego?" - Uczynić z człowieka maszynę. - "Co jest do tego środkiem?" - Człowiek musi się uczyć, musi się nudzić. - "Jak to osiąga?" - Dzięki pojęciu obowiązku. - "Kto jest jego wzorem?" - Filolog: który uczy w k u w a ć. - "Kto jest doskonałym człowiekiem?" - Urzędnik państwowy. - "Która filozofia podaje najwyższą formułę urzędnika państwowego?" - Filozofia Kanta: urzędnik państwowy jako rzecz w sobie, ustanowiona sędzią nad urzędnikiem państwowym jako zjawiskiem. -

30.

P r a w o d o g ł u p o t y. - Zmęczony, powoli oddychający robotnik, który spogląda dobrodusznym okiem, który pozwala rzeczom, by szły własnym trybem: ta typowa figura, którą współcześnie, w epoce roboty (o r a z "Rzeszy"! -), można spotkać we wszystkich klasach społecznych, dzisiaj domaga się dla siebie właśnie s z t u k i, włącznie z książką, przede wszystkim zaś z dziennikiem - a jeszcze bardziej piękna natury, Włoch... Człowiek zmierzchu, "z uśpionymi dzikimi popędami", o których mówi Faust, potrzebuje letniska, nadmorskich kąpielisk, lodowców, Bayreuth64... W takich epokach sztuka ma prawo do c z y s t e j i d i o t y c z n o ś c i - jako wakacji dla ducha, dowcipu i umysłu. Rozumiał to Wagner. C z y s t a i d i o t y c z n o ś ć leczy...

31.

J e s z c z e j e d e n p r o b l e m d i e t y. - Środki, którymi Juliusz Cezar65 bronił się przed chorowitością i bólami głowy: długie marsze, najprostszy sposób życia, ciągły pobyt na wolnym powietrzu, nieustanny wysiłek - takie są, z grubsza, zalecenia profilaktyczne w wypadku skrajnej podatności na zranienie, jaka cechuje tę subtelną i pracującą pod najwyższym ciśnieniem maszynę, która zwie się geniuszem. -

32.

M ó w i i m m o r a l i s t a. - Nic nie kłóci się ze smakiem filozofa b a r d z i e j niż człowiek, k t ó r y k i e r u j e s i ę ż y c z e n i a m i... Jakże godnym podziwu znajduje filozof człowieka, gdy go widzi, jak dokonuje swego czynu, gdy widzi, jak to najbardziej dzielne, najbardziej podstępne, najbardziej wytrwałe zwierzę błądzi w labiryntach niedoli! Jeszcze go wspiera słowem... Lecz gardzi człowiekiem, który kieruje się życzeniami, podobnie jak człowiekiem, którego "należałoby sobie życzyć" - w ogóle wszelkim myśleniem życzeniowym o człowieku, wszelkim i d e a ł e m człowieka. Gdyby filozof mógł być nihilistą66, to zostałby nim, ponieważ nihilista widzi nicość za wszelkim ideałem człowieka. Albo nawet nie nicość jeszcze - lecz jedynie coś, co niczego niegodne, coś absurdalnego, chorego, tchórzliwego, przemęczonego, wszelkiego rodzaju męty w o p r ó ż n i o n y m kielichu życia... Jak to się dzieje, że człowiek, który jako rzeczywistość jest godny czci, nie zasługuje na szacunek, gdy się oddaje życzeniom? Czy musi odpokutować za swą tężyznę, którą okazuje jako rzeczywista istota? Czy swój czyn, czy napięty wysiłek umysłu i woli we wszelkim czynie musi równoważyć wytchnieniem, którego szuka w czymś wyimaginowanym i absurdalnym? - Historia jego życzeń była dotychczas partie honteuse67: strzeżmy się, by zbyt długo w niej nie czytać. Człowieka usprawiedliwia - i będzie usprawiedliwiać po wiek wieków - jego rzeczywistość. O ileż więcej wart jest rzeczywisty człowiek, w porównaniu z człowiekiem, który stanowi jedynie przedmiot życzeń, marzeń, kłamstw! z jakimkolwiek człowiekiem i d e a l n y m!... Tylko człowiek idealny kłóci się ze smakiem filozofa.

