Satan.pl > Scena >[ Zaloguj się ]   [ Rejestracja ]
Scena
Login: Hasło:
Teksty Grafiki Muzyka N   A   J
L   E   P
S   Z   E
Kontakt

HaaL

Hal - część 1 (2007-01-31)



Przedmowa


HaaL to pseudo, które powstało na potrzeby satanistycznej społeczności razem z portalem satan.pl i funkcjonuje tylko w tym obrębie. "Hal" powstał jeszcze przed satan.pl na skutek zmęczenia odpowiadaniem wciąż na te same pytania. Celowo przerysowany, miejscami wręcz irytująco łopatologiczny. Dzisiaj nie jest to całościowe oddanie filozofii autora.
HaaL powstał z HaL'a tylko dlatego, że swego czasu na IRCu ktoś zajął nick 'HaL'. A sam HaL oczywiście wziął się z filmu Kubricka, gdzie nazwa 'HAL' powstała z 'IBM' przez zastąpienie każdej litery poprzednią w alfabecie.





"Hal"


1998-07-30



Obudziłem się wreszcie z długiego snu. Nie miałem nic istotnego do załatwienia w ten dzień, więc ogarnęła mnie ochota dalszej drzemki. Przekręciłem się na drugi bok i lekko odchylając głowę spojrzałem na zegarek. Niedawno minęła szósta, a wydawało się jakby była już dziewiąta. Mimo tak wczesnej godziny w zasadzie nie chciało mi się tak bardzo spać. Za oknem było już jasno, bezchmurne niebo zapowiadało kolejny, upalny dzień. Moje myśli przez chwilę krążyły wokół tego czy wstać, czy może jeszcze poleżeć. Zawsze miałem ten dylemat, kiedy budziłem się rano i nie musiałem wstawać. Ciężko to w sumie nazwać jakimś wielkim dylematem, bo prawie zawsze dochodziłem do rewelacyjnego wniosku, by sobie jeszcze podrzemać. Zachęcony ładną pogodą postanowiłem zrobić wyjątek i wybrać się na spacer. Wstałem powoli z łóżka, otworzyłem balkon i usiadłem na krześle. Siedziałem wsłuchując się w dźwięki dobiegające z zewnątrz, by po chwili zaczerpnąć świeżego powietrza i wstać ponownie. Uczucie lekkiej senności jakie miałem przed chwilą minęło. Poszedłem do łazienki, zapaliłem światło i patrzyłem przez chwilę na swoje lustrzane odbicie, nic nowego, a jednak zawsze mnie jakoś ciekawiło. Patrzyłem na siebie tak przez chwilę, umyłem twarz i wróciłem do pokoju. Świeże powietrze z zewnątrz już na dobre wdarło się do środka. Nie miałem ochoty niczego jeść, wiedziałem, że ten dzień jest w pewnym sensie wyjątkowy. Ubrałem się powoli, po czym skierowałem do wyjścia. Wyszedłem z domu i od razu udałem się w stronę morza. Tak, miałem to szczęście, że mieszkałem blisko morza i lubiłem się tamtędy przechadzać. Szczególnie lubiłem przechadzki w lesie, blisko klifu, z którego był wspaniały widok na całą okolicę. Wszedłem do lasu, było bardzo cicho, z oddali słyszałem spokojny szum morza, czułem się wspaniale. Nie lubiłem chodzić po często uczęszczanych ścieżkach, wolałem raczej takie mocno zalesione, mogłem wówczas niemal całkowicie zapomnieć o wszystkich moich problemach i zostać ze sobą przez chwilę. W czasie mojego monotonnego, codziennego życia rzadko się zdarzało, żebym mógł skupić się na sobie. Wszystko było raczej skierowane na zewnątrz, interesowało mnie wszystko wokół mnie, a nie ja sam, przyjemnie było czasami o tym wszystkim zapomnieć i próbować „zobaczyć” siebie. Było to o tyle przyjemne, że zawsze mogłem odkryć coś nowego w sobie, byłem dla siebie wielką tajemnicą i to było w tym najciekawsze. Dzisiaj mogłem popatrzyć na siebie po raz ostatni. Wiedziałem, że kiedyś musi się to skończyć, nie dlatego, żebym był w jakiejś wielkiej depresji, nie, wręcz przeciwnie - moje życie układało się jak najlepiej, nie mogłem sobie niczego poważniejszego zarzucić, ale utknąłem w pułapce bez wyjścia, albo raczej z jednym wyjściem, przez które chciałem dzisiaj przejść.

Słońce coraz bardziej wyłaniało się nad horyzont i przeciskało miedzy pniami drzew. Od czasu do czasu padało mi prosto na twarz, zatrzymywałem się wówczas na chwilę i pozwalałem ją sobie ogrzać. Idąc tak przez las, czułem bardzo wyraźnie każdy swój oddech, słyszałem dźwięk każdej gałązki łamanej pod moimi stopami. Czułem się w pewien sposób wyjątkowo, trudno zresztą, żebym się tak nie czuł. Przyjemny, monotonny dźwięk morza stawał się coraz wyraźniejszy, coraz więcej światła docierało do mnie, zbliżałem się powoli do mojego ulubionego miejsca. Nie miałem ochoty zastanawiać się dziś nad czymkolwiek, wszystko co chciałem przemyśleć jak mi się wydawało, zostało już przemyślane, moje działanie zostało już przeze mnie określone. Pozostało przełamać się, by wyjść. Oczywiście bałem się wychodzić, bo byłem skonstruowany tak, żeby się bać. Mimo tego, wiedziałem, że to jedyna możliwość, jedyne rozwiązanie, jedyny sens. Doszedłem wreszcie do klifu, było cudownie, słońce podniosło się już znacznie nad horyzont i odbijało w spokojnym morzu. Spojrzałem w dół i przestraszyłem się, było wysoko, okropnie wysoko, ale to chyba dobrze, im wyżej tym lepiej - myślałem. Woda raz po raz rozbryzgiwała się między dużymi kamieniami rozsianymi w pewnej odległości od klifu. Jeszcze tylko chwila, ale mimo wszystko żal mi jakoś było, żal nie siebie, ale tego wszystkiego co mnie otaczało. Wiedziałem, że nie ma to żadnego znaczenia i przestałem myśleć o czymkolwiek. Pozwoliłem, żeby wszystkie myśli powoli odeszły, musiałem się w końcu jakoś znieczulić.
Stałem na samej krawędzi, moje nogi, które przed chwilą ledwo stały ze strachu, stały teraz pewnie, moja twarz zobojętniała, tak mi się przynajmniej wydawało. Spojrzałem jeszcze raz w dół, gdy nagle usłyszałem jakiś głos. Początkowo myślałem, że mam jakieś przewidzenia, ale po chwili wyraźnie słyszałem, jak jakiś głos woła do mnie z tyłu. Nie miało to oczywiście żadnego znaczenia, czy ktoś mnie woła czy nie, ale wytrąciło ze spokoju w jakim się znajdowałem, spowodowało, że znowu pojawiły się myśli, których tak nie chciałem. Drzwi brutalnie zatrzasnęły się przed nosem, nie mogłem wyjść. Odwróciłem powoli głowę i ujrzałem małego chłopca krzyczącego coś w moim kierunku. Byłem jednak na tyle zdezorientowany, że nie rozumiałem o co mu chodzi. Po chwili znowu stanąłem twardo na ziemi i wtedy usłyszałem:

− Proszę pana! Mój kolega spadł z drzewa i nie może się ruszać!

Kto może o tej porze łazić po drzewach? – próbowałem to jakoś zrozumieć, ciągle jeszcze myślami będąc gdzie indziej. Powoli jednak docierało do mnie, że nie zrealizuje swojego planu.

− Proszę pana! Niech mi pan pomoże, on nie może się ruszać! – wrzeszczał chłopak w moim kierunku. Nie lubiłem znajdować się w takich sytuacjach, gdzie ktoś oczekiwał ode mnie pomocy, czułem się zobowiązany, nie lubiłem czuć się zobowiązany, dlatego zawsze unikałem sytuacji, w których istniała taka możliwość. Podszedłem bliżej chłopca i zapytałem, gdzie jest jego kolega. Chłopak odwrócił się i zaczął biec do lasu, wrzeszcząc, żebym się pośpieszył. Doszliśmy w końcu do miejsca, gdzie leżał.

− Nie mogę się ruszać – wystękał i patrzył na mnie wyczekująco. Nie znałem się na medycynie, więc mogłem mu tylko zaszkodzić, ale wyglądało na to, że jak go zostawię to zaszkodzę mu więcej.

− Możesz ruszać palcami u nóg? – zapytałem bez entuzjazmu.

− Mogę – odpowiedział, ciągle jęcząc. Moja wiedza ograniczała się tylko do wniosku, że najprawdopodobniej nie uszkodził sobie rdzenia kręgowego. Zresztą sam nie wiem czy był to wniosek prawidłowy. Podniosłem go, wrzeszczał trochę przy tym, ale niezbyt mnie to obchodziło. Mówił coś o tym, że bolała go noga. Nie to mnie jednak interesowało, myślałem jak najszybciej się go pozbyć, żebym nie miał wyrzutów sumienia. Na szczęście okazało się, że chłopak mieszka niedaleko. Doszedłem do białego, zadbanego domku. Od razu można było zorientować się, że ludzie w nim mieszkający są raczej zamożni. Przed domem znajdował się bardzo zadbany ogródek, co przykuło na moment moją uwagę. Nie mogłem otworzyć furtki, ponieważ trzymałem tego nieszczęśnika na rękach. Kazałem jego koledze zadzwonić i nie odzywać się. Po chwili drzwi otworzyły się i wyszła z nich jakaś kobieta, chyba matka tego chłopaka. Nie bardzo wiedziała o co chodzi, kim jestem, patrzyła na mnie przez chwilę po czym zauważyła, że niosę jej syna na rękach. Oczekiwała chyba, że coś powiem.

− Znalazłem go w lesie, ma chyba złamaną nogę – powiedziałem krótko. Kobieta zakryła twarz dłońmi i szybko podbiegła w moim kierunku.

− Proszę, proszę... ostrożnie, niech pan wejdzie – była bardzo podekscytowana, nic dziwnego, w końcu to jej syn. Wszedłem do mieszkania, przekazałem syna w ręce matki i szybko udałem się w stronę wyjścia. Miałem nadzieję, że mojego zniknięcia nikt nie zauważy, ponieważ cała rodzina była zajęta synem, jednak nie.

− Proszę pana – usłyszałem za sobą – niech pan zaczeka, czy mogę się panu jakoś odwdzięczyć?

− Nie, nie trzeba, muszę już iść, śpieszę się, do widzenia – powiedziałem szybko, po czym wyszedłem. Od razu poczułem ulgę, ulgę przekazania odpowiedzialności. Zdarzenie to wytrąciło mnie z dzisiejszej równowagi, nie miałem już ochoty iść na klif, wiem, że byłbym zbyt przestraszony. Jednak przechadzka w tamtą stronę pociągała mnie bardzo. W końcu postanowiłem przejść się wzdłuż klifu, jak to wielokrotnie czyniłem wcześniej. Po niedługim spacerze znów zagłębiłem się w lasek, chociaż było już nieco później i słońce coraz bardziej dawało się we znaki, to między drzewami wciąż było chłodno, wciąż odczuwalna była świeżość poranka. Na szczęście nie było tam już nikogo ze złamaną nogą i mogłem oddawać się przyjemności spacerowania. Nie zamierzałem tracić jej na pomoc komuś tam. Nigdy nie lubiłem sytuacji, gdzie ktoś potrzebował mojej pomocy, nie lubiłem jej udzielać chyba, że wypływała ode mnie samego. Jednak jeżeli ktoś oczekiwał jej ode mnie, to od razu powodował tym moją niechęć. Oczywiście mógłbym nie pomóc, ale zwykle rodziło to bardzo nieprzyjemne skutki. Wynikały one po części z mojego wychowania, a po części z wychowania owych ludzi potrzebujących pomocy. Zostałem wychowany tak, że cierpienie ludzi wokół mnie stawało się moim cierpieniem. Oczywiście miało to swoją granicę, ale generalnie źle się czułem, albo nie mogłem w pełny sposób przeżywać szczęśliwych chwil, jeżeli ktoś obok potrzebował pomocy, a najgorzej jak potrzebował pomocy właśnie mojej. Rodziło to u mnie zawsze wyrzuty sumienia, gdy komuś nie pomogłem. Zawsze był to w zasadzie wystarczający powód ku temu bym pomógł. Sami ludzie zresztą czują, że jestem w jakiś tam sposób zobowiązany pomóc im i jeżeli takiej pomocy odmówię, to uznają mnie za swojego wroga, a nie za kogoś po prostu neutralnego. Doszedłem jednak do wniosku, że pomoc taka, jaką udzieliłem tego ranka była z mojego punktu widzenia słuszna. Na pewno nie miała związku ze znajomością poszkodowanej osoby i jakimś poczuciu obowiązku wobec niej. Był to przecież całkowicie przypadkowy chłopak, któremu pomogłem dlatego, że źle bym się poczuł gdybym tego nie zrobił. To właśnie było ważne: „źle bym się poczuł”. Tak właściwie pomogłem raczej sobie niż jemu, ponieważ na jego dobru mi nie zależało. Przecież później nie obchodziło mnie, co się z nim dalej stanie. Może złamał nogę w tragiczny sposób i nie wyleczy się zbyt szybko, nie było to istotne. Najważniejsze, że Ja byłem już usprawiedliwiony przed samym sobą – wypełniłem swoją misję dobrego uczynku i byłem wolny od dalszej odpowiedzialności. Co by się stało, gdyby chłopak złamał nogę nie w tym lasku, ale gdzieś indziej, gdzie byłoby wiele ludzi mogących mu pomóc? Kto pomógłby? Ja na pewno czekałbym, aż ktoś się zdecyduje pomóc za mnie, jestem zbyt wygodny, by wysilać się na dobrodziejstwo. Zresztą zawsze, kiedy postawiono mnie w sytuacji przymusowej pomocy, to wiązało się to z obniżeniem mojego dobrego samopoczucia. Sytuację, w której dzisiaj się znalazłem mógłbym porównać do przechadzki kładką nad strumykiem. Przechadzam się i rozkoszuje widokami, gdy nagle kładka łamie się pode mną. Mogę oczywiście pozostać w bierności i nic nie czynić, by wpaść do wody, mogę również złapać się tej kładki. Wiadomo jednak, że co bym nie uczynił, to i tak będzie to dla mnie mniej satysfakcjonujące, niż napawanie się pięknymi widokami. Oczekiwanie pomocy ode mnie to załamanie się tej kładki, ingerencja w moje dobre samopoczucie. Pomoc chłopakowi to jej złapanie – to ja, a nie ten chłopak zostałem poddany zagrożeniu, ja się muszę ratować. To, że ratuję siebie, pomagając mu, ma dla niego zdecydowanie pozytywny charakter, ale mnie to w zasadzie nie obchodzi.

