| Satan.pl > Scena > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Jordan
The Longest Journey (2005-09-23)
Poczułem.
I wiedziałem ze to zrobiłem.
Logika krzyczała „istniejesz!”.
Chyba tak.
Żyłem więc by zapełniać swe nienasycone czeluście pamięci. Zbierałem elementy łamigłówki świata. Tak się nimi fascynowałem. Kawałkami czegoś, co określiłem jako „nie - ja”. Z czasem (który potrafiłem już wtedy przyspieszać lub zwalniać wedle potrzeb) mój hangar dla umysłu zmieniał swe oblicze. Coraz więcej kurzu pokrywało na prędce złożone półki. Podłogi zaśmiecane starymi, bezużytecznymi wspomnieniami zagradzały przejście do nich. Pewnego dnia zrozumiałem że niektórych z nich nie uda mi się nigdy usunąć. Zresztą lubiłem te stare wspomnienia, mimo że były tylko bolesnym świadectwem mojego błędu zaniechania. I tak z każdą moją wizytą, z każdym moim powrotem na Ziemię, przedzierałem się przez coraz to większe sterty rupieci, tak przecież mi bliskich. Nie pamiętam nawet kiedy, zdałem sobie sprawę że to już nie hangar. Nawet nie magazyn, czy chociażby podręczny składzik. To była piwnica. Światło zaledwie przez jedną lub dwie godziny przeciskało się poprzez brudny, zakratowany lufcik. Nie, wymiary się nie zmieniły. Po prostu nieprzebrana masa wszelkiego rodzaju doznań tak szczelnie ją wypełniła, że stała się jednolitą niemal strukturą tworzącą nowe ściany, korytarze, tunele, tajne przejścia, a także stalaktyty i stalagmity niczym w jaskinii. Nieraz wydawało mi się, że słyszę gdzieś, jakby podskórny odgłos kapiącej wody. O tym, że tak było w istocie przekonałem się dużo później, gdy mój świat podziemnej krainy ciszy nawiedziła Powódź.
Właśnie po raz kolejny bawiłem się swą nowo nabytą umiejętnością wywoływania dopaminowych trzęsień ziemi, czerpiąc radość z nieskrępowanej destrukcji, gdy w jednej chwili potężne uderzenie mogące miażdżyć małe wyspy inności szarpnęło mną i całą jaskinią. Coś pękło. Poczęły wnet spadać na moją głowę strumienie, wodospady nawet. Nie, nie wody.
Krwi.
Dziki strumień porwał mnie ze sobą, nakazując swym nurtem kierunek szaleńczej jazdy. Tonąłem. Chciałem tonąć. Do dziś czuję w ustach ten słodki smak rozkoszy, jaka mogła unicestwić mnie wówczas. Tak chciałem stać się jej częścią rozpuszczając się w niej. Mówi się, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Jeśli tak, to tym właśnie tłumaczyć można fakt, że nie zaczerpnąłem wtedy odpowiednio gwałtownie ostatniego wdechu cudownej substancji. Dziś wiem, że był to najlepszy moment na owo ostateczne spełnienie. Później, mimo że czułem jeszcze czasem nasycenie, stopniowo poziom opadał do chwili, gdy ocknąłem się taplając w kałuży własnych ekskrementów.
Szok.
Zamarłem i niedługo potem nadszedł Wicher. Zimny huragan pozostawiający na oczach bielmo martwego chłodu. Przemierzałem moją krainę wszędzie dokoła widząc jedynie stalowoszary szron pokrywający wszystko swą mroczną naturą. Skostniałymi z mrozu palcami odgarniałem jeszcze czasem jego powłokę, by odczytać co jest pod nim ukryte i tym samym odgadnąć w którym miejscu właśnie się znajduję. Bo zaiste cały krajobraz malował się jako las oświetlony srebrną, ponurą poświatą księżyca w pełni, a wszędzie dało się słyszeć jedynie przenikliwie rozdzierający świst wiatru wwiercającego się w głowę i zdmuchującego wszelkie myśli jak płomień świecy. W końcu, leżąc bez ruchu pod jednym z jakichś ni to drzew ni to kolumn i czekając w zgodzie na ostatni podmuch zamieniający mnie w jeden z eksponatów, poczułem kroplę na policzku. Była ciepła. Mógłbym przysiąc że gdy spłynęła do kącików ust, miała słodki smak. Tak tego pragnąłem. Gdy odzyskałem kontrolę nad tym jednym ze zmysłów, poczułem jej prawdziwy smak.
Słony.
Długo jeszcze trwało nim zauważyłem zmiany w otoczeniu. Szron ustąpił miejsca całym symfoniom kapiących kropel wody. Strumyki z nich zrodzone spłukiwały swą własną melodią niegdysiejszy kurz. Wszystko stawało się jakby czystsze. Nawet ten już całkiem zapomniany lufcik pewnego dnia błysnął na chwilę światłem prosto w moją twarz. Spojrzałem w tym kierunku. Światło było tak pewne, ciepłe i spokojne. Jakby było tu zawsze, tylko ja go nie dostrzegałem do tej pory. Ta chwila trwała mgnienie powieki, lecz ja wiedziałem już co robić. Wstałem i wziąłem się do pracy. Tyle było do zrobienia. Tak wiele rzeczy trzeba znów poukładać na swoich miejscach - właściwych tym razem, tyle nieznanych sklasyfikować a stare i połamane posklejać, na nowo wytyczyć ścieżki , nazwać je i zmienić ich przeznaczenie.
To była wielka praca i trwa do dziś. Wciąż od początku ją podejmuję, czasem popełniam stare błędy, odnoszę porażki, nieraz myślę czy warto. Są jednak chwile takie jak ta, gdy dociera do mnie, że muszę być gotowy. Nie mogę przewidzieć kiedy znów nadejdzie Powódź. Wiem że będzie ostatnią, więc jedyne co mi pozostaje, to niecierpliwe oczekiwanie w pewności.
Nic więcej.
| Autor | Komentarz |
|---|---|
| Eforiusz Wysłano: 2005-09-23 12:04:03 | [ Kom. ] Komentarz do utwóru "The Longest Journey Po dwóch zamieszczonych w dziale "Scena" aktach tego twórcy można ustalić dwie kwestie. Pierwsza - autor ma już wypracowany, rozpoznawalny styl poetycki, którego póki co kurczowo się trzyma. Druga - styl ten oddycha głęboko Herbertem, względnie... >> |
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