33.

W a r t o ś ć n a t u r a l n a e g o i z m u. - Egoizm jest tyle wart, ile fizjologicznie wart jest ten, kto go przejawia: może być wiele wart, ale też może być niczego niegodzien i zasługiwać na pogardę. Na każdą jednostkę może spoglądać pod tym kątem, czy przedstawia ona linię wstępującą, czy linię zstępującą życia. Rozstrzygnąwszy tę kwestię, dysponujemy również kanonem, który pozwala określić, co jest wart egoizm danej jednostki. Jeśli przedstawia ona wstępującą linię, to jej wartość rzeczywiście jest nadzwyczajna - i z uwagi na całość życia, które dzięki danej jednostce może postąpić krok d a l e j, jej troska o zachowanie samej siebie, o zapewnienie sobie optimum warunków może przyjąć skrajną postać. Jednostka, "indywiduum", rozumiane tak, jak do tej pory rozumieli je lud i filozof, jest wszak błędem: jednostka sama dla siebie pozostaje niczym, nie jest atomem, nie jest "ogniwem łańcucha", nie jest czymś tylko odziedziczonym po dawnych czasach - jednostka to jedna, cała linia "człowiek", która aż do niej dochodzi... Jeśli zaś jednostka przedstawia zstępujący etap rozwoju, upadek, chroniczne zwyrodnienie, schorzenie (- choroba jest już zjawiskiem następczym upadku, a n i e jego przyczyną), to niewielką ma wartość, i jest ze wszech miar słuszne, by udatnym z a b i e r a ł a możliwie jak najmniej. Jest jedynie ich pasożytem...

34.

C h r z e ś c i j a n i n i a n a r c h i s t a. - Gdy anarchista, jako wyraziciel s c h y ł k o w y c h warstw społeczeństwa, w świętym oburzeniu domaga się "prawa", "sprawiedliwości", "równych praw", to ulega jedynie presji swego braku kultury, który nie potrafi pojąć, d l a c z e g o właściwie ów człowiek cierpi i w co jest ubogi - w życie... Przemożną rolę odgrywa w nim potrzeba przyczynowego wyjaśnienia: ktoś musi być temu winien, że się licho czuję... Już samo "święte oburzenie" przynosi mu dobroczynny skutek: lżenie jest przyjemnością dla wszelkich biedaczysk - daje maleńką chwilę upojenia mocą. Już skarga, uskarżanie się może życiu nadać urok, który pozwala je wytrzymać: w każdej skardze zawiera się subtelna doza z e m s t y, swe liche samopoczucie, niekiedy nawet swą lichość człowiek zarzuca, niczym bezprawie, niczym n i e d o z w o l o n y przywilej, tym którzy są inni. "Jeśli jestem canaille68, to i ty powinieneś nią być": logika ta prowadzi do rewolucji. - Skargi na nic nie mogą się zdać: ich źródłem jest słabość. Nie ma większej różnicy, czy powód lichego samopoczucia przypisze człowiek innym czy s a m e m u s o b i e - to pierwsze czyni socjalista, to drugie na przykład chrześcijanin. Wspólnym, a zarazem, dodajmy: n i e g o d n y m, momentem tej postawy pozostaje przekonanie, że ktoś inny jest w i n i e n cierpienia - krótko mówiąc zemsta, której słodycz człowiek cierpiący ordynuje sobie na swe cierpienie. Potrzeba zemsty jako potrzeba r o z k o s z y ma za przedmiot okazjonalne przyczyny: cierpiący wszędzie znajdzie jakąś przyczynę, by wziąć swą maleńką zemstę - jeśli jest chrześcijaninem, powtórzmy raz jeszcze, to przyczynę znajdzie w s a m y m s o b i e... Chrześcijanin i anarchista69 - obaj są dekadentami. - Gdy chrześcijanin potępia, oczernia, kala "ś w i a t", włada nim identyczny instynkt jak robotnikiem o socjalistycznych zapatrywaniach, który potępia, oczernia, kala s p o ł e c z e ń s t w o: "Sąd Ostateczny" słodką pociechą, że zemsta nastąpi - rewolucją, której oczekuje również robotnik o socjalistycznych zapatrywaniach, tyle że nieco odleglejszą... Sama "transcendencja" - na cóż byłaby transcendencja, gdyby nie pozwalała kalać immanencji70?...