Dotarłem znowu na klif, w miejsce gdzie chciałem dzisiaj skończyć swoje piękne życie. W zasadzie w każdej chwili mógłbym spróbować znowu, ale bałem się, nie umiałem tak po prostu skoczyć, potrzebne mi było do tego odpowiednie nastawienie, znieczulenie się, zduszenie w sobie instynktu samozachowawczego, doprowadzenie się do stanu umysłu, w którym wszystko mi jedno. Sytuacja taka nie jest wcale prosta, bo od stanu, w którym wydawało mi się, że to ten właściwy do tego faktycznie właściwego była jeszcze długa droga. Nie zastanawiałem się wówczas nad tym w jakiś szczególny sposób, nie zależało mi, by znowu spróbować. Nie było to celem, raczej zwykłą czynnością jak spanie, oddychanie, czy coś podobnie zwykłego. To, że „czynność” ta kłóciła się z moją naturą, nie przeszkadzało mi jej uznać za całkowicie naturalną, albowiem umysł mój został zniekształcony na drodze własnych rozważań. Świat szedł swoją drogą do niewiadomego celu, ja byłem tylko trybem, trybem zużywalnym, ale wymiennym. Każdy zresztą jest zużywalny, jakie to ma znaczenie czy zużycie nastąpi prędzej czy później? Dlaczego wszystkim tak zależy na długości funkcjonowania w owej wielkiej maszynie świata. Osobiście wolałem skończyć swoją funkcję ot tak, po prostu, w chwili największego szczęścia jakie mnie dotychczas spotkało. Jeśli zgodziłbym się na inne rozwiązanie to wiązałoby się ono z jakimś cierpieniem, chorobą, a może nagle bym zginął w wypadku? Tak, taka możliwość zawsze podobała mi się najbardziej – nagle, bez świadomości zbliżającej się chwili. Generalnie nieświadomość zbliżającej się chwili jest cudowna, gdy chwila ta, jak się później okazuje jest nieprzyjemna. Znacznie bardziej boli uderzenie, gdy się go spodziewa, większość bólu pochodzi od „oczekiwania”.

Myśląc tak sobie szedłem wzdłuż klifu, morze na dole było niezbyt spokojne, wiatr nasilał się, na falach zaczęły pojawiać się białe grzbiety. Nie były to dla mnie wymarzone warunki do spacerowania, dlatego udałem się z powrotem w kierunku lasku, by w końcu dojść do miasta. Nawet nie spodziewałem się, że moja przechadzka zajmie mi tyle czasu, zanim się spostrzegłem było już prawie południe. Słońce tkwiło nad moją głową, teraz doceniłem wiatr, który był tu nieco słabszy. Mimo dużej temperatury powietrza wiatr orzeźwiał mnie i było to niezwykle przyjemne uczucie.

Miasto dookoła żyło własnym życiem. Każdy człowiek gdzieś szedł, do jakiegoś swojego celu, każdy wypełniał swoje codzienne obowiązki, wszystko toczyło się jak zwykle, jak zwykle każdy trybik składał się na ogólne funkcjonowanie owej małej maszynki – miasta, w którym miałem przyjemność się znajdować. Miasto zaś było trybikiem w tym kraju i tak dalej, aż wreszcie cały nasz świat był tą maszyną, na którą wszystko pracuje. Może świat też jest trybikiem jakiejś większej maszyny? A kogo to obchodzi? Przecież na co dzień nikt nie zastanawia się nad takimi rzeczami. To właśnie pozwala im funkcjonować – życie chwilą. I to jest chyba najbardziej sensowne, bo przecież do niczego nie doszedłbym zastanawiając się nad tym, gdzie to wszystko zmierza, po co i dlaczego. Przecież to nie ma żadnego znaczenia.

Miałem szczęście, że w ten dzień nie było żadnych ważniejszych spraw do załatwienia, mogłem rozkoszować się czynnościami, które sprawiały mi największą przyjemność. Jedną z tych przyjemności, które zyskiwałem małym kosztem, było delektowanie się herbatą. Często pozwalałem sobie na nią, uważając jednocześnie, by nie przesadzić, bowiem zbyt wiele przyjemności tego typu osłabiłoby je znacznie, picie herbaty straciłoby mocno na swej atrakcyjności.

Udałem się do małej kawiarenki usytuowanej w pobliżu. Na szczęście było mało ludzi, rzadko się to zdarzało. Był tam specyficzny klimat, który przyciągał ludzi swą niepowtarzalnością. Każdy mógł znaleźć chwilę na odpoczynek, odpoczynek od swych codziennych obowiązków. Ja również odzyskiwałem siły, nie przeszkadzała mi nawet ilość ludzi jaką zwykle mogłem tam zobaczyć, nie zwracałem na nich po prostu uwagi. O ile zawsze w pewnym rodzaju odpoczynku przeszkadzała mi obecność ludzi, to w tym miejscu nie miało to prawie żadnego znaczenia.

Wszedłem do środka, wymieniłem ukłon ze znajomym mi kelnerem, po czym ten od razu do mnie podszedł.

− Dzień dobry – uśmiechnął się – dzisiaj to co zwykle?

− Tak, z cytryną proszę – odparłem rozglądając się jednocześnie w poszukiwaniu jakiegoś odpowiedniego stolika.

− Dzisiaj jakoś wyjątkowo? – zagadywał kelner. Spojrzałem na niego pytająco. Dlaczego wyjątkowo – myślałem – przecież jestem tu tak często. Widocznie zauważył zdziwienie na mej twarzy, gdyż szybko dodał

− Zawsze widuję tu pana późnym popołudniem – uśmiechnął się sztucznie szeroko.

− Ach tak, faktycznie – dzisiaj jest zupełnie wyjątkowo – powiedziałem żartobliwie, po czym udałem się do stolika na zewnątrz. Słońce mocno świeciło w oczy jednak nad stolikiem był duży parasol, w którego cieniu usiadłem. Zabawne – dzisiejszy dzień jest faktycznie w jakiś sposób wyjątkowy – myślałem. Przecież nie codziennie człowiek chce odebrać sobie życie. Dotarło to do mnie dopiero po chwili, gdyż czynność ta nie była na tyle szczególna, bym pod jej wpływem określał ów dzień jako wyjątkowy. Bardziej wyjątkowy był raczej zbieg okoliczności, który doprowadził do tego, że siedziałem tam i rozmyślałem. Zapewne co poniektórzy przypisaliby to przeznaczeniu, jednak ja nigdy w przeznaczenie nie wierzyłem i dlatego był to dla mnie po prostu zbieg okoliczności.

− Proszę bardzo – kelner wytrącił mnie z zamyślenia, postawił herbatę i odszedł z powrotem do środka. Zwykle w takie upalne dni jak ten, zamiast herbaty pijałem coś innego, chłodniejszego, jednak nie było jeszcze aż tak gorąco, bym miał zrezygnować ze swojego ulubionego napoju. Najbardziej lubiłem właśnie gorącą herbatę, lubiłem rozkoszować się jej aromatem i pić powoli. Jednak po jakimś czasie robiła się coraz zimniejsza, ale cóż... podobno nie można mieć wszystkiego. Z wygody piłem herbatę parzoną z torebek, co wiązało się z koniecznością ich wyrzucania. Nie lubiłem tego zdecydowanie, ale była to chyba jedyna niepożądana czynność z tym związana.

Piłem herbatę już przez jakiś czas, kiedy nagle poczułem czyjąś obecność po mojej lewej stronie. Nie odwracałem się, myślałem, że ktoś tylko na chwilę się zatrzymał, jednak nie, ktoś stał już wyraźnie dłużej. Nie wytrzymałem i z ciekawości odwróciłem głowę w lewą stronę. Stała przede mną dziewczyna, bardzo ładna zresztą jak na pierwszy rzut oka. Była mniej więcej w moim wieku.

− Mogę się tu przysiąść? – zapytała jakby z lekkim wahaniem w głosie.

− Oczywiście – odparłem z uśmiechem starając się rozładować nieco lekko napiętą sytuację jaka się wytworzyła. Było wiele wolnych stolików obok, jednak ona chciała usiąść przy moim, czułem, że coś chce ode mnie.

− Marek miał dużo szczęścia – powiedziała nagle. Nie za bardzo wiedziałem o co chodzi, pomyślałem, że zostałem z kimś pomylony, jednak dziewczyna dodała po chwili:

− Wyszedłeś tak szybko, że nawet nikt nie zdążył ci podziękować. Robię to teraz, mam nadzieję, że bardzo nie przeszkodziłam.

− Aha – przypomniałem sobie, że przecież dzisiaj rano komuś tam pomogłem. Nie wiedziałem nawet jak ten ktoś ma na imię, zresztą co mnie to obchodziło? Teraz wiem już, że szybkie wyjście z tamtego domu nie ocaliło mnie od podziękowań.

− Oczywiście, że mi nie przeszkadzasz – odparłem - szczerze mówiąc nie widziałem ciebie wtedy w domu i dlatego teraz byłem nieco zdziwiony twoją obecnością, ale z przyjemnością sobie pogadam jeśli masz ochotę.

− Jasne – uśmiechnęła się i usiadła na krześle koło mnie. Podobało mi się, jak ktoś od razu mówił mi na ty. Cała grzecznościowa forma wymiany zdań niezbyt mi pasowała, dlatego jeśli było możliwe to zawsze starałem się mówić na ty. Problem jedynie polegał na tym, że nie zawsze wiadomo było czy takie zachowanie zostanie „dobrze” odebrane. Miało to znaczenie zwłaszcza wobec osób, od których byłem w jakimś tam stopniu zależny.

Z krótkiej wymiany zdań zaczynających wszelkie nowe znajomości dowiedziałem się, że dziewczyna ma na imię Monika, że przyjechała do rodziców w odwiedziny, plus parę innych niezbyt istotnych informacji. Podczas tej krótkiej rozmowy mogłem sobie ją dokładnie obejrzeć i ustaliłem, że jest niewątpliwie urodziwa. Ciągle łapałem się na tym, jak mój wzrok spadał w dół, na jej piersi. Muszę przyznać, że cienka bluzka pobudzała wyobraźnie co ona z pewnością zauważyła. Po jakimś czasie atmosfera przyjemnie się rozluźniła, a ja nawet nie zauważyłem, że kończy mi się herbata, zimna już zresztą. Zdałem sobie sprawę, że nie miało właściwie żadnego znaczenia, to o czym rozmawiałem z Moniką. Cała rozmowa miała dla mnie specyficzny seksualny charakter, co chyba dało się wyczuć z jej strony. Zresztą rzadko wymieniałem informację z kobietami z przyczyn poza seksualnych. Jednak jako seksualność rozumiałem może nieco więcej niż przeciętny facet rozumie. Otóż jeśli zauważyłem u siebie, że rozmawiam z kobietą w sposób odmienny niż z facetem to znaczyło, że ona podoba mi się na tyle, że chętnie uprawiałbym z nią seks. No i właśnie o to chodzi – seks zaczynał się w tym momencie, fizyczny jego finał to był deser dania nazywającego się „seks”. Dlatego dzieliłem seks na fizyczny i inny, prowadzący zazwyczaj do tego pierwszego. Nie znaczy to oczywiście, że byłem jakimś erotomanem. Taką ciekawą rzecz zauważyłem również u innych facetów. Świadomość tego pozwoliła mi lepiej rozumieć relacje damsko – męskie. Zawsze dążyłem do zyskania świadomości motywów swojego postępowania, świadomość ta pozwalała na lepsze zrozumienie istoty problemu i odpowiednie wpływanie na swoje zachowanie. Nieświadome czynienie czegoś jest zawsze pod mniejszą kontrolą. Dzięki tej prostej obserwacji nie pytałem się już później żadnego faceta: „Podoba ci się ta kobieta?”. Widziałem po prostu jak na dłoni czy mu się podoba czy nie, pod warunkiem, że miałem sposobność przysłuchać się rozmowie jaką prowadzili ze sobą. Nie jest przecież trudno rozróżnić rozmowę o charakterze seksualnym. Pozostaje jeszcze oczywiście kwestia co oznacza, że dana kobieta podoba się jakiemuś facetowi. Podobać się może przecież jej charakter, sposób zachowania i tak dalej. Jest to jednak mniej ważne jak zdążyłem kiedyś ustalić. Jeżeli ktoś zadaje pytanie o kobietę, którą jego rozmówca widzi po raz pierwszy w życiu i widzi ją w dodatku nie dłużej niż dziesięć minut to jasne jest, że pytanie dotyczy jej atrakcyjności seksualnej, czyli „Przespał byś się z nią?”. Wszystko jest jednak ubrane w słowa nie wskazujące na to bezpośrednio. Oczywiście nie jest to bynajmniej nowe odkrycie, ale często uświadomienie sobie tego podczas rozmowy daje lepsze jej kierowanie, no przynajmniej w moim przypadku. Co do Moniki nie miałem najmniejszych wątpliwości, że chociaż widziałem ją przez kilka minut, to chętnie bym się z nią przespał. Nasze myśli najprawdopodobniej były nieco oddalone od siebie, bo ona z pewnością nie rozumowała w ten sposób. Nigdy zresztą nie mogłem do końca, albo nawet w połowie zrozumieć, w jaki sposób funkcjonują kobiety, ale może właśnie to mnie w nich pociągało. Gdyby tak wszystko było wiadome to może byłyby mniej atrakcyjne. Zresztą jakie to miało znaczenie, byłem przecież zawsze zwykłym zwierzęciem, które ma takie seksualne potrzeby jak większość innych. Wszystko przecież musiało jakoś funkcjonować, by przedłużać gatunek. Chytry podstęp natury w postaci przyjemności seksu za odpowiedzialność potomstwa niezbyt mi odpowiadał i byłem wdzięczny inteligencji ludzkiej, która doprowadziła do stworzenia prezerwatyw i innych środków pozwalających na oddawaniu się tej przyjemności bez odpowiedzialności ojcostwa. Sam seks fizyczny nie był mi jednak potrzebny do czerpania przyjemności z seksu o innym charakterze. Zawsze wszelkie rozmowy o takim charakterze traktowałem jak trenowanie siebie, jak poznawanie kobiecej natury i sposobu ich myślenia. Chociaż zostało o tym wiele powiedziane, napisane i tak dalej, to ja miałem chęć i przyjemność z odkrywania wszystkiego osobiście. Zresztą takie odkrywanie mi się zawsze podobało, odkrywanie połączone z przyjemnością odkrywania. Główny problem w owym odkrywaniu stanowiły tematy rozmów jakie stanowiły jakiś fundament do wymiany zdań, rozmawiać o „pogodzie” nigdy nie lubiłem i chociaż może dużo przez to straciłem to rezygnowałem z odkrywania właśnie przez takie rozmowy. Zresztą dodatkową przyjemność odkrywania stanowiła właśnie ta druga osoba, jej sposób myślenia, zachowania i wszystko co się z tym wiąże. Jeśli jednak kobieta nie była urodziwa, to moje zainteresowanie malało w sposób drastyczny, co jednoznacznie świadczy o tym, że uroda miała dla mnie duże znaczenie, zresztą dla kogo nie ma? Czasami dochodziło do autentycznego zainteresowania tematem na jaki rozmawiałem, co niestety rzadko mi się zdarzało. Do tego potrzebna była zawsze pewna szczerość i świadomość tej drugiej osoby, bo te właśnie dwie rzeczy powodowały kierowanie rozmowy na ciekawe tory.

− Dlaczego mi dziękujesz – spytałem Monikę z autentycznej ciekawości.

− Jak to dlaczego? Przecież pomogłeś memu bratu. Niestety złamał nogę w dość fatalny sposób, jednak to w ogóle duże szczęście, że byłeś tam wtedy. A właśnie, często bywasz w takich miejscach?

− Co z tego, że mu pomogłem, nie oczekuję żadnych podziękowań, bo nie czuję, że coś zrobiłem dla niego. Po prostu pomogłem mu przez przypadek, pewien złożony przypadek. Jeśli jednak czujesz się lepiej dziękując mi za to, odpowiadam ci standardowo „Nie ma za co” co w tym wypadku akurat jest prawdą, a nie tylko zwyczajową skromną formułą. Nie jestem bowiem skromny i jeżeli faktycznie coś bym dla kogoś zrobił, to powiedziałbym po prostu ‘OK.’. Nie ma to jednak żadnego znaczenia ani dla mnie, ani chyba też dla tego, kto mi takie podziękowania składa.

