Satan.pl > Scena >[ Zaloguj się ]   [ Rejestracja ]
Scena
Login: Hasło:
Teksty Grafiki Muzyka N   A   J
L   E   P
S   Z   E
Kontakt

Szatan_rotfl

Zjazd (2008-10-09)

Sabatiel przetarł oczy. Łeb go bolał tak, jakby stado antylop gnu przetaczało mu się pod czaszką. Co, do kurwy nędzy? - pomyślał rozglądając się po pomieszczeniu, które pierwszy raz w życiu widział. Siedział na brudnym materacu, który śmierdział moczem. Na ścianach dostrzegł ślady żółtej farby, a za nim znajdowało się małe okno tak brudne, że światło przedostawało się do wnętrza z trudem. Co jest grane? - zaczął się zastanawiać - Przecież wczoraj nic nie piłem, tylko soczek. Sabatiel zaczął rekonstruować wczorajszy dzień. Pamiętał, jak przyjechał w pobliże Łodzi, na zjazd forumowiczów satan.pl. Była popijawa w lesie, pod namiotami, ale on nie pił, bo nie mógł. Nic też nie palił. Położył się spać około czwartej nad ranem. I obudził się tu. Co to za miejsce? - kombinował, ale przez jego głowę przechodziły tylko bezsensowne, trudne do zidentyfikowania pomysły. Nagle usłyszał kroki za drzwiami. Drzwi? - zdziwił się, kiedy uświadomił sobie, że ich wcześniej nie zauważył. Ktoś przekręcił klucz i drzwi otworzyły się skrzypiąc. W wejściu stanął wysoki, młody człowiek. Ubrany był w skórzaną kurtkę i spodnie jeansowe. Miał też ciężkie wojskowe buty, a w ręce trzymał metalową rurkę.
- Wstawaj. Idziemy na dół - powiedział ów tajemniczy jegomość.
- Że co? - wykrztusił Sabatiel - Kim ty, do jasnej cholery, jesteś?!
- Zamknij ryj i wstawaj, bo ci przypierdolę.
Sabatiel wstał ociężale i poczłapał do wyjścia. Czuł się tak połamany jak nigdy. Zorientował się, że jest na parterze i jest prowadzony do piwnicy. Korytarz nie różnił się zbytnio od pokoju. Te same obskurne ściany. Skręcili w lewo i zaczęli schodzić po stromych schodach.
Pomieszczenie rozświetlała dość mocna żarówka. Sabatiel stanął zszkokowany, kiedy zobaczył, że wszyscy, którzy wczoraj się zjechali, już tu są. Myszołów, Cień, Marcin93, Ego, flo, Wiktor, Piotr Wdówka, De Profundis i Hast. Obok grupy znajomych stał szeroki blondyn. Miał na sobie bojówki, ciemną koszulkę i glany. W ręce trzymał pistolet.
- Nazywam się Pan X - rzekł jegomość, który przyprowadził Sabatiela - A to jest Pan Y - wskazał palcem blondyna.
- Jesteśmy tutaj po to, by was zabić - odezwał się do tej pory milczący Pan Y.
To powiedziawszy dwójka oprawców wycofała się i weszła po schodach na górę, zatrzaskując za sobą drzwi.
- Ja pierdolę, Sab, wyglądasz jak gówno - rzucił Hast.
- Sam nie wyglądasz lepiej - odciął Sab, a Hast wiedział dobrze, że ma rację. Cała jego koszulka była w rzygowinach.
- Nic ci nie jest? - zapytała załzawiona De P. Saba.
- Nie. Nie wiem. Kurwa, o chuj im chodzi?
- Myślicie, że to jakiś żart? - zapytał z nadzieją w głosie Cień.
- A wygląda Ci to na jakiś jebany żart? - wybuchł Wdówka, który sprawiał wrażenie na wpół przytomnego. Na czole miał sporą ranę.
- Kurwa, kto ci łeb rozjebał?
- Pan X. Nie chciałem wyjść z pokoju.
- Może nas ktoś uratuje? - rzucił Cień.
- Ja pierdolę, teraz nagle optymistę w sobie znalazłeś - nie wytrzymał Marcin.
- To co, będziemy se tak czekać bezczynnie? - powiedział Cień szukając poparcia.
- Mówi się "sobie" - oburzyła się flo.
- Stul ten ryj, niezrównoważona babo! - krzyknął Wiktor.
Zapadła cisza. Sabatielowi ręce drżały ze strachu. Oni chcą nas zabić - pomyślał z przerażeniem i od razu zaczął się zastanawiać, kto będzie pierwszy.
- Ja stąd uciekam. Nie wiem, jak wy i mnie to nie obchodzi - powiedział spokojnie Ego.
- I co, kurwa, zamierzasz zrobić? - syknął Sabatiel.
- Tobie nic do tego. Działaj na własny rachunek.
To było dla Saba zbyt wiele. Zamachnął się i zdzielił Ego prosto w nos tak mocno, że ten się przewrócił i zalał krwią i łzami.
- Myśl, do kogo mówisz, okurwieńcu!