35.

K r y t y k a d e k a d e n c k i e j m o r a l n o ś c i. - Moralność "altruistyczna", moralność, przez którą egoizm m i z e r n i e j e - w każdych okolicznościach pozostaje złym symptomem. Odnosi się to do jednostek, odnosi się to zwłaszcza do narodów. Gdzie zaczyna brakować egoizmu, tam brakuje czegoś co najlepsze. Instynktowne wybieranie działań, którymi człowiek s a m s o b i e szkodzi, uleganie p o w a b o w i "bezinteresownych" motywów: to nieomal formuła dekadencji. "Nie szukać w ł a s n e g o pożytku" - słowa takie są niczym więcej jak moralnym listkiem figowym, który ma zasłonić zupełnie inny, mianowicie fizjologiczny fakt: "Nie umiem już z n a l e ź ć własnego pożytku"... Rozprzężenie instynktów! - Człowiek jest na wykończeniu, gdy staje się altruistą. - Miast prostodusznie powiedzieć: "J a m już nic niewart", dekadent ma na ustach kłamstwo moralne: "Wszystko jest nic niewarte - ż y c i e jest nic niewarte"... Sąd taki pozostaje wielkim zagrożeniem, ma zaraźliwe działanie - na chorowitej glebie społecznej niebawem rozrasta się w tropikalne pnącza pojęciowe, bądź to jako religia (chrześcijaństwo), bądź to jako filozofia (schopenhauerstwo). Takie trujące pnącza, wyrosło ze zgnilizny, swymi wyziewami niekiedy na długo, na tysiąclecia zatruwają ż y c i e...

36.