− No nie wiem – odparła. Jak komuś dziękujesz to dajesz mu do zrozumienia, że miało to dla ciebie duże znaczenie, tylko tyle.

− Po co mi jednak taka informacja? Czy po to, żebym poczuł się lepiej? Czy po to, żebym miał wrażenie, że dobrze zrobiłem czyniąc to za co otrzymałem podziękowanie?

− Właśnie tak – po to, żebyś wiedział, że komuś na tym zależało – odparła nieco zdenerwowana – Dobrze, widzę jednak, że niepotrzebnie ciebie zagadałam, niepotrzebnie zawracam ci głowę, w ogóle to mogłabym sobie już pójść, czy to właśnie chcesz mi powiedzieć?

− Nie, nie! Dlaczego tak sądzisz? Gdyby tak było to raczej inaczej bym rozmawiał, nie chodzi mi konkretnie o ten przypadek, wyjaśnię to zaraz, może jednak najpierw od razu ustalę, że nie jest to skierowane przeciw tobie. Przecież to normalne całkowicie dziękować komuś, bo myślisz, że ja zrobiłem coś dla twojego brata, prawda?

− Nie rozumiem teraz, chcesz powiedzieć, że dzisiaj to nie ty przyniosłeś go do domu? Chcesz powiedzieć, że mi się przewidziało? O co ci właściwie chodzi?

− Jasne, że to ja go przyniosłem – zaśmiałem się nieco sztucznie – przecież nie nabijałbym się z ciebie w ten sposób. Dlaczego cały czas próbujesz doszukać się ataku z mojej strony, kiedy ja nie mam takiego zamiaru?

− Wszystko jak na razie na to wskazuje. Mówisz, że nie chcesz podziękowań, że nie są ci potrzebne i chcesz mi jeszcze powiedzieć, że nie jest to skierowane w moją osobę. Może ty tak myślisz, ale czuje się urażona – Żartowałam – dodała po krótkiej chwili widząc, że się nieco przejąłem.

− No proszę! Wygląda na to, że owe podziękowania powinienem przyjąć ze względu na ciebie, a nie na siebie. Nie bierz tego aż tak bardzo do siebie, proszę. Jeśli chciałbym krótkiej i nudnej rozmowy to powiedziałbym „nie ma za co” jak już to wcześniej zaznaczyłem.

− W takim razie mówisz to wszystko po to, żeby rozmowa nie była nudna jak to nazwałeś, tak?

− Dokładnie tak, nie znaczy to wcale, że to co mówię nie jest tym co myślę. Normalnie tak nie rozmawiam, bo nie byłbym zrozumiany, zresztą nikogo to nie interesuje, ale teraz siedzimy sobie na słońcu, jest przyjemnie i wydaje mi się, że nie ma sensu gdybym grał przed tobą tylko jakąś tam ogólnie wymaganą społecznie rolę, rozumiesz?

− Chcesz mi w takim razie powiedzieć, że codziennie grasz taką rolę a teraz w jakiś cudowny sposób ja okazałam się taką osobą, do której można powiedzieć coś naprawdę od siebie – uśmiechnęła się ironicznie i nieco pogardliwie.

− Nie tak całkiem. Zgadza się jednak, że codziennie grałem taką rolę, gram tysiące różnych ról, nie jestem zazwyczaj szczery, bo nie prowadzi to do niczego, jednak nie jesteś jakąś szczególną osobą, której mówię od siebie, po prostu dzisiaj jest ładna pogoda, dobrze mi się tutaj siedzi i rozmawia z tobą. Nie widzę żadnego sensownego powodu, dla którego miałbym teraz odgrywać jakąś rolę. Dość mam na to okazji na co dzień. Czasem można jednak pogadać o rzeczach, o których się codziennie nie mówi. A rozmawiam o tym z tobą bo cię nie znam, właśnie dlatego. Jeżeli uznasz, że jestem głupi, nierozsądny i jeszcze coś, to najwyżej stracę tą znajomość, znajomość, która trwa kilkanaście minut, zatem nie stracę bardzo wiele. Jednak jest zawsze jakaś szansa, że sobie porozmawiamy i nawet szansa na to, że mnie polubisz – uśmiechnąłem się do niej. Monika milczała przez chwilę tak, jakby chciała pozbierać myśli, patrzyła na mnie trochę ze zdziwieniem, trochę z zaciekawieniem.

− Wiesz co, masz rację – powiedziała – najwyżej uznam cię za kogoś z kim nie warto rozmawiać – spojrzała w bok, by po chwili wbić go w stolik, przy którym siedzieliśmy.

− No właśnie, mam nadzieję, że nie masz nic ważnego do robienia w tej chwili i nie zabieram ci zbyt wiele cennego czasu – dodałem. W końcu może warto posłuchać kogoś kto pomógł twojemu bratu i nie chce za to podziękowań, co?

− Są tu lody? – powiedziała nagle. Wybiła mnie tym nieco z rozmowy, ale właściwie to też miałem ochotę na jakiegoś zimnego loda. Szczęśliwie w owej kawiarence była lodówka z lodami stojąca sezonowo w lecie. Nie było co prawda lodów zbytnio wyszukanych tylko takie na patyku, jednak to zawsze przyjemniejsze niż suche gardło.

− Są – odparłem trochę rozczarowany tym, że mnie nie słuchała przez ostatnią chwilę – Właściwie to też mam ochotę, kupić ci?

− Nie, nie, sama sobie kupię – odparła po czym wstała i udała się do środka. Nie wiedziała najwyraźniej, że to nie jest element mojego podrywu, żaden gest, po prostu nie zależało mi dzisiaj na tym czy wydam tyle, czy może tyle. Mało brakowało i wcale nie miałbym już co wydawać. Jak uświadomiłem sobie ten fakt, to nie miało dla mnie dużego znaczenia czy wydam dzisiaj trochę więcej, zresztą cena loda? Bez przesady. Nie chciało mi się jednak tłumaczyć, zresztą jej postrzeganie sprawy nie przeszkadzało mi. Wstałem i udałem się za Moniką do środka. Teraz miałem okazję przyjrzeć się jej całej. Była tylko trochę niższa ode mnie, miała czarne, proste włosy do ramion, ciemnobrązowe oczy. Mini spódniczka jaką miała na sobie pozwalała ze smaczkiem patrzeć na jej nogi. Była na pewno tego świadoma, czułem to. Kupiłem sobie pierwszego lepszego loda z brzegu po czym udałem się do stolika na zewnątrz. Monika najwyraźniej nie mogła się zdecydować, bo przez pięć minut grzebała w lodówce. W końcu coś wybrała i dosiadła się z powrotem. Zaczęła go wolno rozpakowywać, nagle popatrzyła na mnie jakby coś sobie przypomniała

− O czym mówiłeś? A, może w końcu powiesz mi jak to było z moim bratem i co jest z tymi nie chcianymi przez ciebie podziękowaniami – patrzyła na mnie wyczekująco.

− Nie zrobiłem niczego nadzwyczajnego, w każdym razie wcale moim celem nie było pomaganie twojemu bratu. Gdyby ktoś inny stał tam obok mnie to z pewnością tak szybko bym mu nie pomógł. Najpierw liczył bym na ochoczą pomoc tego kogoś. Ale cóż, niestety byłem tam sam i źle bym się czuł jakbym mu nie pomógł, tylko tyle. To jest cały motyw mojego postępowania.

− A widzisz! Jednak przyznałeś, że źle byś się poczuł, to znaczy nie co innego jak to, że pomoc memu bratu uważałeś za rzecz właściwą.

− Było to, powiedzmy, mniejsze zło jakie miałem do wyboru. Zdecydowanie nie chciało mi się pomagać twemu bratu, ale zostałem postawiony w sytuacji gdzie musiałem wybrać między pomocą i jej brakiem. Gdyby z brakiem pomocy nie wiązały się wyrzuty sumienia, to jestem pewien, że nie pomógłbym. Twoje podziękowania powinny być raczej skierowane do moich rodziców, którzy mnie tak wychowali, że owe wyrzuty sumienia jednak mam. Nie uważam, że to źle, że zostałem tak wychowany, nie uważam też, że to dobrze, po prostu nie osądzam, nie mam zdania na ten temat, rozumiesz? Jeśli chcesz przekaże rodzicom podziękowania przy najbliższej okazji, kiedy ich spotkam – roześmiałem się.

− Nie, ja ich odszukam i podziękuje osobiście – powiedziała żartem – Nie bardzo rozumiem o co w zasadzie tobie chodzi. Podziękowania są aktualne i kieruję je do ciebie, nie do twoich rodziców. Nie sądzisz, że tak jest prościej niż dziękować rodzicom za każdą twoją pomoc. Ale przecież twoich rodziców też ktoś wychował więc może powinnam pójść do twoich dziadków? Ale to też nie koniec, więc może na cmentarz do pradziadków? – zaśmiała się szyderczo ze mnie.

− No właśnie, w takim razie nie ma sensu dziękować komukolwiek. Nie chciałem mówić tobie, żebyś szła na cmentarz tylko chciałem przedstawić swoje nastawienie do takiej pomocy, której udzieliłem dzisiaj twemu bratu. Nie chcę powiedzieć, że dziękowanie generalnie jest bez sensu. Zazwyczaj jest sensowne, bo ludzie inaczej postrzegają zjawisko, o którym mówię. Oni myślą, że czynią wielkie dobro, że powinno się im to chwalić, oczekują podziękowania jako czegoś w dobrym tonie. Jak usłyszą ‘dziękuję’ to będą mogli sami przed sobą powiedzieć ‘jaki ja jestem dobry’. Ja sobie czegoś takiego nie mówię, bo wiem, że nie jestem wcale dobry, wszelka dobroć widziana z zewnątrz jest tworzona przy okazji.

− Ale według mnie to, co zrobiłeś było właśnie dobre, a za rzeczy dobre dla mnie zwykłam dziękować.

− Dobrze, w takim razie odpowiadam ‘nie ma za co’. Czy jesteś zadowolona z mojej odpowiedzi?

− Gdybyś powiedział to na samym początku to może bym była, ale teraz wiem, że nie jest to szczere!

− Co takiego? Przecież jest bardziej szczere niż gdybym powiedział to na początku. Szczere jest dlatego, że faktycznie nie ma mi za co dziękować o czym mówię od samego początku. Nie jestem wcale taki dobry, jak tobie się wydaje. Zresztą zależy co rozumiesz przez dobro. Ciężko stwierdzić czy mamy takie same rozumienie tego określenia.

− Jesteś wierzący? – spytała nagle z zaciekawieniem większym niż dotychczas – Wiem, że może być to twoja prywatna sprawa, ale ciekawi mnie to i może lepiej się zrozumiemy. Nie masz nic przeciwko takiemu pytaniu?

− Nie mam nic przeciwko takim pytaniom, ale zazwyczaj do niczego nie prowadzą. Jeśli jednak uważasz je za istotne, to zaspokoję twoją ciekawość, ale jeszcze jedno pytanko z mojej strony, by nie było żadnych wątpliwości. Chodzi ci o to czy wierzę w Boga?

− Tak, właśnie tak. Pytam się czy wierzysz w Boga? Wierzysz?

− Chociaż nie jest to dokładnie ścisłe, to odpowiadam, że nie wierzę.

− Dlaczego nie jest ścisłe? Masz jednak jakieś wątpliwości?

− Nie wiem nic na temat Boga, ale praktycznie ma to dla ciebie takie znaczenie jakbym w niego nie wierzył. Nie ma znaczenia czy pytasz o Boga, czy o cokolwiek, o czym nie mam zielonego pojęcia. Bóg nie jest tu żadnym wyjątkiem, więc stosuję małe uproszczenie, które wiele nie zmieni jak przyjmiesz, że w Boga nie wierzę. Prezentuje tym samym postawę ateistyczną. Czy dało to tobie jakąś istotną informację?

− Trochę tak właśnie podejrzewałam – odpowiedziała nieco zawiedziona – Dla mnie sprawa dobra i zła to kwestia, którą reguluje moja wiara, ale i tak są to w większości wartości uniwersalne. Na przykład zabijanie jest złem, zgodzisz się pewnie ze mną w tej sprawie?

− Stosując pewne uproszczenia zgodzę się, że zabijanie jest złem. Ale skoro ja powiedziałem, że nie wierzę w Boga, że jestem ateistą to może powiesz kim ty jesteś Moniko?

− Przecież chyba jasno dałam do zrozumienia, że jestem osobą wierzącą!

− Tak, ale nie wiem w co wierzącą. Przecież o ile wiem religii jest wiele. Wierzysz w Boga, ale sama wiara w niego nie daje ci owych wskazówek co dobre, co złe. Powiedziałaś, że wiara reguluje to u ciebie, więc?

− Wierzę w Boga takiego, jakiego postrzegają chrześcijanie, zresztą sama dziwię się, że do tego nie dojrzałeś – dodała jakby zawiedziona.

− Może masz rację, może nie dojrzałem, nie mam jednak żadnych podstaw by dojrzeć w twoim rozumieniu. Może uda się tobie mnie nawrócić?

− Dlaczego miałoby mi na tym zależeć, poznałem cię przed chwilą i chociaż faktycznie chrześcijanie powinni nawracać niewierzących, to nie bardzo mam na to ochotę.

− Nie ma znaczenia to, że mnie faktycznie nawracasz. Chodzi o to, żebyś sama przed sobą mogła upewnić się w swojej wierze.

− Nie potrzebuję tego, nie mam co do tego wątpliwości, zresztą szczerze mówiąc wolę rozmawiać na inne tematy – dodała zdecydowanie.

− No to jestem zawiedziony. Sama przed chwilą pytałaś o to czy jestem wierzący, a teraz nie chcesz już na ten temat rozmawiać. Po co w takim razie to pytanie? Rozumiem, że miało to coś wspólnego z dobrem i złem?

− Nieważne już, byłam po prostu ciekawa, bo z twoich wypowiedzi wynikało jakbyś był właśnie niewierzącym. Nie chcę mi się już o tym rozmawiać, może kiedy indziej, nie mam teraz ochoty na takie rozmowy – Monika zawiesiła głos i przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, jednak po chwili ciągnęła dalej – Pytałam jakiś czas temu, co robiłeś tak wcześnie w tym miejscu, gdzie przez przypadek pomogłeś mojemu bratu, powiesz mi w końcu? – zapytała trochę znudzona.

− Widzisz – to wszystko jest w jakiś sposób powiązane z tym, o czym nie chcesz rozmawiać – powiedziałem by po chwili zdać sobie sprawę, że zrobiłem to zupełnie niepotrzebnie. Przecież nie miało sensu wyjaśniać tego wszystkiego. Nie miałem ochoty głosić monologu. Zresztą po co? Nie zależało mi w gruncie rzeczy na jakimkolwiek zrozumieniu. Z drugiej strony może czegoś dowiem się od niej? Nie, chyba nie. Nie chciałem jednak kończyć tej pogawędki z tej prostej przyczyny, że lepiej było mi patrzeć na ładną dziewczynę niż jeść loda bez takiego widoku. Cóż zatem mogłem jej powiedzieć? Przecież nie mogłem jej powiedzieć, że chciałem popełnić samobójstwo. Pomyślałaby, że jestem psychicznie chory albo coś w tym rodzaju. Zresztą całkiem możliwe, że psychicznie chory faktycznie byłem.

− Byłem rano na spacerze, z tego klifu tam – odwróciłem głowę – jest wspaniały widok na morze. Byłaś tam kiedyś?