- Chłopaki, przestańcie! Nie widzicie że tamtym dokładnie o to chodzi? - zaprotestowała flo. - Oni dokładnie tego chcą, dezintegracji grupy.
- Ona ma rację – włączyła się Myszołów. - Nie możemy dopuścić do tego, że sami się wykończymy.
- Jeden chuj, kto mnie zabije – wtrącił Cień.
Rozległo się skrzypienie drzwi. Pan X i Pan Y schodzili na dół.
- Teraz grzecznie uklęknąć i odwrócić się do nas plecami - rozkazał Pan X.
Wszyscy posłusznie wykonali polecenie. Pan Y związał im ręce i nogi taśmą klejącą.
- Możecie krzyczeć, nawet lepiej, jak będziecie. I tak nikt was nie usłyszy - powiedział ze stoickim spokojem Pan X, wyciągając rzeźnicki nóż. Kopnął Marcina w głowę i gdy ten upadł na twarz, zabrał się za podrzynanie mu gardła. Pozostali zaczęli płakać, nie wiedząc co mają ze sobą zrobić.
- Teraz kolej na ciebie, Wiktor - podszedł do niego Pan X. Wiktor zawył.
Sabatiel już nie wiedział, co się dzieje. Nie wiedział, kogo teraz zarzynają, nie wiedział, ile czasu upłynęło, nie wiedział, kto krzyczy. Klęczał w kałuży krwi. Obejrzał się za siebie. Blondyn się onanizował. Kurwa, już tylko ja zostałem - uzmysłowił sobie. Zamknął oczy.
- Sabatieluuu - rzekł znajomy głos.
- Co jest, kurwa? - przeraził się.
- Sabatieluuu - znajomy głos powtórzył.
Sabatiel otworzył oczy. W pomieszczeniu nie było nikogo, nie było trupów, nie było krwi. Spojrzał za siebie, w górę.
- O kurwa, to ja! - krzyknął z przerażeniem, kiedy zobaczył, że nad nim stoi on sam.
- Czym jest czas, Sabatielu?
- Co? Jaki czas? - Sab był zbity z tropu.
- Czy czas jest dla ciebie ważny?
- Człowieku, weź mnie rozwiąż!
- Dlaczego?
- Bo jesteś mną!
- Tak, ale skoro ja jestem tobą i jestem nieskrępowany, czemu mam się rozwiązywać?
Pomieszczenie zawirowało. Wszystko się zmieniło. Sabatiel klęczał na dywanie. Znalazł się w dziecięcym pokoju.
- Poznajesz to miejsce?
- Nie!
- Przecież tu byłeś. Jak możesz nie pamiętać?
- No nie pamiętam - Sab wybuchnął płaczem. Szlochał jak małe dziecko.
- Czas. Dlaczego go marnujesz?
- Przecież go nie marnuję. Robię wiele pożytecznych rzeczy!
- Pożytecznych dla kogo?
- No... - nie wiedział co powiedzieć.
- James, it's dinner time! - usłyszał głos zza drzwi.
- Mama? - uderzyło go coś nagle jak piorun.
- Tak, James, to twoja matka.
- Ale ja nie mam na imię James! - zaprotestował bez przekonania Sabatiel.
- Naprawdę?
- Nie wiem – zrezygnował.
- Czas. Ile razy chcesz go zmarnować?
Sab czuł się bezsilny. Nie pamiętał tego miejsca. Ale jednocześnie czuł każdą częścią swojego jestestwa, że tu był, że to jego matka go woła.
- Mogę iść na obiad?
- Możesz.
- To rozwiąż mnie.
- Już o tym rozmawialiśmy.
- To jak mam iść, jak mam związane nogi?
- Nie masz, zobacz.
Pomieszczenie zawirowało. Wszystko odeszło w niebyt. Pozostała ciemność.
- Gdzie ja jestem?
- Tu też byłeś.
- Co to za miejsce?
- Piekło.
- Co?
- Piekło.
- Ale jak to możliwe?
- Lepiej zapytaj, dlaczego.
- Dlaczego?
- Bo marnujesz czas.
Sabatiel zaczął sobie coś uzmysławiać. Jeszcze tego nie wiedział, ale już czuł. Dobry omen.
- Tak, Sabatielu.
Sabatiel poczuł zapach, ciężki do zidentyfikowania. Otworzył oczy. Leżał głową pomiędzy nogami De P. Jej krocze było oblepione mieszaniną rzygowin i taniego wina. To był mój najgorszy trip - pomyślał Sab. I najgorszy zjazd. Do namiotu wczołgał się Wiktor i szturchnął Saba w plecy.
- Zbierajcie się. Już czas.
- Ta, już czas.



AutorKomentarz
Malkav
Wysłano:
2008-10-09
21:22:22
Zjazd
zajebiaszcze :) podoba mi się bardzo ale może dlatego że porusza osoby które w jakiś sposób znam :P obrazy nawet sugestywne, utwór łatwy do odczytu i nie trzeba się nad nim zbytnio znęcać - szkoda tylko że takie krótkie ale w sumie za długie być też nie.. >>



Główna/FAQ/Filozofia/Czytelnia/Nietzsche/O nas/Varia/Scena/Sztuka/Forum/Katalog/Okultyzm
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>