M o r a l n o ś ć d l a l e k a r z y. - Chory pozostaje pasożytem społecznym. W pewnym stanie jest nieprzyzwoitością, że dalej żyje. Wegetowanie w tchórzliwej zależności od lekarzy i zabiegów, gdy się utraciło sens życia, p r a w o do życia, winno za sobą pociągać głęboką pogardę społeczną. A lekarze powinni być jej pośrednikami - każdego dnia, zamiast recept, nowa dawka w s t r ę t u do pacjenta... Stworzyć nową odpowiedzialność, odpowiedzialność lekarską, dotyczącą wszystkich przypadków, gdy najwyższy interes życia, w s t ę p u j ą c e g o życia, domaga się bardziej bezwzględnego ściśnięcia i odsunięcia w y r o d n i e j ą c e g o życia - dotyczącą na przykład prawa do płodzenia, prawa do rodzenia, prawa do życia... Dumnie umrzeć, gdy nie można już dumnie żyć. Śmierć dobrowolnie wybrana, śmierć o właściwym czasie, z jasnością i radością, dokonana pośród dzieci i świadków: tak iż możliwe jest rzeczywiste pożegnanie, g d y j e s z c z e o b e c n y j e s t ten, kto się żegna, podobnie jak możliwe jest rzeczywiste oszacowanie własnych osiągnięć i zamierzeń, p o d s u m o w a n i e życia - wszystko przeciwieństwem żałosnej i okropnej komedii, jaką w godzinę śmierci uprawia chrześcijaństwo. Niech mu nigdy nie zostanie zapomniane, że nadużywało słabości umierających, gwałcąc ich sumienie, że nadużywało charakteru samej śmierci, wywodząc zeń sąd wartościujący o zmarłym i jego przeszłości! - Na przekór tchórzliwym przesądom należy przede wszystkim przywrócić trafną, to znaczy fizjologiczną, ocenę tak zwanej śmierci n a t u r a l n e j: która w ostatecznym rachunku również jest śmiercią "nienaturalną", samobójstwem. Człowiek nigdy nie ginie przez kogoś innego niż on sam. Tyle że jest to śmierć w warunkach, które zasługują na najwyższą pogardę, śmierć pozbawiona elementu wolności, śmierć o n i e w ł a ś c i w y m czasie, śmierć tchórza. Powinno się, z miłości do ż y c i a - innej pragnąć śmierci, wolnej, świadomej, śmierci, która nie spada za sprawą przypadku... Na koniec rada dla panów pesymistów i innych dekadentów. Nie leży w naszej władzy, byśmy się nie urodzili: ale możemy naprawić ten błąd - bo niekiedy bywa to błędem. U s u w a j ą c s i ę, czyni człowiek coś, co godne największego szacunku: coś, czym nieomal zasługuje na życie... Społeczeństwo, cóż mówię! samo życie ma z tego więcej korzyści niż z "życia" w wyrzeczeniu, anemii i innej cnocie - człowiek uwolnił innych od swego widoku, uwolnił życie od z a r z u t u... Pesymizm, pur, vert71, d o w o d z i s i e b i e d o p i e r o w t e d y, gdy obala panów pesymistów: trzeba postąpić krok dalej w jego logice, nie tylko zanegować życie "wolą i przedstawieniem", jak to uczynił Schopenhauer - t r z e b a n a j p i e r w z a n e g o w a ć S c h o p e n h a u e r a... Mówiąc mimochodem, pesymizm, jakkolwiek zaraźliwy, nie wzmaga chorowitości czasów, chorowitości pokoleń: jest jej przejawem. Zapada się nań, tak jak się zapada na cholerę: człowiek musi być już dostatecznie chorowity, musi być już doń predestynowany. Sam pesymizm nie zrodzi choćby jednego dekadenta więcej; przypominam o badaniach statystycznych, które dowodzą, że lata, gdy szaleje cholera, ogólną liczbą zgonów nie różnią się od innych.

37.