− Nie, nie byłam. Przecież mówiłam ci, że przyjechałam tu do rodziców w odwiedziny, a z tego co mówiłeś nie jest to zbyt popularne miejsce w tym mieście.

− Zgadza się, nie jest popularne, sam nie wiem dlaczego, tam naprawdę jest ładnie. Mogę ci pokazać jak chcesz. No jak? Dasz zaprosić się na mały spacer w tamtym kierunku? – mrugnąłem do niej okiem zalotnie. Monika zmierzyła mnie szybko wzrokiem, popatrzyła w bok na kawiarenkę i przez chwilę jakby zastanawiała się nad decyzją czy chce mieć ze mną cokolwiek jeszcze wspólnego, po czym dodała bez entuzjazmu:

− No dobrze, w sumie mogę się przejść, jestem nawet trochę ciekawa. Po chwili milczenia wstaliśmy z krzeseł i poszliśmy w kierunku klifu. Zaraz potem jak wyszliśmy spod parasola, który do tej pory dawał przyjemny cień poczułem żar lejący się z nieba. Wiatr wyraźnie osłabł i jego lekkie podmuchy tylko w części przynosiły ulgę.

− Strasznie gorąco – powiedziała cicho i jakby z pewnym wysiłkiem

− Zrobi się chłodniej jak dojdziemy do lasku, tam zawsze jest trochę chłodniej, poza tym na klifie zwykle mocniej wieje niż tutaj, jest naprawdę przyjemnie – odparłem zachęcająco. Miałem wrażenie, że Monika nie chciała już nigdzie iść, ale jednak nie mówiła tego. Czułem to jednak z tonu jakim się do mnie zwracała. Budziłem u niej jakąś niewytłumaczalną niechęć. Miałem jednak ochotę spędzić z nią jeszcze trochę czasu. Mimo, iż nie była zbyt rozmowna, to jednak odpowiadało mi jej towarzystwo. Odpowiadało mi pewnie również dlatego, że mi się podobała. Była zresztą pierwszą osobą jaką spotkałem po mojej nieudanej próbie na klifie. Ciekawe, że pochodziła z tej samej rodziny co ten chłopak, który mi przeszkodził. Może jednak nie jest to takie ciekawe – zaśmiałem się do siebie – w końcu zwykły zbieg okoliczności jakich dużo się zdarza. Na pewno nie jest to przeznaczenie, nie wierzyłem przecież w nie. Nie miałem żadnych powodów sądzić, że wszystko jest już rozdzielone między ludzi zanim oni się urodzą. Taka myśl, gdybym w nią wierzył – z pewnością spowodowałaby w pewnym stopniu moje rozleniwienie. W końcu co ma się stać to się stanie i nic na to nie poradzę, a więc na próżno się wysilać jak i tak los zgotuje mi jakiś tam bieg wydarzeń określony przez owo przeznaczenie – to było dla mnie zawsze zbyt wygodne i pesymistyczne. Zawsze zastanawiała mnie właśnie ta rzecz, rzecz losu. Akceptacja wszystkiego co mi się wydarzy i życie z tym prądem, czy może próba modyfikacji wszystkiego wokół siebie. Modyfikacja rzeczywistości wokół mnie związana była zawsze z pewną walką, walką o taką rzeczywistość, jaka by mi odpowiadała. Oczywiście nigdy nie uzyskałbym stanu, w którym wszystko wokół odpowiadałoby mi całkowicie. Zawsze można coś zmienić na lepsze, zawsze jest jakiś powód, dla którego wysilają się wszyscy. Ja zawsze uważałem, że mam wpływ na wszystko wokół, prawie wszystko. Ja zawsze kierowałem sobą, ja tworzyłem swój los i na niego wpływałem, ja więc byłem w pewnym sensie Bogiem dla samego siebie, twórcą własnej rzeczywistości. Niepowodzenia, porażki były oczywiście moją winą i nawet jeśli ktoś przyczynił się do mojej przegranej, to ja byłem głównym winnym. Nigdy jednak nie użalałem się nad tym. Po upadku wstawałem, przecież nikt mnie nie podniesie. Może podniósłby mnie ktoś, jeśli miałby w tym interes. Tak właśnie bowiem postrzegałem ludzi, ludzie muszą mieć w każdej czynności jakiś własny interes – egoiści po prostu. Zdałem sobie z tego sprawę jak sam u siebie to odkryłem. Nigdy nie uważałem tego jednak za coś złego. Taka jest po prostu rzeczywistość. Dlatego nauczyłem się nie liczyć na cokolwiek od kogokolwiek. Nie zawsze było to możliwe, jest przecież wiele sytuacji, gdzie musiałem liczyć na coś od kogoś, jednak minimalizowałem ich ilość. Robienie wszystkiego samemu byłoby jednak bardzo uciążliwe, wygodniej po prostu często skorzystać z czyjejś pomocy, ale w jaki sposób? Poprzez manipulacje, tylko manipulacje, najlepiej wychodzi każdemu taka, której nie jest świadomy. Ponieważ każdy jak sądziłem musi mieć we wszystkim jakiś interes, to manipulacja polegała zwykle na takim postawieniu sprawy, żeby wykorzystywany osobnik myślał, że ma w tym interes. Często zresztą faktycznie miał, wówczas następowała zwykła wymiana interesów, taki handel. Czasami jednak nie miał i wówczas trzeba było mu ten interes stworzyć, albo prościej stworzyć iluzję tego interesu. Umiejętność takiej manipulacji jest bardzo cenna, jak zdążyłem zauważyć. To jest trudna sztuka, sztuka, której jednak można się nauczyć. Często bazuje na ludzkich słabościach, najczęściej na chrześcijańskich słabościach, zatem mocno wierzący chrześcijanie byli przeze mnie łatwo manipulowani. Dlaczego jednak słabościach? Dla jednych to słabości, dla innych cnoty. Dla mnie mimo wszystko były to zawsze słabości, dla chrześcijan cnoty. Te właśnie cnoty były dla mnie podstawowym narzędziem do stworzenia im interesu.

Doszedłem z Moniką do lasku, między drzewami było istotnie chłodniej, skierowałem się na mocno udeptaną ścieżkę. Nie chciałem prowadzić jej drogą jaką zawsze się przechadzałem. Nie była ona zresztą zbyt wygodna w spacerowaniu, poza tym – była to droga zarezerwowana wyłącznie dla mnie, czułem, że była jakby moja i nie miałem ochoty jej nikomu pokazywać. Sam nie wiem czemu byłem tak emocjonalnie nastawiony do tego kawałka ziemi. Był to przecież kawałek jak każdy inny jednak dla mnie jakiś szczególny. Najdziwniejsze było to, że nigdy nie wiedziałem dlaczego ów wycinek ziemi był dla mnie taki szczególny, przecież jedyną rzeczą jaką tu robiłem było moje rzadkie spacerowanie. Tylko z tego powodu tak się przywiązałem? Sam tego nie wiedziałem.

− Daleko jeszcze? – spytała

− Nie, niedaleko – odparłem krótko. Widziałem cały czas wahanie w jej zachowaniu. Sama nie wiedziała czy iść ze mną czy nie. Nie ufała mi, zresztą też bym nie ufał na jej miejscu. Znaliśmy się krótko, prowadziłem ją przez rzadko uczęszczane miejsce. Być może zdecydowała się pójść przez autentyczną ciekawość, może dlatego, że pomogłem jej bratu, może się jej podobałem, może nie miała nic innego ciekawego do roboty. Nie miałem pojęcia i w zasadzie nie interesowało mnie to tak bardzo. Szliśmy tak przez cały czas nie mówiąc nic do siebie. Było to trochę dziwne, ale nie miałem zamiaru podtrzymywać na siłę jakiejś konwersacji, nigdy tego nie robiłem bo uważałem, że jak ludzie nie chcą nic do siebie mówić, to powinno właśnie tak być, rozmowy na siłę są jałowe, tak sądziłem. Po pewnym czasie owego cichego spaceru doszliśmy w końcu na klif. Podszedłem blisko do jego krawędzi i spojrzałem na morze. Widok był przepiękny. Monika stanęła obok z lewej strony nieco dalej od krawędzi.

− Faktycznie jest tu ładnie – powiedziała po chwili.

− Nie sądzisz, że jest ładniej przez to, że prawie nikt nie przychodzi na to miejsce?

− Dlaczego? Jakie to ma znaczenie? To, czy ktoś przychodzi czy nie, przecież to nie zmienia miejsca, na które przychodzi.

− No niby tak, ale jednak dziewicze tereny są dla mnie bardziej interesujące, świadomość, że ktoś tu często przychodzi zepsułaby mi przyjemność przebywania w tym miejscu.

− A gdybyś był tu po raz pierwszy i nikogo byś nie zastał to jakie byłoby to nastawienie, he?

− Miejsce zyskuje na znaczeniu przez to, że za każdym razem jak tu przychodzę, to nikogo nie zastaję, to jest taki mały azyl – powiedziałem nie patrząc już na Monikę – poza tym – dodałem – jest to miejsce, w którym miewam najlepsze swoje pomysły. Ono działa jak katalizator. Jeżeli dodatkowo wierzysz w to mocno – faktycznie się sprawdza. Jest tu taki specyficzny nastrój sprzyjający odpoczynkowi, oderwaniu się od codzienności, widok spokojnego morza jest bardzo uspokajający.

− Jest, ale ja wolę spacerować brzegiem morza, na krawędzi mokrego i suchego piasku, tak, żeby fale lekko zahaczały mi o stopy.

− Też jest ciekawie – powiedziałem powoli.

− Nie lubię stać w jednym miejscu, wolę powoli spacerować, chociaż czasami zdarza się, że wolę jednak stanąć.

− To może dla odmiany usiądziemy tutaj – zaśmiałem się do niej. Popatrzyła się na mnie przez chwilę, usiadłem blisko krawędzi klifu. Monika nie siadając patrzyła na mnie jakby przygotowując jakąś wypowiedź.

− Wiesz co, mówiłeś, że nie jesteś wcale dobry, chociaż cię nie znam, to wydaje mi się, że przesadzasz, w każdym razie nie widać po tobie byś był jakimś złoczyńcą – powiedziała siadając koło mnie.

− Zgadza się, nie widać, zazwyczaj nie widać tego, że nie jestem dobry, czasem nawet wygląda na to, że jestem dobry jak na przykład wtedy, kiedy pomogłem twojemu bratu. Mówię tu o dobru i złu takimi jakie ty najprawdopodobniej postrzegasz.

− Każdy chyba postrzega to w podobny sposób. Nie ma znaczenia czy jesteś wierzący, niewierzący. Są pewne wartości uniwersalne, które funkcjonują u wszystkich ludzi.

− Są faktycznie zachowania uważane powszechnie za dobre lub za złe, ale to nie zmienia faktu, że można różnie rozumieć dobro i zło. Granica jest płynna, dla jednego dobrem jest to, co złem dla drugiego i nie można jednoznacznie rozstrzygnąć kto ma rację. Oczywiście są takie kwestie, w których prawie wszyscy się zgadzają, ale to nie zmienia ogólnie faktu, że dobro i zło to bardzo subiektywne określenia. Nie uważam, żeby było jakieś jedno obiektywne dobro i zło. Wiele zależy chyba od kultury – zamilkłem na chwilę i popatrzyłem w stronę Moniki – Wiesz, nie często zdarza mi się rozmawiać o takich nudnych rzeczach jakby to ktoś nazwał, zwłaszcza z pewnymi kobietami, jesteś jakaś dziwna w tym względzie.

− Co znaczy ‘z pewnymi’ ?

− Z takimi jakie mi się podobają – uśmiechnąłem się – takie zazwyczaj uważają inne tematy rozmów za ciekawe.

− Nie przesadzaj, można sobie czasem porozmawiać na różne tematy, takie też są czasem ciekawe.

− Ciekawe są wtedy, kiedy rozmówcy mają inne poglądy i ścierają je ze sobą.

− Nie znajdziesz takich ludzi, którzy mają identyczne poglądy, zawsze coś ich będzie różnić, zawsze można coś takiego znaleźć, co zaciekawi cię w innym człowieku.

− Hm, możliwe, nigdy w ten sposób nie myślałem, faktycznie tak może być, ale dla mnie ciekawiej jest wówczas, kiedy mam poglądy prawie przeciwne do drugiej osoby.

− Uważasz, że tak właśnie jest z nami? Wydaje mi się, że to tobie się tak wydaje, jednak sposób myślenia mamy podobny.

− Skąd ta pewność? Przecież ledwo co się poznaliśmy, wymieniliśmy parę poglądów, to bardzo powierzchowne, ja bym powiedział, że jeszcze nic o sobie nie wiemy.

− To intuicja po prostu – zaśmiała się – A jeśli chodzi o dobro czy zło, to wyglądasz na takiego co by muchy nie skrzywdził.

− Jestem dla społeczeństwa raczej nieszkodliwy, to się zgadza, ale z tą muchą przesadziłaś. Nie czuję, że czynie zło jak zabijam muchę, ale w końcu to też stworzenie, powinnaś mieć opory przed jej uśmiercaniem.

− Dlaczego akurat ja powinnam je mieć? Dlaczego nie ty?

− Dlatego, że dla mnie wzorcem nie jest chrześcijański model dobra i zła, jestem ateistą jak już mówiłem, nie czuję się odpowiedzialny wobec swojej religii bo jej nie mam, ty natomiast musisz się ciągle starać, ciągle walczyć.

− Żaden człowiek nie jest doskonały, gdyby był żadna religia nie byłaby mu potrzebna, musi być jednak jakiś drogowskaz, który pokazuje ci drogę bo jesteśmy niedoskonali.

− Dobrze zatem powiedziałem, że musisz się ciągle starać. W przeciwnym wypadku jesteś strasznie obłudna, zresztą jak większość chrześcijan.

− Staram się na tyle, ile mogę – odpowiedziała nieco rozdrażniona – ty natomiast jesteś bardzo wygodny, stoisz tak w miejscu i nie starasz się zmienić niczego w sobie? Jesteś ateistą z wygody, tak?

− Nie.

− No to jak to wyjaśnisz, co?

− Należałoby zacząć od tego, że ja nie uważam chrześcijaństwa za właściwy drogowskaz. Skąd wiesz, że akurat ten drogowskaz jest właściwy, religii jest mnóstwo, prawie każda wyklucza inną jako tę niewłaściwą, uważasz, że miałaś akurat takie szczęście, że trafiłaś na właściwą, najlepszą?

− To nie jest wbrew pozorom takie znowu istotne, ogół ludzi uważa chrześcijańskie wzorce zachowania za dobre, to jest najbardziej istotne.

− Właśnie o to chodzi, że dla mnie wyrocznią nie jest większość ludzi. Historia wiele razy pokazywała, że ogół był w błędzie, później nagle zmieniał swoje zapatrywania na daną sprawę. Weźmy choćby takiego Kopernika, który wbrew wszystkim coś tam głosił. Gdyby nie było takich jednostek jak on, świat stałby w miejscu, bo nikt nie odważyłby się przeciwstawić jakiejś ogólnie przyjętej koncepcji.

− Tak, ale to nie jest to samo. Mówimy przecież o ludziach, ich modelu życia, chrześcijaństwo ma bardzo długą tradycję, istnieje bardzo długo, bardzo wiele ludzi zapewne rozmyślało o nim w taki czy inny sposób. Jakoś jednak nie doszło do tego, żeby z dnia na dzień ktoś stwierdził: ‘No tak, to był błąd’. Chrześcijaństwo istnieje ciągle.

− Nie, chrześcijaństwo już nie istnieje – zaśmiałem się do niej.

− Wiesz co, myślałam, że rozmawiamy na serio.

− Jak najbardziej, rozmawiamy na serio, naprawdę uważam, że chrześcijaństwo już nie istnieje, nie istnieje już w czynach, w umysłach jeszcze tkwi, ale to też kwestia czasu, kiedy i zniknie z umysłów. Dla mnie chrześcijanie nie są wrogami, są obłudnymi ludźmi, którzy zostali wychowani w taki sposób, że nawet nie zauważają tej obłudy u siebie. Ale nie denerwuj się na mnie, po prostu staram się być szczery. Co prawda wychodzę na antychrysta, ale mam nadzieję, że po prostu wymienimy poglądy bez zbyt dużego zaangażowania emocjonalnego.

− Jak mam rozmawiać bez emocjonalnego zaangażowania, kiedy atakujesz bezpośrednio moją osobę? Choćbym chciała to i tak zawsze będą u mnie jakieś emocje, to jest chyba dobre co antychryście? – zapytała ironicznie.

− Nawet mi się podoba – zaśmiałem się – może też być Szatanie, jest nawet krócej i bardziej wymownie.

− W każdym razie wydaje mi się, że twój punkt widzenia nie jest powielany przez większość ludzi, co ja mówię! Nie znam osoby, która uważałaby, że chrześcijaństwo upadło, chyba sam zauważasz głupotę tego stwierdzenia? Rozejrzyj się dookoła, zobacz ile ludzi to chrześcijanie.

− Ci ludzie tak się tylko nazywają, w rzeczywistości niewiele różnią się ode mnie, a ja jestem Szatanem – zaśmiałem się znowu – Różnią się tylko tym, że mają inne zdanie o sobie, ich postępowanie jest podobne do mojego. Jeżeli zatem postępują podobnie jak ja i głoszą, że są chrześcijanami, to chyba jest coś nie tak, nie sądzisz?

− Nie, nie, to ty masz przewrócone w głowie, a nie ci wszyscy ludzie. Wygląda na to, że ty masz problemy z własną osobowością, ludzie są w porządku.

− Zobacz jednak jak się męczą, ja się nie męczę. Wydaje mi się, że ciągłe męczenie jest stanem bardziej patologicznym niż moje poglądy, które przynajmniej nie są jak sądzę obłudne.

− Już ci mówiłam, że ludzie nie są doskonali, doskonalenie siebie zawsze niesie pewną miarę cierpienia.

− Tak, ale problem chrześcijaństwa polega na tym, że ludzie wcale nie chcą się doskonalić po chrześcijańsku, ale jednocześnie sądzą, że jest to właściwe. Widzisz tą obłudę? Ktoś uważa jakieś zachowanie za właściwe, ale jednak robi dokładnie odwrotnie, co powoduje u niego pojawianie się wyrzutów sumienia, jaki on jest zły.

− Nie widzę tego w ten sposób, jednym wychodzi lepiej, innym gorzej, zawsze jednak intencje są właściwe.

− Wychodzi lepiej może papieżowi, reszta ma z tym spore problemy. Jesteś na mnie zła?

− Nie, nie jestem, jesteś mi obojętny, jak uznam, że nie warto z tobą rozmawiać, to sobie pójdę. Co do papieża, to żyje on w zupełnie inny sposób, trudno jest natomiast pogodzić codzienne życie z wszystkimi chrześcijańskimi cnotami, ludzie jednak starają się robić chociaż w części to co powinni.

− Co to znaczy, że się starają? Jakoś tego nie widzę. Całe to staranie, to chodzenie do kościoła. Na więcej już ich nie stać?

− Oj przesadzasz, przesadzasz antychryście – zaśmiała się ironicznie – ludzie są dużo bardziej w to zaangażowani niż tobie się wydaje. Chodzenie do kościoła to jest to, co ty możesz od czasu do czasu zaobserwować, innych rzeczy jednak nie można tak łatwo zauważyć. Reszta dzieje się wewnątrz, liczą się bardziej ludzkie intencje niż to, czy ludzie ci chodzą do kościoła czy nie. Ja osobiście sądzę, że i ty codziennie tak postępujesz jednak sam tego nie zauważasz.

− Jak na Szatana przystało, dziwne by nieco było, gdyby postępował on po chrześcijańsku – zaśmiałem się.

− Nie sądzę, żebyś miał coś z nim wspólnego oprócz tego, że ci się wydaje, że masz.

− Nie tylko sądzę, że ja mam, sądzę również, że większość ludzi ma z nim wiele wspólnego. Oczywiście nie mam na myśli jakiegoś tam diabła tylko Szatana jako symbol, symbol chrześcijańskiego grzechu i wartości przeciwnych chrześcijaństwu.

− W takim razie może przedstawisz mi jakieś swoje poglądy na temat tego co masz w sobie takiego złego? Poza tym przestańmy może rozmawiać o innych ludziach tylko rozmawiajmy o sobie.

− Masz racje, rozmawianie o innych ludziach bez ich udziału jest trochę niesłuszne, bo nie dajemy im prawa wypowiedzi, ale jak do tej pory ty za nich się wypowiadałaś więc przyjąłem, że jesteś ich tak jakby reprezentantką. Poza tym sprawiasz wrażenie jakbyś rozumiała tych ludzi, czego o sobie nie mogę powiedzieć. Jeśli zaś chodzi o to, co mam w sobie złego to od razu mówię, że dla mnie nie jest to wcale złe. Złe będzie dla ciebie jak się o tym zaraz przekonasz. Złe jest także w ogólnym przekonaniu dlatego, że pewne cechy charakteru są już od dawna uważane za złe bez znaczenia w jakim kontekście się pojawiają. Ale wszystko jest kwestią subiektywnego spojrzenia na określone zachowania. Tak jak powiedziałem wcześniej, nie ma dla mnie jednego dobra i zła. Całe to rozgraniczanie jest złudzeniem. Najlepiej widać to na przykładzie twojego brata. Mógłbym pomyśleć, że uczyniłem dobro, dużo ludzi z pewnością by tak pomyślało. Jednak motywem mojego postępowania nie było czynienie dobra. To jest najważniejsze. Jeżeli zrobisz coś i całkowicie przy okazji zrobisz coś innego, co drugiej osobie przynosi korzyść, to czy zasługujesz na pochwałę? Motywem mojego postępowania był mój własny interes. Zawsze tak jest, w każdej sytuacji kieruję się moim własnym interesem. Jednym słowem jestem egoistą. Egoizm oczywiście jest cechą powszechnie uważaną za negatywną, jednak w tym wypadku z moich egoistycznych pobudek zrobiłem coś, co na zewnątrz wcale nie wyglądało na egoistyczne zachowanie. Główne złudzenie jakie związane jest z egoizmem polega według mnie na tym, że ludzie postępując całkowicie interesownie myślą, że postępują bezinteresownie. Bezinteresowne czynienie czegoś jest bardzo rzadkim zjawiskiem, jakże chwalonym przez chrześcijaństwo, ale spójrz na ludzi, czy oni czynią coś bezinteresownie? Wszystko co czynisz musi mieć dla ciebie korzyść, to jest definicja egoizmu. Należy to jednak szerzej rozumieć. Chodzi o to, że możesz postąpić czyniąc komuś korzyść pozornie bez własnego interesu, na przykład możesz się czymś z kimś tam podzielić. Ktoś powiedziałby, że jeżeli wszystko byś zatrzymała dla siebie to byłabyś egoistką. To stwierdzenie jest bez sensu ponieważ ty zawsze nią jesteś, no przepraszam, ja zawsze jestem egoistą. Egoizm w tym momencie jest taki, że jest w twoim interesie podzielić się tym czymś z daną osobą. Możesz mieć z tego korzyść szacunku tej osoby, czy możesz liczyć na jej słabość, że ona podzieli się czymś innym z tobą. Jednym słowem jak pomyślisz nieco dalej do przodu, to zauważysz, że to, co czynisz nie jest tak całkiem bezinteresowne. Są jeszcze zachowania, które wynikają z wychowania, a ich motywem jest często to, że lepiej się czujesz jak je czynisz, a źle jak ich nie robisz. Na przykład wychowano cię, albo twoja wiara mówi, że dobrze jest pomagać biednym, że jest to cnotą. Idziesz ulicą i widzisz biednego człowieka żebrzącego o jałmużnę. Nie przechodzisz tak całkowicie obojętnie, może nawet rzucisz mu symboliczny grosik, ja tego nie zrobię. Ale czy owa pomoc jemu jest bezinteresowna? Skądże znowu! Pomyślisz o sobie, że jesteś lepsza przez to, że mu pomogłaś, dowartościujesz się, w rzeczywistości jednak ten człowiek nie obchodzi cię wcale, rzucisz mu monetę i za pięć minut nie będziesz pamiętała już o nim, będziesz jedynie pamiętała to, że zrobiłaś dobry uczynek i rzuciłaś mu monetę, czy nie jest to egoizmem?

− Myślę, że wbrew twoim pozorom nie jest.

− Zatem zastanów się nad taką rzeczą – jest coraz więcej biednych ludzi, albo raczej jest coraz więcej żebrzących, w końcu nie każdy im pomaga, ludzi powoli drażni ich nachalność, pojawia się przekonanie, że nie jest wcale wielką cnotą pomóc im. Wówczas już być może nie rzucisz im monety. Dlaczego? Przecież to, że jest więcej ludzi biednych nie oznacza, że nie zasługują oni na twoją pomoc. Po prostu zmieniło się tylko społeczne przekonanie o dobrym uczynku jaki niesie pomoc takim ludziom. Nie masz już interesu, nie pomagasz im, gdybyś pomogła to nie mogłabyś powiedzieć sama przed sobą, że jesteś dobra, nie możesz się już dowartościować, znika jedyna korzyść jaką miałaś. Mogę ci nawet powiedzieć ile jest warta ta korzyść. Jest warta więcej pieniędzy dla ciebie niż dałaś temu biednemu człowiekowi. Kupiłaś po prostu u siebie to uczucie, wzbudziłaś je, zapłaciłaś za nie. Obiekt twojej litości czy współczucia – żebrak jest całkowicie nieistotny, on jest tylko nieznaczącym człowiekiem w twoim życiu, który pozwolił się tobie na chwilę dowartościować. Jeśli to wszystko zauważysz to spostrzeżesz, że niemal wszyscy tak postępują. Postępują tak i nie są świadomi prawdziwej motywacji swojego działania. Gdyby byli świadomi, to całkiem możliwe, że zupełnie inaczej patrzyli by na swoje poczynania. Gdyby egoizm nie był powszechnie uważany za zły, to bardzo możliwe, że ludzie inaczej by się zachowywali, może bardziej świadomie. Ludzie, którzy są przez innych nazywani egoistami są w rzeczywistości głupi. Aby być egoistą trzeba nim być w sposób inteligentny. Człowiek musi być inteligentny, by być świadomie egoistą. Jeżeli pozwolisz by ktoś powiedział o tobie, że jesteś egoistką to znaczy, że nie bardzo ci wychodzi nią być. Nie jest bowiem w twoim interesie by ktoś cię tak nazywał, jest to dla ciebie zdecydowanie niekorzystne. Egoista nie może również nigdy mówić o tym, że nim jest, teraz robię wyjątek na potrzeby naszej dyskusji. Czasem się łapię na tym, że zdradzę to komuś. Jeśli osoba ta jest wystarczająco inteligentna, żeby zrozumieć, to nie zmienia się jej nastawienie do mnie. Nie dość, że się nie zmienia, to czasem nawet się poprawia. Poprawia się o jakiś niewytłumaczalny podziw dla mojej osoby dlatego, że odważyłem się jej o tym powiedzieć. Człowiek jak nie ma korzyści to cierpi, chrześcijaństwo jest wielkim cierpieniem, wyrzekaniem się. Ludzie nie chcą cierpieć, ludzie chcą być szczęśliwi. Jak mogą być szczęśliwi nie biorąc życia dla siebie, nie będąc egoistami? To tylko jedna cecha jaką ci przedstawiłem, mój egoizm, świadomy egoizm, rzecz potępiana przez chrześcijan, prawda? Ale na tym się nie kończy, lista moich grzesznych cech jest dłuższa. Ale egoizm jest w tym wszystkim najważniejszy.

− Muszę przyznać, że twoje rozumienie egoizmu trochę nie pasuje do mojego. Twoje rozumienie jest bardziej rozszerzone. Myśląc tak o każdym postępowaniu można by powiedzieć, że jest egoistyczne.

− Nie, nie każde jest. Można postąpić bez faktycznej korzyści dla siebie, lecz jest to bardzo rzadkie zjawisko i wynika ono zazwyczaj z niewiedzy o swojej naturze. Zazwyczaj jednak po takim postępowaniu pojawiają się wyrzuty sumienia, albo coś podobnie dręczącego. Jednak ogólnie rzecz biorąc egoizm należy rozumieć szerzej, patrzyć dalej, korzyść nie musi leżeć zaraz przed tobą, możesz ją dostać za pięć lat, ale jednak dostać. To jest inwestycja, chwila poświęcenia w imię późniejszej korzyści. Ludzie nazywają egoizmem takie zachowania, jakie dają korzyść natychmiast i dają ją czyimś kosztem, nie zauważają jednak wszystkich pozostałych zachowań, które również dają korzyść, lecz w późniejszym czasie. Nie ma znaczenia również czy coś odbywa się czyimś kosztem czy nie. Zazwyczaj jednak nie odbywa się, bo wychowanie człowieka powoduje, że miałby on wyrzuty sumienia z tego powodu. Nikt nie chce mieć wyrzutów sumienia, nie jest to zbyt korzystne, więc siłą rzeczy całkowicie przy okazji - czyniąc coś dla swojego dobra czyni się coś dla dobra innych. Nie jest to jednak reguła. Mówię tyle o egoizmie, bo jest on podstawą do zrozumienia wszelkich innych niecnych poczynań. Niecnych z punktu widzenia chrześcijaństwa.

− No sama nie wiem, są jednak takie zachowania i takie uczucia, które są bezinteresowne, na przykład miłość. Miłość jest szlachetna i bezinteresowna, miłość do drugiego człowieka.

− Zależy o jakiej miłości myślisz. Jeżeli osoba, którą darzysz miłością nic z tej miłości nie ma, to nie można tu mówić o jakimś interesie. Na przykład możesz kochać kogoś kto cię nie zna, sam nie wiem czy to jest w ogóle możliwe. Jeśli jednak jest to na przykład związek mężczyzny z kobietą, to strasznie zawiła sprawa, nad którą się wiele zastanawiałem i wiele z tego nie wynikło. Zresztą nie chcę się w tej kwestii wypowiadać, bo nigdy nikogo nie kochałem, raczej przyzwyczaiłem się do pewnych ludzi. Nie wiem zresztą co to znaczy kochać kogoś. Jeżeli miłość jest jednak faktycznie bezinteresowna, to w momencie kiedy ta osoba odchodzi od ciebie nie możesz mieć do niej żalu, nie możesz mieć jakichkolwiek pretensji, bo jeśli ją kochasz i pragniesz jej szczęścia to musisz pozwolić jej odejść, jeśli ona tego chce. Nie masz przecież prawa własności tej osoby, często jednak da się takie zachowanie zaobserwować. Kiedy jedna strona zdradza drugą, to może się zdarzyć, że nagle miłość przekształca się w nienawiść, jakże mogła być to prawdziwa miłość skoro tak łatwo uległa nienawiści? Samo pojęcie miłości jest bardzo mgliste, za bardzo nie rozumiem istoty miłości. Może trzeba jej po prostu doświadczyć, nie da się jej opisać.

− Tak, właśnie trzeba jej doświadczyć. Ale aż nie chcę mi się wierzyć, żebyś nigdy się nie zakochał, nigdy nie zakochałeś się w żadnej kobiecie? – wyraziła autentyczne zdumienie.