C z y s t a l i ś m y s i ę b a r d z i e j m o r a l n i. - Jak można było oczekiwać, mojemu pojęciu "poza dobrem i złem" przeciwstawiono całą dzikość ogłupienia moralnego, które, jak wiadomo, w Niemczech uchodzi za samą moralność: mógłbym o tym opowiedzieć niezgorsze historie. Przede wszystkim zalecano mi, abym wziął pod rozwagę "niezaprzeczalną wyższość" naszych czasów w dziedzinie sądu etycznego, nasz rzeczywiście poczyniony tu p o s t ę p: Cesarego Borgii72 w żadnym razie nie można, co ja czynię, przedstawiać, w porównaniu z n a m i, jako "człowieka wyższego", jako n a d c z ł o w i e k a... Redaktor szwajcarskiego "Bundu" posunął się tak daleko, że dając wyraz swemu szacunkowi dla odwagi, jakiej wymaga tak ryzykowne przedsięwzięcie, moje dzieło "zrozumiał" jako propozycję usunięcia wszelkich przyzwoitych uczuć. Bardzom zobowiązany! - W odpowiedzi pozwolę sobie postawić pytanie, c z y r z e c z y w i ś c i e s t a l i ś m y s i ę b a r d z i e j m o r a l n i. Podejrzenia budzi już okoliczność, że wierzy w to cały świat... My, ludzie nowocześni, nader delikatni, nader podatni na zranienie, kierujący się setką względów, rzeczywiście roimy sobie, że to tkliwe człowieczeństwo, które sobą przedstawiamy, że o s i ą g n i ę t a jednomyślność w wyrozumiałości, w gotowości do pomocy, we wzajemnym zaufaniu stanowi postęp, dzięki któremu daleko wyprzedziliśmy ludzi czasów renesansu. Lecz tak myśli, tak m u s i o sobie myśleć każda epoka. Z całą pewnością nie moglibyśmy się przenieść, ani czynem, ani nawet myślą, w renesansowe warunki: nasze nerwy, że nie wspomnę o naszych mięśniach, nie wytrzymałyby tamtej rzeczywistości. Niezdolność ta nie świadczy jednak o postępie, lecz o odmiennej strukturze, późniejszej, słabszej, czulszej, podatniejszej na zranienie, która z konieczności generuje p e ł n ą w z g l ę d ó w moralność. Gdybyśmy wymazali naszą delikatność i późność, naszą fizjologiczną starczość, nasza moralność "uczłowieczenia" natychmiast straciłaby swą wartość - żadna moralność nie ma sama w sobie wartości: w nas samych wzbudziłaby pogardę. Z drugiej strony nie wątpimy, że z naszym grubo watowanym człowieczeństwem, które boi się kontaktu z twardą rzeczywistością, dla współczesnych Cesarego Borgii stanowilibyśmy komedię, która by ich ubawiła do łez. Zaiste, mimowolnie jesteśmy ponad wszelką miarę zabawni, z naszymi nowoczesnymi "cnotami"... Ubytek wrogich, wzbudzających nieufność instynktów - a czymś takim miałby wszak być nasz "postęp" - stanowi jedną z konsekwencji powszechnego ubytku w i t a l n o ś c i: sto razy więcej mozołu, sto razy więcej ostrożności trzeba człowiekowi, by mógł utwierdzić tak uwarunkowane, tak późne istnienie. Dlatego wszyscy sobie wzajemnie pomagają, dlatego każdy jest w pewnym stopniu i chorym, i pielęgniarzem. Taki sens ma słowo "cnota": ludzie, którzy znali inne życie, pełniejsze, rozrzutniejsze, rozlewniejsze, nazwaliby ją inaczej - "tchórzostwem" może, "żałosnością", "babską moralnością"... Nasze złagodzenie obyczajów - jest to moją tezą, jest to moją, jak to woli, n o w i n ą - pozostaje następstwem schyłku; srogi i przeraźliwy obyczaj, odwrotnie, może być następstwem nadwyżki życia: wtedy bowiem wolno również na wiele się ważyć, wiele wyzywać, wiele też t r w o n i ć. Co niegdyś stanowiło przyprawę życia, dla nas okazałoby się t r u c i z n ą... Na obojętność - również ona pozostaje formą potęgi - także jesteśmy zbyt starzy, zbyt późni: nasza moralność współczucia, przed którą pierwszy ostrzegałem, którą można by nazwać l'impressionisme morale73, stanowi jeszcze jeden przejaw fizjologicznej nadpobudliwości, która znamionuje wszelką dekadencję. Ów ruch, który dzięki Schopenhauerowskiej m o r a l n o ś c i w s p ó ł c i e r p i e n i a usiłował się prezentować w naukowej formie - nader niefortunna próba! - jest właściwym ruchem dekadencji w dziedzinie moralnej, głęboko spowinowaconym z moralnością chrześcijańską. Potężne epoki, d o s t o j n e kultury widzą we współcierpieniu, w "miłości bliźniego", w niedostatecznym zważaniu człowieka na samego siebie coś, co zasługuje na pogardę. - Epoki należy oceniać według ich s i ł p o z y t y w n y c h - a wówczas epoka renesansu, tak rozrzutna i tak obfitująca w fatalne wydarzenia, okaże się ostatnią w i e l k ą epoką, my zaś, ludzie nowocześni, z naszą lękliwą troską o siebie, z naszą miłością bliźniego, z naszymi cnotami, takimi jak pracowitość, bezpretensjonalność, praworządność, naukowość - gromadzący, ekonomiczni, machinalni - s ł a b ą epoką... Nasze cnoty są uwarunkowane, są odpowiedzią na w y z w a n i a naszej słabości... "Równość", faktyczne upodobnienie, znajdujące swój wyraz w doktrynie "równych praw", pozostają istotnym elementem schyłku: przepaść między ludźmi, między stanami, wielość typów, wola, by być sobą, by się odróżniać, p a t o s d y s t a n s u znamionują każdą p o t ę ż n ą epokę. Rozpiętość, napięcie między skrajnościami dzisiaj coraz bardziej maleje - same skrajności w końcu się zacierają, dążąc do wzajemnego upodobnienia... Wszelka doktryna polityczna stanowi dziś konsekwencję schyłku, a wszelki ustrój państwowy, nie wyłączając "Rzeszy Niemieckiej", konieczne następstwo schyłku; nieuświadamiany wpływ dekadencji zapanował nawet nad ideałami nauk. Angielskiej i francuskiej socjologii niezmiennie zarzucam, że zna z doświadczenia jedynie t w o r y u p a d k u społecznego i że z całą niewinnością uznaje własne instynkty upadku za n o r m ę socjologicznych sądów wartościujących. Życie s c h y ł k o w e, ubytek wszelkiej siły organizującej, to znaczy siły, która rozdziela, która stwarza przepaści, która narzuca hierarchiczny porządek, w dzisiejszej socjologii stają się i d e a ł e m... Nasi socjaliści są dekadentami, ale i pan Herbert Spencer74 jest dekadentem - pragnie, by zwyciężył altruizm!...