− Nie, chociaż pewnie ktoś na moim miejscu powiedziałby, że się zakochałem. Jednak to dla mnie żadne zakochanie. Wszystko to jedynie forma seksu. Jeżeli trzymam się z dziewczyną za rękę i spaceruję brzegiem morza o zachodzie słońca, to dla mnie nie jest to żadna miłość, to zwykły seks. Niezbyt pasuje to do powszechnego określenia, ale atrakcyjność tego spaceru polega na uczestniczeniu w nim osoby płci przeciwnej. Przytulanie się, trzymanie za ręce i inne tego typu rzeczy, to zwykła potrzeba bliskości, taki przedsmak seksu, tu też jest interes i znowu egoizm – roześmiałem się do Moniki.

− Ale bzdury opowiadasz! – wzburzyła się – Dla mnie na przykład duże znaczenie ma to z kim właśnie przebywam.

− Ale czy to przeczy temu co powiedziałem? Nie każdy z każdym chce bliskości, potrzeba jakiegoś wspólnego zrozumienia, przywiązania. Przywiązania dla kobiet chyba większego niż dla mężczyzn, tak mi się wydaje. Nie przeszkadza nazywać mi to seksem, to taka moja własna definicja, dzięki niej lepiej rozumiem o co właściwie w danym momencie chodzi. Zazwyczaj ‘zakochuje’ się w kobietach urodziwych, co już świadczy o tym, że coś tu jest nie tak. Jeżeli jeszcze taka osoba wydaje się, że mnie rozumie i ja rozumiem ją to przepis na zakochanie ukończony. Dla mnie to jest seks, czyli przyjemność przebywania z osobą płci przeciwnej bez jakiegoś rozumnego wytłumaczenia. Dzięki temu często mogę spojrzeć trzeźwo na sytuację i owa miłość nie zaślepia mnie, tylko widzę jak na dłoni, że osoba mi się seksualnie podoba, to wyjaśnia wszystko, to pozwala mi na zachowanie kontroli nad sobą i zmniejszenia wpływu manipulacji przez kobietę. Kobieta, która jest świadoma swej urody i działania jej na mężczyzn doskonale może przecież manipulować. Faceci są jakoś milsi dla ładnych kobiet, a przecież wiedzą, że się z nimi nie prześpią. Ładne kobiety mają niezłe narzędzie w swoim ciele, ale niestety tak się zazwyczaj składa, jak to zauważyłem, że są one wówczas zbyt mało spostrzegawcze by to wykorzystać, zdarza się jednak, że wykorzystują, ale niestety – zaśmiałem się – u mnie zazwyczaj nie mają na co liczyć. Jestem bardziej miły, owszem, ale tylko wówczas, gdy chcę trenować siebie w tej grze między kobietą a mężczyzną, kiedy mi się jednak nie chcę, to jestem całkowicie obojętny.

− Wydaje mi się, że zbyt wszystko spłycasz, chcesz to wpisać w jakieś ramy, ale miłości nie da się tak prosto zaszufladkować, to przeżycie niezwykle intensywne.

− W takim razie nie będę już nic o tym mówił póki nie doświadczę owej porażającej miłości. Zresztą masz rację, mówienie o czymś, czego się nie doświadczyło jest bez sensu. Można godzinami rozprawiać o czymś, uzbierać masę wniosków, ale po doświadczeniu tego na sobie zmienia się diametralnie zdanie na ten temat. Być może miłość jest faktycznie bezinteresowna jak to sugerujesz, nie wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że egoizm jest fundamentem, bo trudno przyjąć by większość codziennych działań ludzi motywowana była miłością. No w każdym razie jest u mnie fundamentem.

− Brzmi trochę smutno to co mówisz, sugerujesz, że ludzie to egoiści, nie wzbudza to u mnie zbyt pozytywnych reakcji.

− Mówiłem jakiś czas temu, że ci się nie spodoba, no cóż, wyszło na to, że miałem rację. Ale jak na Szatana przystało dokończę swoją myśl zdaniem, iż winę za błędne postrzeganie natury człowieka ponosi chrześcijaństwo.

− Nie rozumiem twojego ciągłego ataku na chrześcijaństwo, czy ono ci szkodzi?

− Nie, mnie nie bardzo szkodzi, ale w końcu wymieniamy poglądy, a mój jest właśnie taki, że chrześcijaństwo definiując dobro i zło na swój sposób powoduje całe zamieszanie jakie tworzy się wokół moralności. Powiedz, co według ciebie powinien sobie bardziej cenić chrześcijanin: życie całkowicie obcej mu osoby czy własne dobro materialne?

− Oczywiście, że człowiek jest najważniejszy.

− Właśnie, nie wygląda jednak na to, że ludzie tak uważają.

− Dlaczego? Ja tak uważam.

− W takim razie wyobraź sobie taką sytuację. Czytasz w gazecie, że kilkuletni powiedzmy Jacek jest nieuleczalnie chory i grozi mu śmierć, rodziców nie stać na pokrycie kosztów operacji i proszą wszystkich o pomoc finansową. Jeżeli jej nie dostaną to dziecko umrze. Ty możesz przecież uratować mu życie. Możesz zamiast kupować samochód przeznaczyć całą kwotę na tego dzieciaka i uratować mu życie. Ale nie, przecież nikt tak nie zrobi, każdy kupi samochód. W przeciwnym wypadku oznaczałoby to, że chrześcijanin powinien żyć z minimalną ilością pieniędzy pozwalającą na przeżycie ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, komu można pomóc. To jest zachowanie chrześcijańskie – wyrzec się własnego dobra w imię niesienia pomocy innym. Pokaż mi zatem chrześcijanina, pokaż mi człowieka który zrobi coś takiego.

− Mówiłam już, że ludzie nie są doskonali, to byłby wielki gest, ale niezwykle trudny.

− Oczywiście, że trudny, ale w momencie, kiedy czytasz takie ogłoszenie i nie pomagasz komuś tam to popełniasz chrześcijański grzech. Moim zdaniem to nie jest żaden wielki gest, nie powinien być on również trudny dla prawdziwego chrześcijanina. Mówienie, że jest się niedoskonałym to zwykłe usprawiedliwianie się przed samym sobą tak samo jak palący wmawia sobie, że palenie jemu nie zaszkodzi. Trudny jest ten gest, albo raczej niemożliwy ze względu na to, że ludzie są właśnie egoistami. Z pewnością dobrze by się poczuli pomagając temu dziecku, ale nie za cenę samochodu! Na tej zasadzie działają wszelkie zbiórki na szpitale, domy opieki i tak dalej. Mała kwota nie zmienia w sposób zauważalny własnego stanu posiadania, ale taki gest to żaden gest. Rozdaj wszystko biednym Moniko, dlaczego tego nie czynisz? Tacy chrześcijanie jacy nas otaczają, muszą mieć wewnętrzne sprzeczności, postępują przecież sprzecznie z własną religią. Spowiedź pozwala im jednak na usprawiedliwienie się przed samym sobą. Koło obłudy zatacza się dalej.

− Jest tak częściowo jak mówisz, ale winę za to ponoszą ludzie, a nie chrześcijaństwo.

− Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie, to znaczy, winę ponosi chrześcijaństwo, nie ludzie. Chociaż w gruncie rzeczy ludzie też są odpowiedzialni za swój sposób myślenia. Chrześcijańskie wzorce dobra i zła moim zdaniem całkowicie nie pasują do natury człowieka. Wnioskować należy zatem, że człowiek jest z natury zły. Skoro tak jest to trudno, wątpię czy można zmienić łatwo naturę człowieka, żeby przystosować go do chrześcijańskiego modelu życia.

− Nie zgadzam się z tobą, to twoje zdanie, pewne zwierzęce instynkty, chociaż naturalnie istnieją w człowieku nie niosą ze sobą pozytywnych rzeczy.

− Nie bardzo się chyba będziemy mogli porozumieć bo ty ciągle mówisz mi, że coś jest dobre, coś jest złe. Póki o tym na moment nie zapomnisz to nie będę w stanie nic tobie wyjaśnić. Na przykład zapomnij na razie o tym, że egoizm jest zły.

− Nie mogę tak po prostu tego zrobić, to jest we mnie za głęboko, żebym mogła nagle odwrócić system wartości jaki uważam za słuszny.

− Właśnie w tym rzecz, że chrześcijaństwo dość głęboko te wartości wpaja.

− To nie rzecz chrześcijaństwa, jak mówiłam pewne wartości są ogólnie przyjęte, nie mieszaj do tego ciągle chrześcijaństwa, uparłeś się czy co? Dlaczego ciągle mówisz mi o chrześcijaństwie, może po prostu porozmawiamy o ogólnie przyjętych wzorcach zachowania. W końcu większość zachowań chrześcijańskich jest ogólnie uważana za właściwe, stąd też uważam, że twój atak na chrześcijaństwo jest nieuzasadniony.

− Zgadzam się w kwestii, że chrześcijańskie wzorce dobra są często, jakby to powiedzieć, również ogólnie przyjętymi, społecznie akceptowanymi wzorcami zachowania. Bądź co bądź ludzie są zwykle podatni na ciągłe ataki obrońców moralności, jedynie słusznej moralności. Ludzie, tacy jak ja nie wrzeszczą dookoła co się powinno robić a co nie. Nie zamierzam na nikogo wpływać póki ten ktoś nie przeszkadza mi. Jeżeli ludzie nie szkodzą nikomu naokoło, to nie rozumiem ingerencji w ich zachowania. Poza tym chcę wyraźnie rozgraniczyć instytucje, która służy szerzeniu chrześcijaństwa i samo chrześcijaństwo jako religię. Myślę, że niewiele tu wspólnego i instytucja jest dla mnie całkowicie osobną sprawą, obiektem manipulacji ludzi, natomiast chrześcijaństwo jest narzędziem przy realizacji owej manipulacji.

− W takim razie powiedz dlaczego jednak ludzie całkowicie dobrowolnie poddają się naukom tej instytucji, przecież nikt ich do tego nie zmusza, to ich wolny wybór. Poza tym ominąłeś moją uwagę, że chrześcijańskie dobro i zło ma wiele wspólnego z ogólnie przyjętymi wzorcami.

− Jeśli chodzi o sprawę dobrowolności ludzi w ich wierze, to nie jest to całkowicie prawda, oni nie wybierają, za nich się wybiera. Już w młodości są posyłani na religię, małe dziecko dużo łatwiej w coś uwierzy, przyjmie za pewnik, po latach takiego wciskania różnych regułek trudno je później wykorzenić, trudno w ogóle takiemu człowiekowi spojrzeć obiektywnie na to, co go właściwie nauczono. Kto jest za to odpowiedzialny? Oczywiście rodzice, ale oni też zostali tak jakby zaprogramowani, oni też i ich rodzice również, tradycja sięga tysiącleci. Poza tym pojedyncza jednostka często po prostu się boi wyrazić swoją opinię, wszyscy naokoło myślą w ten sposób więc lepiej, żeby się nie wychylali, lepiej chyba przyjąć, że to właściwe, w końcu większość ludzi tak uważa. Takie wałkowanie człowiekowi od młodości różnych stwierdzeń do głowy nie ma nic wspólnego z poznaniem rzeczywistości. Oczywiście każdy porządnie zaprogramowany chrześcijanin powie w tym momencie, że rodzice mają prawo wychowywać dzieci tak jak im się podoba, a w chrześcijaństwie nie ma nic złego, jest same dobro, więc gdzie tu jakaś wada takiego nauczania? Przecież chodzi właśnie o to, żeby pewne wartości zostały za młodu wpojone, oczywiście wartości pozytywne. Nie muszą być one poddawane żadnym ocenom, bo wiadomo, że i tak są one pozytywne. Zresztą za dużo myślenia mogłoby jeszcze doprowadzić do patologicznego zachowania, do wszelkiego zła jakie rodzi się wokół nas. Jeśli zaś chodzi o ogólnie przyjęte społecznie wzorce dobra i zła to nie mają one wbrew pozorom tak wiele wspólnego z chrześcijaństwem. Teoretycznie mają ponieważ każdy przyzna, że to i owo jest złe, to i to jest dobre jednak nijak ma się to do rzeczywistości. Jeśli ktoś z innej cywilizacji miałby ocenić sposób zachowania ludzi to spostrzegłby, że nie ma tu prawie żadnych chrześcijan. Zresztą nie potrzeba nikogo z innej cywilizacji, wystarczy jedynie zdobycie się na wysiłek obiektywnej oceny, jest to wysiłek, bo trudno krytykować samego siebie. Dlatego właśnie powiedziałem, że chrześcijaństwo już nie istnieje, nie istnieje w czynach, jest jedynie obłudą utrzymaną dzięki ślepocie ludzi. Może powiesz, że ludzie nie są aż tak naiwni i zauważyliby, że coś tu jest nie tak? Ależ ludzie nie są nawet chętni chwilę zastanowić się nad tym, oni mają już to tak głęboko zakorzenione, że wszelkie dyskusje na ten temat są według nich bezzasadne, przecież oni i tak mają rację. Poza tym jakby się chwilę zastanowili, to może zaczęliby mieć jakieś wątpliwości co z kolei zmusiło by ich do jakiegoś wysiłku umysłowego, na co ich po prostu nie stać. Nie odbieraj jednak mojej opinii jako jakiegoś ogólnego ataku na ludzi. Ludzie zostali poddani manipulacji, na szczęście takiej, która tylko im szkodzi.

− Nie rozumiem dlaczego szkodzi i nie rozumiem dlaczego manipulacji? Jakoś tego nie widzę, powiedziałabym raczej, że wiara pomaga im żyć, pomaga znaleźć wytłumaczenie sensu życia, nie widzę rzeszy pokrzywdzonych wierzących. Wiadomo, że wiąże się to z pewnym wysiłkiem, który prowadzi jednak w konsekwencji do pozytywnych skutków. Nie mów, że to szkodzi, bo to nieprawda. Nie widzę, żeby wiara mi w jakikolwiek sposób szkodziła, ty tak uważasz bo jesteś niewierzący i może próbujesz sobie to w ten sposób wytłumaczyć.

− Może uważasz, że tobie nie szkodzi, ale masz więcej pewnych zmartwień niż ja, to jest dla mnie wystarczający powód, aby wiarę tą uznać za szkodliwą

− Ja mam więcej zmartwień od ciebie? Nie wydaje mi się, jak na razie to obserwuję u ciebie więcej problemów niż u siebie. Nigdy nie miałam problemu ze spontaniczną, taką naprawdę od siebie pomocą drugiemu człowiekowi, nie uważam tego za żaden egoizm jak to określiłeś, wydaje mi się, że to właśnie ty przez swoją niewiarę jesteś w gorszej sytuacji. Ty musisz ciągle szukać, męczyć się poszukiwaniami. Mówisz, że dobro i zło nie istnieje obiektywnie, że to subiektywne określenia. Dla mnie wiara deklaruje te wartości właśnie jako obiektywne. Dzięki temu nie mam choćby problemu ze wspomnianą już pomocą drugiemu człowiekowi. Chociaż czasem może to być faktycznie trudniejsze dla ciebie, to jednak jest to szlachetne zachowanie i takie należy w sobie rozwijać. Natomiast poprzestanie na stwierdzeniu, że coś nie leży w mojej naturze i koniec, jest dla ciebie zwykłym wygodnym wyjściem.