38.

M o j e p o j ę c i e w o l n o ś c i. - Czasami wartość rzeczy leży nie w tym, co dzięki niej zostaje osiągnięte, lecz w tym, ile za nią trzeba zapłacić - jakie ponosimy za nią k o s z t y. Podam przykład. Instytucje liberalne natychmiast przestają być liberalne, gdy już powstaną: potem nic nie szkodzi wolności bardziej i gruntowniej niż one. Wiadomo wszak, c z e g o dokonują: podkopują wolę mocy, niwelują góry i doliny, które to zajęcie podniesiono do rangi moralności, czynią człowieka małym, tchórzliwym, sybaryckim - dzięki instytucjom liberalnym za każdym razem święci tryumf zwierzę stadne. Liberalizm75: po naszemu u z w i e r z ę c e n i e s t a d a... Te same instytucje, dopóki jeszcze trwa o nie walka, rodzą zupełnie inny skutek; rzeczywiście, w przemożny sposób wspierają wolność. Ściślej, ów skutek rodzi wojna, wojna o instytucje liberalne, która jako wojna pozwala trwać instynktom n i e l i b e r a l n y m. I ona wychowuje do wolności. Czymże bowiem jest wolność! Tym, że człowiek chce być odpowiedzialny za siebie. Że utrzymuje dystans, który dzieli ludzi. Że staje się coraz bardziej obojętny na mozół, srogość, niedostatek, nawet na życie. Że dla swej sprawy jest gotowy poświęcić ludzi, włącznie z samym sobą. Wolność oznacza, że męskie instynkty, rade wojnie i zwycięstwu, panują nad innymi instynktami, na przykład nad instynktem "szczęścia". Człowiek, który stał się w o l n y, a tym bardziej d u c h, który stał się wolny, pogardliwie pomiata dobrym samopoczuciem, o którym marzą kramarze, chrześcijanie, krowy, baby, Anglicy i inni demokraci. Człowiek wolny jest w o j o w n i k i e m. - Czym się mierzy wolność jednostki i wolność narodu? Oporem, który musimy pokonywać, mozołem, którego kosztem pozostajemy u g ó r y. Kto chce znaleźć najwyższy typ człowieka wolnego, niech go szuka tam, gdzie stale przezwyciężają najwyższy opór: o krok od tyranii, na progu groźby poddaństwa. Jest to prawdziwe w psychologicznym sensie, jeśli przez "tyranów" rozumieć nieubłagane i straszliwe instynkty, które żądają największego autorytetu i dyscypliny - najpiękniejszym przykładem Juliusz Cezar; jest to prawdziwe również w politycznym sensie, wystarczy rzucić okiem na historię. Narody, które były coś warte, które s t a ł y s i ę coś warte, nigdy nie osiągnęły tego dzięki instytucjom liberalnym: w i e l k i e z a g r o ż e n i e czyniło z nich coś, co zasługiwało na szacunek, zagrożenie, które uczy nas dopiero poznawać nasze środki pomocnicze, nasze cnoty, nasz oręż, naszego d u c h a - które nas z m u s z a, byśmy byli potężni... P i e r w s z a zasada: człowiek musi potrzebować być potężnym: inaczej nigdy się takim nie stanie. - Wielkie cieplarnie, w których rozwijała się potężna, dotychczas najpotężniejsza odmiana człowieka, arystokratyczne wspólnoty w rodzaju rzymskiej czy weneckiej, pojmowały wolność dokładnie w tym sensie, w jakim ja pojmuję słowo "wolność": jako coś, co człowiek ma i czego n i e ma, jako coś, czego c h c e, co z d o b y w a...