− Jeśli chodzi o zmartwienia, to wydaje mi się, że pośpieszyłaś się z osądem. To, że opowiadam tobie o różnych rzeczach, o których nie rozmawia się zwykle na co dzień nie świadczy jeszcze, że mam więcej zmartwień od ciebie. Poza tym myślę, że nawet nie zauważasz, co u ciebie jest zmartwieniem. Często nie traktuje się pewnych zachowań jako zmartwienia, dlatego nie pojawia się choćby chęć wpływu na nie.

− No nie, chyba teraz przesadziłeś, skąd możesz wiedzieć kto z nas ma faktycznie więcej zmartwień skoro znamy się dosyć krótko, to twoja intuicja?

− Masz rację, nie wiem, tylko przypuszczam, ale faktem jest, że mogę błędnie przypuszczać i na tej podstawie wysnuwać błędne wnioski. W każdym razie na stos zmartwień nie narzekam jak to sugerujesz. Z drugiej strony możliwe jest, że więcej myślę o tym całym egoizmie i innych rzeczach, które z niego wynikają. Możliwe, że nie masz tego problemu.

− Nie mam – odpowiedziała zadowolona.

− No dobrze, ale jednak czasami warto się nad paroma rzeczami zastanowić, istnieje realna możliwość zmiany swojego poglądu w danej sprawie.

− Z tego co dotychczas zauważyłam nie szykuje się zmiana moich poglądów pod wpływem twojego zdania. Nie spodziewaj się po mnie, że zaraz powiem jakie to chrześcijaństwo jest fatalne.

− W zasadzie nie zależy mi na tym, nie zależy mi na twojej zmianie poglądów, nic to by dla mnie nie zmieniło. Wolałbym raczej, żebyś to ty mnie w czymś uświadomiła.

− Uświadomiła mówisz – popatrzyła się i uśmiechnęła w moim kierunku.

− Może być i w ten sposób co myślisz – zaśmiałem się – nie będę narzekał w roli uświadamianego, masz dobre uświadamiające argumenty – spojrzałem na jej piersi.

− No proszę, po prostu Szatan – odparła z uśmiechem widząc moje ukierunkowane spojrzenie.

− Dziękuje, moim odwiecznym zadaniem było kusić, więc nie dziw się. Kuszę oczywiście do rzeczy, których ludzie potrzebują. Z mojego kuszenia nic złego nie wynika, jeśli tylko uwierzy w to kuszona ofiara – uśmiechnąłem się.

− Ciekawie to zabrzmiało – ofiara – już z samego określenia nie wynika, by coś pozytywnego niosło dla niej kuszenie Szatana.

− Ależ dlaczego – znowu się uśmiechnąłem – ofiara jest ofiarą Szatana w tym sensie, że została przez niego skuszona, nie ma to nic wspólnego ze złem jakie to dla niej niesie.

− Szatan do pozytywnych rzeczy nie kusi, nie byłby Szatanem.

− Szatan kusi do tego, co przez chrześcijan uważane za złe, lecz przy odrobinie chęci ze strony ofiary staje się ona pełnoprawnym konsumentem tej rzeczy, do której kusił ją Szatan i nie oznacza to wcale, że ofiara ta cierpi.

− Gdyby miała cierpieć nie dałaby się skusić, cała rzecz polega na tym, że Szatan kusi do tego co jest złe, ale drzemie w człowieku, on to z niego wyciąga i doprowadza do realizacji. W dalszej konsekwencji niesie to jednak dla niego niemiłe skutki.

− Kiedy Szatan wyciągnie z ciebie to na tyle, że zdołasz ujrzeć, to go pokochasz.

− Nie rozumiem.

− Kiedy zyskasz świadomość całego zła do jakiego według ciebie kusi Szatan to zapragniesz go dla siebie, zapragniesz stać się nim.

− Stać się Szatanem? Co ty bredzisz? – zdenerwowała się.

− No co ty? Przecież żartujemy sobie, nie jestem przecież diabłem – zaśmiałem się.

− Z tego jak mówisz, to chyba się za niego uważasz.

− No w pewnym sensie tak, jednak nie ma to wiele wspólnego z diabłem jakiego sobie wyobrażasz. Jestem dla ciebie Szatanem, bo wprowadzam zamęt w twojej głowie.

− Nie chwal tak siebie, żadnego zamętu jak na razie w mojej głowie nie wprowadziłeś, chociaż przyznam, że twoja egoistyczna teoria własnej osobowości nieco mnie zaciekawiła. Nie sądź jednak, że popieram to co mówisz. Mogę jednak wysłuchać twoje zdanie i spierać się z nim.

− Czyżby odżyła w tobie chęć nawrócenia mnie?

− Być może.

− Uważaj, żebym nie wciągnął cię do mojego kotła z gorącą smołą – zaśmiałem się – igrasz z ogniem.

− Z ciebie taki ogień jak ze mnie diabeł.

− Pozory mylą, gdybym zbyt groźnie wyglądał to nie rozmawiałabyś ze mną, bo po prostu bałabyś się, no nie? Szatan w postaci niewinnego dziecka, nad którym pochylają się zaciekawione kobiety – oto ideał ciała kusiciela złej drogi.

− Sam nazywasz to złą drogą, zresztą nie wiem o jaką drogę ci chodzi.

− Drogą jest życie, jest to sposób na przeżywanie. Można teoretycznie życie przeżyć po chrześcijańsku, czyli według ciebie jak zrozumiałem dobrze i całkowicie inaczej, niemal przeciwnie do założeń chrześcijaństwa czyli według ciebie źle. Powiedziałem o złej drodze byś wiedziała co mam na myśli. Sam Szatan jednak swojej drogi za złą nie uważa.

− Jednak nie za bardzo wiem co masz na myśli, nie za bardzo wiem o jaki sposób przeżywania życia ci chodzi. Z tego co do tej pory powiedziałeś nic nadzwyczajnego nie wynika.

− Dobrze, bardzo dobrze. Nic nadzwyczajnego nie wynika. Dla mnie znaczy to tyle, że nie ma cię chyba do czego kusić, jesteś już ofiarą, chociaż o tym nie wiesz.

− Nie czuje się twoją ofiarą pod żadnym pozorem – Monika roześmiała się głośno.

− Tak jak chrześcijanie nie widzą jeszcze tego, że ich Bóg umarł – roześmiałem się – oczywiście żartuję, miałem na myśli upadek chrześcijaństwa o jakim jakiś czas temu mówiłem.

− Dobrze zaznaczyłeś, że żartujesz, coś w tym Bogu jednak widzisz.

− Tak, Bóg nie umarł, bo ja wciąż żyję. Gdyby Bóg umarł to i Szatan nie miałby miejsca na Ziemi. Wiedzie mi się jednak coraz gorzej. Chodzi mi o to, że gdyby chrześcijańskie ideały upadły i ludzie przestaliby być chrześcijanami, to Szatan nie miałby ich do czego kusić, straciłby sens swojego istnienia, sens jest taki by was kusić i przeciągać na szatańską stronę. Powiedziałem zaś, że coraz gorzej mi się wiedzie, bo już coraz więcej ludzi stoi po mojej stronie.

− To tylko twoje zdanie, ja jego nie podzielam – jesteś prawie sam.

− Twoje postrzeganie nie zmieni rzeczywistości, która dla chrześcijaństwa jest okrutna.

− To samo mogę powiedzieć do ciebie, moim zdaniem ty jesteś w błędzie.

− Może i jestem, ale pamiętaj, że Szatan z natury jest przebiegły i inteligentny, możesz nawet nie wiedzieć kiedy tobą zawładnie.

− Skromny za bardzo to nie jesteś, co?

− Wobec siebie nie, chociaż jeśli ma to czemuś służyć to potrafię zachowywać się skromnie. Jak na przebiegłego Szatana dobrze przystosowałem się do życia w środowisku, gdzie skromność uważana jest za cnotę, doceń jednak, że wobec ciebie czynię wyjątek i odkrywam swe oblicze, rzadko się zdarza bym się tak odkrywał.

− Jestem zaszczycona – zaśmiała się – ciągle nie widzę w tobie jednak Szatana..

− Bardzo dobrze, jak przestaniesz widzieć całkiem to się nim również staniesz.

− Pokręcona bardzo ta twoja logika, będziemy oboje Szatanami, nie za dużo? – uśmiechnęła się ironicznie.

− Nie za dużo, wyjaśnienia zostaw mi na później.

− O! Czyżbyś się już zmęczył moją ofiarą?

− Nie, skądże znowu, po prostu kusić należy po kolei, wszystko musi być przemyślane i odpowiednio rozplanowane w czasie, kuszenie to niezła sztuka.

− Wydawało mi się, że nie zależy tobie na przekonaniu mnie do twojego sposobu myślenia, tak chyba powiedziałeś.

− Zgadza się, nie zależy mi, jednak skoro już rozmawiamy to realizuję swoją powinność. Kuszenie wychodzi mi już prawie automatycznie, nie musi mi zależeć na zdobyciu ofiary. Nie jest to dla mnie żaden wysiłek. Chociaż tak jak mówiłem to niezła sztuka, ja już ją nieźle opanowałem.

− Jakoś się nie boję.

− Nie powinnaś, owoc nie jest taki gorzki, jak go chrześcijanie malują.

− Nie, nie mam na myśli, że nie boję się twojej, jak to powiedziałeś drogi. Nie boję się po prostu całego twojego kuszenia, wydaje mi się, że źle trafiłeś. Przyznam jednak, że nieźle się bawię – zaśmiała się – tak poza tym o jakim owocu myślisz?

− O zatrutym owocu jeśli spojrzysz z jednej strony lub o cudownym, smacznym jeśli spojrzysz z drugiej. Ty stoisz z tej pierwszej strony, a ja z drugiej. Cały problem polega na tym byśmy zobaczyli owoc z tej samej strony.

− Mógłbyś przejść na moją, nawróciłabym samego Szatana.

− Jestem otwarty, nie będę się upierał, lecz Książe Ciemności nie jest zbyt łatwym obiektem do przeciągania na drugą stronę, w końcu sprzeciwił się Bogu. Ciemna droga jest jednak jasna, wszystko zależy od punktu widzenia.

− Sam jednak nazwałeś ją ciemną, zresztą nie wiem o czym teraz rozmawiamy, o jakiej drodze, jaka to niby ciemna droga jest tak cudowna według ciebie.

− Przedstawiłem ci jej malutki kawałeczek, taki punkt wyjścia, punkt, z którego zaczynają się dalsze rozważania, ten punkt to początek ciemnej drogi. Będę mówił ciemnej byś wiedziała co mam na myśli, chociaż wiedz, że jest ona dla mnie jasna jak słońce.

− Cóż to za punkt, możesz mi przypomnieć?

− To egoizm, o którym nieco powiedziałem, punktem wyjścia jest egoizm, jest bazą, na której ciemna droga buduje swoją całość. Egoizm w takim pojęciu jak przedstawiłem jest jednak udziałem prawie każdego człowieka, takie moje zdanie. Ludzie zatem stoją już jedną nogą na ciemnej podstawie, nie mogą postawić drugiej i zaznać szczęścia. Ludzie boją się własnego egoizmu, boją się uświadomienia go sobie, bo uważają go za zły. Zasługę w tym ma oczywiście chrześcijaństwo, lub jak powiesz wartości uniwersalne, społecznie akceptowane, biorą one jednak swoje źródło właśnie z chrześcijaństwa. Ludzie żyją lecz nie mogą całkowicie skorzystać z tego życia. Ciemna droga ma swój początek w egoizmie. Co to znaczy? To znaczy, że wszystko da się zrozumieć i wytłumaczyć do tego właśnie punktu, wszystkie zachowania i czyny dadzą się do niego sprowadzić, wszystkie ludzkie odruchy prowadzące do szczęścia i zadowolenia tu mają swój początek. Lecz na pytanie dlaczego ten punkt jest słuszny nie odpowiem tobie, tak samo jak nie odpowiem co jest po śmierci i tak dalej. Odpowiedziami takimi zajmuje się chrześcijaństwo, odpowiedziami poza zakresem możliwości ludzkiego zrozumienia. Takie odpowiedzi nic nie są warte, odpowiedzi łatwe do wpojenia dziecku, które wszystko przyjmuje na wiarę. Na ciemną drogę ludzie schodzą w późniejszym wieku, schodzą na nią przez zrozumienie a nie przez jakieś dogmaty, schodzą na nią przez pragnienie szczęścia. Ale człowiek kroczący ciemną drogą nie różni się zewnętrznie bardzo od pozostałych. Różni się głównie świadomością, dzięki niej właśnie potrafi zdystansować się do całej otaczającej jedynie słusznej moralności. Zresztą mówię tu o ciemnej drodze na potrzeby naszej dyskusji. Ludzie, którzy uświadomili sobie parę rzeczy nie nazywają tak swojego życia, nie jest ono jakieś czarne. Używam tu jednak symboliki, która lepiej oddaje sens moich wypowiedzi. Pytając o celowość egoizmu mogę jedynie powiedzieć, że zazwyczaj prowadzi on do szczęścia, które jest pragnieniem wszystkich ludzi na Ziemi. Co to jest szczęście? Nie odpowiem, tutaj zaczyna się grząski teren, na którym odpowiedzi są potrzebne jedynie chcącym wpisać wszystko w reguły bardzo ścisłym umysłom. W rzeczywistości nie potrzeba jednak definicji aby to zrozumieć. Poznanie rodzi się przez doświadczenie, aby jednak doszło do poznania, trzeba być w pewnym sensie uświadomionym. Uświadomienie rodzi się przez zrozumienie. Lecz nie o zrozumienie istoty szczęścia chodzi, lecz o zrozumienie jego przyczyny. Jeśli zrozumiesz prawdziwą przyczynę szczęścia jakiego doznajesz, to uświadomisz sobie wiele innych rzeczy, pojawi się rozbłysk w twojej głowie, rozbłysk świadomości, zobaczysz jak wszyscy są zaślepieni i męczą się w swojej obłudzie. Zobaczysz jak cierpią przez to, że nie mogą uświadomić i zaakceptować pewnych rzeczy bezpośrednio związanych z ich naturą. Mówię tu jednak cały czas o egoizmie szerzej rozumianym, tak jak to już przedstawiłem, o egoizmie, który na zewnątrz widziany jest często jako coś wręcz przeciwnego, jako działanie z założenia na korzyść innych. Kiedy uświadomisz to sobie w momencie, gdy ktoś będzie dziękował ci za twoją rzekomą dobroczynność to zobaczysz, że nie do ciebie w zasadzie chce on kierować te podziękowania, chce on je kierować do osoby, która za cel miała dobry uczynek, nie będzie zapewne zadowolony jak spostrzeże, że dziękuje komuś za to, że ktoś ten postąpił egoistycznie. Nie będzie ci to jednak przeszkadzało, wręcz przeciwnie, nie będziesz się na darmo dowartościowywać głupimi i pustymi podziękowaniami, które w gruncie rzeczy są manipulacją.

− Brzmi to jak jakaś rozbudowana teoria spiskowa.

− Nie ma żadnej teorii spiskowej. Faktem jednak jest i musisz to przyznać, że ludzie postępują według określonych schematów, ich działania mają określone przyczyny, każda czynność ma jakieś wytłumaczenie, sposób zachowania, rozmowy i tak dalej, wszystko to jest w jakiś sposób wytłumaczalne. Tym zdaje się, zajmuje się psychologia, zachowaniami społecznymi zaś być może socjologia. Jak zastanowisz się trochę to spostrzeżesz, że ludzie są jak pionki w grze. Sami rozgrywają tę grę, zasady są określone, ale oni tych zasad nie znają, oni są jedynie elementami, nie potrafią objąć całości, nie potrafią nawet zrozumieć zasady swoich ruchów w tej grze. Oni przesuwają się z miejsca na miejsce, poddają się różnym bodźcom, pozwalają sterować sobą jak marionetkami, nie znają przyczyn swoich zachowań, są automatami.