39.

K r y t y k a n o w o c z e s n o ś c i. - Nic już po naszych instytucjach: w tej kwestii jesteśmy jednomyślni. Ale nie one są temu winne, lecz my. Gdy znikają nam wszelkie instynkty, z których rodzą się instytucje, to znikają nam również instytucje, ponieważ my się już do nich nie nadajemy. Demokratyzm zawsze był schyłkową formą siły organizującej: już w Ludzkie, nazbyt ludzkie, I, 318, scharakteryzowałem nowoczesną demokrację, włącznie z jej połowicznymi postaciami, w rodzaju "Rzeszy Niemieckiej", jako f o r m ę u p a d k u p a ń s t w a. Aby istniały instytucje, musi istnieć pewien rodzaj woli, instynktu, imperatywu, wręcz złośliwie antyliberalny: wola tradycji, autorytetu, odpowiedzialności, rozciągająca się na wieki, wola s o l i d a r n o ś c i w łańcuchu przeszłych i przyszłych pokoleń in infinitum76. Gdy wola ta jest obecna, może się zrodzić twór w rodzaju Imperium Romanum: czy Rosji, j e d y n e j mocy, która jest dziś trwała, która może czekać, która może coś jeszcze obiecywać - stanowiącej pojęciowe przeciwieństwo żałosnej europejskiej państewkowości i nerwowości, która z chwilą powstania Rzeszy Niemieckiej osiągnęła stan krytyczny... Całemu Zachodowi obce są już owe instynkty, z których rodzą się instytucje - z których rodzi się p r z y s z ł o ś ć: jego "nowoczesnemu duchowi", być może, nic nie jest równie niemiłe. Żyjemy dla dnia dzisiejszego, żyjemy w wielkim pośpiechu - żyjemy bardzo nieodpowiedzialnie: i właśnie temu dajemy miano "wolności". Dla instynktów, które instytucję c z y n i ą instytucją, mamy pogardę, nienawiść, odmowę: uważamy, że gdzie choćby tylko rozbrzmiewa słowo "autorytet", tam pojawia się groźba nowego niewolnictwa. Tak daleko sięga dekadencja pośród instynktów wartościujących naszych polityków, naszych partii politycznych: i n s t y n k t o w n i e p r e f e r u j ą o n i w s z y s t k o, co prowadzi do rozkładu, co przyspiesza koniec... Świadectwem n o w o c z e s n e małżeństwo. Z nowoczesnego małżeństwa znikła wszelka rozumność: co jednak nie jest zarzutem przeciwko małżeństwu, lecz zarzutem przeciwko nowoczesności. Rozumność małżeństwa - zawierała się w wyłącznej odpowiedzialności prawnej męża: dzięki temu małżeństwo miało swój punkt ciężkości, podczas gdy dziś kuleje na obie nogi. Rozumność małżeństwa - zawierała się w zasadniczej niemożliwości jego rozwiązania: dzięki temu małżeństwo uzyskiwało akcent, który, wobec przypadkowości uczucia, namiętności i chwili, umiał s o b i e w y j e d n a ć p o s ł u c h. Zawierała się w odpowiedzialności rodziny za wybór małżonka. Rosnące pobłażanie dla mariażu z m i ł o ś c i wręcz usunęło fundament małżeństwa, który może dopiero u c z y n i ć z niego instytucję. Instytucji nigdy nie można opierać na idiosynkrazji, małżeństwa nie można opierać, jak powiedziałem, na "miłości" - małżeństwo opiera się na popędzie płciowym, na popędzie własności (żona i dzieci jako własność), na p o p ę d z i e p a n o w a n i a, który stale organizuje sobie najmniejszy twór panowania - rodzinę, który p o t r z e b u j e dzieci i spadkobierców, by również w fizjologicznym znaczeniu utrzymać osiągnięty stopień mocy, wpływów, bogactwa, by przygotować zadania zakrojone na dłuższy czas, by przygotować instynktowną solidarność pomiędzy wiekami. Małżeństwo jako instytucja oznacza zarazem afirmację największej, najtrwalszej formy organizacyjnej: gdy samo społeczeństwo nie może jako całość r ę c z y ć za siebie po najdalsze pokolenia, małżeństwo w ogóle nie ma sensu. - Nowoczesne małżeństwo u t r a c i ł o swój sens - zatem dochodzi do jego usunięcia. -

40.

K w e s t i a r o b o t n i c z a. - Głupota, a w gruncie rzeczy zwyrodnienie instynktu, które jest dzisiaj przyczyną w s z e l k i e j głupoty, sprawiła, że mamy do czynienia z czymś takim jak kwestia robotnicza. Pewnych spraw n i e p o d n o s i ć j a k o k w e s t i i: najpierwszy imperatyw instynktu. - Nie potrafię dociec, co chcą uczynić z europejskim robotnikiem, najpierw uczyniwszy zeń kwestię. Robotnik ma się o wiele za dobrze, by raz po raz nie podnosić coraz liczniejszych kwestii, by ich nie podnosić coraz bardziej nieskromnie. W końcu, stoi za nim wielka liczba. Całkowicie rozwiała się nadzieja, że jako stan społeczny wykształci się tu skromna i ukontentowana sobą odmiana ludzka, typ Chińczyka: to byłoby racjonalne, to byłoby wręcz koniecznością. Co zrobiono? - Wszystko, by w zarodku unicestwić nawet przesłanki czegoś takiego - najbardziej nieodpowiedzialną bezmyślnością do gruntu zniszczono instynkty, mocą których robotnik staje się możliwy jako stan społeczny, staje się możliwy d l a s a m e g o s i e b i e. Uczyniono robotnika zdolnym do służby wojskowej, przyznano mu prawo do stowarzyszania się, przyznano mu prawa wyborcze: cóż dziwnego, że dzisiejszy robotnik swą egzystencję odczuwa już jako dolegliwość (w języku moralności: jako n i e s p r a w i e d l i w o ś ć -)? Lecz co chcą uczynić, zapytajmy jeszcze raz. Jeśli ktoś chce celu, to musi chcieć również środków: jeśli ktoś chce niewolników, to jest błaznem, jeśli ich wychowuje na panów. -

41.

"Wolność o jaką mi n i e chodzi..." - W takich czasach jak dzisiejsze być zdanym na swe instynkty to jeszcze jedna fatalność. Instynkty wzajemnie sobie przeczą, przeszkadzają jeden drugiemu, wyniszczają się wzajemnie; epokę n o w o c z e s n ą zdefiniowałem już jako sprzeczność fizjologiczną. Rozumne wychowanie chciałoby, aby żelazny uścisk doprowadził do o b e z w ł a d n i e n i a przynajmniej jednego systemu instynktów, dzięki czemu jakiś inny mógłby osiągnąć siłę, stać się potęgą, zapanować. Dzisiaj trzeba by jednostkę p r z y c i ą ć, aby ją dopiero uczynić możliwą: możliwą, to znaczy p e ł n ą... Dzieje się coś przeciwnego: postulat niezależności, swobodnego rozwoju,


<poprzedni<  początek >następny>




Główna/FAQ/Filozofia/Czytelnia/Nietzsche/O nas/Varia/Scena/Sztuka/Forum/Katalog/Okultyzm
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>