− Zachowanie każdego człowieka ma określone przyczyny i skutki. Ty nie jesteś z pewnością wyjątkiem w tej kwestii.

− Nie jestem wyjątkiem, ale zauważam faktyczne motywy mojego postępowania, nie oszukuję siebie na każdym prawie kroku i nie dziwię się sobie w wielu sytuacjach. Trudniej przez to mną manipulować, często dopuszczam jednak świadomie czyjąś manipulację dlatego, że mam z tego korzyść. Zobaczyć jednak tę manipulację można znacznie łatwiej, jak zdasz sobie sprawę, właśnie ze swojej jak to byś nazwała, złej natury. Zobaczyć jest również łatwiej na jak prymitywnych pobudkach obsadzona jest twoja codzienna egzystencja. Przerażające może się to wydać na początku lecz w efekcie wyzwolisz się z wielu spraw, które rządziły tobą na co dzień.

− Jeżeli mam uznać egoizm za dobro, to niestety dalej chyba nie będę mogła słuchać bo nie zgadzam się z takim założeniem. Powiedziałeś, że egoizm to podstawa, podstawa zrozumienia tego co chcesz powiedzieć, ale ja w takim razie tego nie zrozumiem.

− Nie musisz uznać egoizmu za dobro, nie musisz też uznać go za nic innego. Po prostu najlepiej jak pozbędziesz się oceny w tej kwestii. Jakakolwiek ocena zaciemnia to, co faktycznie chcę powiedzieć. Nie jest to proste, ale możliwe. Podobnie jest z twoim obiektywnym dobrem i złem, a właściwie jest to najważniejsze ponieważ ocenianie egoizmu jako coś złego bierze się właśnie z twojego obiektywnego systemu wartości. To jest twój system obronny. Nic nie jest w stanie przez niego przeniknąć dopóki nie dopuścisz jego subiektywności. Nie będzie w stanie przeniknąć do ciebie wówczas istota ciemnej drogi bo odwraca ona często te dwie wartości. Jeżeli dobro i zło jest pewnikiem, którego nie można już zmodyfikować, to nigdy nie będziesz w stanie zaakceptować innego punktu widzenia.

− Dlaczego miałoby mi zależeć na akceptacji całkiem innego punktu widzenia? Poprzestawianie wartości może wprowadzić jedynie chaos, doprowadzić do niekontrolowanych rezultatów. Takie wartości jakie są obecne do dziś zostały sprawdzone przez wiele lat i udowodniły swój korzystny wpływ.

− Skąd wiesz, że jest to najlepszy wpływ? Dla pojedynczego człowieka i jego interesu często nieco poprzestawiane wartości bardzo dobrze się sprawdzają. Poza tym, jeżeli dopuścisz ich subiektywność to zauważysz, że nie ma ludzi z założenia złych, zło czynione przez nich jest często złem widzianym przez twój subiektywny system wartości, zaślepia on często tak twoją zdolność oceniania, że przekreślasz takiego człowieka. Jeśli natomiast spróbujesz zrozumieć jego sposób postępowania opierając go na jego egoizmie, to spostrzeżesz, że człowiek ten nie ma żadnej intencji czynienia zła, często w jego mniemaniu jest to dobro. Kiedyś spotkałem się z takim oto przedstawieniem dobra i zła – każdy człowiek ma pewną hierarchię wartości, na przykład bardziej ceni sobie życie człowieka niż swoje materialne dobro. Wyobraź sobie, że hierarchia ta układa się w ten sposób, że na dole są wartości najmniej, a na górze najbardziej znaczące. Dobrem jest poświęcanie rzeczy położonych niżej w hierarchii dla uzyskania tych położonych wyżej. Złem natomiast jest postępowanie dokładnie odwrotne. Jest to bardzo uproszczony model, ale mniej więcej pasuje do rzeczywistości. Każdy człowiek ma taką swoją hierarchię, która różni się nieco od innych. Jeżeli postąpi on według swojej hierarchii dobrze, to może postąpić źle według twojej. Tu pojawia się właśnie subiektywność tych dwu wartości. Chrześcijaństwo określa jedną uniwersalną hierarchię wartości, którą ma przyjąć każdy chrześcijanin. Odrzuca wszelkie inne możliwości. W ten sposób ludzie żyjący nie po chrześcijańsku są źli, ponieważ jednak prawie nikt po chrześcijańsku nie żyje to mamy tu istny zbiór złoczyńców – zaśmiałem się.

− A co jeśli spotkasz człowieka, który robi źle według twojego systemu wartości?

− Jeżeli dotyczy mnie to w jakiś sposób, to będę bronił swojego, na pewno nie przyjmę postawy biernego obserwatora lub człowieka wybaczającego. Jeżeli ktoś wyraźnie ingeruje w moje wartości, co sugeruje brak tolerancji u niego, to wówczas nie dam się podporządkować. Zresztą dwóch ludzi może porozumieć się bez ujednolicania swoich hierarchii dobra i zła. Na przykład dla jednego cudzołożenie będzie dobre, dla drugiego złe, jednak mogą się oni dogadać. Jeżeli jednak ktoś chce narzucić mi na siłę swój sposób postrzegania świata i zmusić do podporządkowania się, to omijam go.

− Mówisz, że chrześcijaństwo podaje gotową jedną hierarchię wartości. Nie uważam, żeby było to niewłaściwe. Ludzie nie rodzą się perfekcyjni, mówienie o sobie, że jest się doskonałym nie oznacza zwykle wielkiej mądrości.

− Masz rację, trudno mówić o sobie jako o kimś doskonałym. Zawsze znajdzie się mnóstwo rzeczy, które można zmienić.

− Właśnie, w jakim więc kierunku się zmieniasz, co jest dla ciebie celem, do którego należałoby dążyć? Powiedziałeś, że chrześcijaństwo nie jest właściwym drogowskazem, w takim razie co nim jest?

− Celem dla mnie jest ziemskie szczęście, zresztą nie jest to chyba tylko mój cel, większość ludzi chce być po prostu szczęśliwymi. Jeśli chodzi o drogowskaz, to nie potrzebuję go, wiem jakie mam słabości i staram się je zwalczać, nie potrzebuję jakiejś recepty na szczęście.

− Czasem człowiek sam nie wie co jest dla niego dobre, dlatego często nie potrafi zauważyć w jakim kierunku powinien pracować nad sobą, wtedy potrzebny jest ktoś, kto pokaże ci właściwy kierunek tych zmian byś po prostu nie zabłądził.

− Nie ufam takim przewodnikom, ślepa wiara w ich doskonałość to zdanie się całkowicie na ich łaskę, mogą robić z tobą co chcą.

− Trudno określić kościół katolicki w ten sposób!

− Właśnie nie, droga Moniko, kościół katolicki to idealny przykład takiego właśnie przewodnika, bazując na autorytecie u wiernych może kierować nimi jak chce, oczywiście dzieje się to w pewnych granicach, jednak generalnie ludzie są jak owieczki posłuszne pasterzowi. Wierzący nie kwestionuje słuszności chrześcijańskiego drogowskazu, nie kwestionuje również słuszności tego, co do niego mówią księża, nie podejmuje z nimi dyskusji, w końcu nie bez powodu chrześcijańskie msze mają charakter kazań. Dodając do tego fakt, że mamy mnóstwo chrześcijan, to trudno kwestionować słuszność nauk kościoła, prawda? Wiara ma charakter trochę stadny.

− Brak kwestionowania wynika stąd, że akceptuje się autorytet kościoła. Jeśli chodzi o twój przykład z kupnem samochodu zamiast oddania pieniędzy dla umierającego, to nie jest żaden dowód na obłudę. Sam przyznałeś, że ludzie nie są doskonali, takie zachowanie wynika właśnie z niedoskonałości. Trudno osiągnąć doskonałość, ciągle do niej dążymy. Ale zaczekaj, mówiłeś, że nie potrzebujesz drogowskazu, że sam wiesz jakie masz słabości, jestem ciekawa jakich to swoich słabości jesteś świadom.

− Pierwsza główną i najtrudniejszą do zwalczenia słabością, którą zauważam jest moje lenistwo – uśmiechnąłem się do Moniki – jestem strasznym leniem. Proces lenistwa powoli jednak ustępuje, uzyskuję wymierne efekty w jego zwalczaniu. Z lenistwa bierze się początek wielu problemów, lenistwo jest o tyle niebezpieczne, że postępuje jak nie pracuję nad tym. Proces pokonywania lenistwa jest jednak dość skomplikowany.

− Skomplikowany? Lenistwo to po prostu lenistwo, co w tym skomplikowanego?

− Skomplikowane są metody jego zwalczania.

− Chyba przesadzasz, po prostu brak ci samozaparcia do działania.

− Dokładnie, właśnie często tego mi brak, ale wyrobienie w sobie samozaparcia jest skomplikowane i dlatego powiedziałem, że proces zwalczania lenistwa nie jest prosty. Samozaparcie nie bierze się z niczego, muszę je w sobie jakoś stworzyć, do końca nie znalazłem jeszcze dobrze działającej metody, jednak pracuję nad nią.

− Jakieś wady w sobie jednak widzisz.

− Oczywiście, że widzę, czy mówiłem, że nie widzę?

− Nie ważne, tak mi się trochę wydawało.
Wstałem powoli i spojrzałem na morze, białe grzbiety fal zmniejszyły się wyraźnie, wiatr nieco osłabł. Dopiero teraz odczułem dokuczający mi głód, nie jadłem nic od rana, jedynie napiłem się herbaty, która co prawda była cudowna, jednak niezbyt mnie odżywiła. Miałem ochotę zjeść coś szybkiego, hot-dog był idealnym rozwiązaniem. Uwielbiałem jeść tego rodzaju zapychacze, jedyna rzecz jakiej w nich nie lubiłem to była masa różnego rodzaju sosów, które zwykle wylewały mi się gdzieś na boki. Właśnie dlatego zwykle zamawiałem bez sosów, ewentualnie z drastycznie zmniejszoną ich ilością. Ciekawe było to, że głód poczułem dopiero po tym jak wstałem by spojrzeć na morze. Czasem zdarzało mi się takie ‘zapomnienie’ żołądka, gdy byłem czymś mocno zajęty i zainteresowany. Czy byłem jednak aż tak bardzo zainteresowany rozmową z Moniką? Faktem jest, że jakoś długo wytrzymała rozmowę ze mną co należy niewątpliwie do rzadkości. Po tym jak odkryłem w sobie moją ‘złą’ naturę zapragnąłem podzielić się moimi spostrzeżeniami z innymi ludźmi. Okazało się jednak, że mało kogo interesowało roztrząsanie spraw nie związanych bezpośrednio z nimi bądź rozmawianie na tematy życia, religii i podobne. Najgorzej jeśli jeszcze dodatkowo krytykowałem właśnie ich religię, odbierali to tak osobiście, że niemal obrażali się na mnie i nie chcieli dalej dyskutować. Monika traktowała chyba wszystko z przymrużeniem oka co mi się właśnie podobało, nie brała wszystkiego mocno do siebie. Niewątpliwie dużą zaletą naszej znajomości był czas jej trwania wynoszący prawie zero. Zauważyłem, że czasami przy spotkaniu całkowicie obcych sobie osób rodzi się szczerość, która nie często pojawia się w stosunku do osób dłużej znanych. Zastanawiałem skąd się to bierze i doszedłem do wniosku, że osoby te mają potrzebę jakiegoś zwierzenia się, potrzebę wyrzucenia z siebie jakiś tłamszonych wewnątrz myśli. Ktoś, kto jest całkowicie nieznajomy, jest bezosobowy, nie jest traktowany z taką ostrożnością, z jaką traktuje się osoby bliskie. Ponieważ osoby te nie są w żaden sposób przywiązane do siebie emocjonalnie, to mogą zdobyć się na szczerość, która mogłaby być czasem niezbyt dobrze odebrana przez bliskich. Oprócz tego mogą być może liczyć na jakieś równie szczere zdanie na temat swojej osoby. Brak szczerości pojawia się zwykle w obawie przed utratą akceptacji. Sytuacja, gdzie obie strony są szczere wobec siebie pojawia się jednak rzadko, pojawia się na tyle rzadko, że była dla mnie zawsze jakimś fenomenem kontaktów międzyludzkich. Fenomenem, którego do końca nigdy nie mogłem zrozumieć. Rozmowa jest wówczas prawdziwą przyjemnością, nie trzeba grać żadnej roli przed swoim rozmówcą, można zrzucić maski jakie nosi się na sobie, maski, przez które obserwują nas codziennie wszyscy dookoła. Zawsze sądziłem, że nie mam potrzeby opowiadać komuś na swój temat, jednak nie do końca była to prawda. Mimo wszystko oczekiwałem jakiejś akceptacji, może dlatego próbowałem przekonać swoich rozmówców do poglądów jakie reprezentowałem, nie chciałem zamknąć się szczelnie w sobie i zostawić swoje rozmyślenia tylko dla siebie. Doprowadziłoby to w końcu do takiego rozdzielenia się mnie od reszty świata, że straciłbym z nim kontakt, którego stracić nie chciałem, potrzebowałem ludzi wokół siebie, byłem od nich uzależniony. Chociaż często mogłem obyć się bez towarzystwa przez długi czas, to jednak prędzej czy później potrzebowałem jakiegoś kontaktu ze światem, kontaktu z ludźmi, ich akceptacji. Na szczęście akceptacji w ograniczonym zakresie, ograniczonym bardziej niż u przeciętnego człowieka. Nigdy jednak nie chciałem być facetem, na którego wszyscy patrzą jak na całkowitego dziwaka. Dlatego cała moja powierzchowność była dostosowana do powszechnie akceptowanej normy. Nosiłem zawsze na sobie maskę społecznej normalności, którą czasem mogłem zdjąć i sprawiało mi to wówczas autentyczną przyjemność. Na szczęście nigdy nie sprawiało mi zbytniej trudności noszenie owych masek, w pewnym stopniu stałem się trochę przez nie odmieniony, stałem się ich niewolnikiem. Specyficzna atmosfera jaka tworzyła się przy rozmowach, w których rozmówcy nie filtrowali bez przerwy swoich wypowiedzi powodowała, że prawdziwą przyjemnością było rozmawianie. Sam nie wiedziałem jaki charakter miała moja rozmowa z Moniką. Na pewno nie było tu żadnego zwierzania się, była raczej wymiana poglądów, jednak bardziej szczera niż zazwyczaj mi się to zdarzało, była specyficzna, luźna atmosfera towarzysząca nam od początku znajomości i chociaż podczas spaceru na klif wydawało mi się, że Monika była znudzona tą znajomością, to nie była to do końca prawdą. Czułem, że mimo wszystko zrodziło się jakieś zrozumienie między nami. Było to oczywiście nie do wytłumaczenia, miałem po prostu takie odczucie. Z drugiej strony nie zależało mi wcale na owej znajomości. Nie zależało mi na tym, żeby nasza znajomość przedłużyła się na dzień następny. Jedyna rzecz na jakiej mi trochę zależało to obecne towarzystwo Moniki.

− Mam już dość siedzenia tutaj – powiedziała nagle – jest tu faktycznie interesująco, ale zbyt długie przebywanie ciągle w tym samym miejscu mnie męczy. Poza tym muszę się czegoś napić – dodała.

− Ja dla odmiany muszę coś zjeść, nie jadłem jeszcze nic od rana i nie mam ochoty na to, żeby żołądek psuł mi dzisiaj moje dobre samopoczucie.

Udaliśmy się z powrotem do lasku, który znowu użyczył nam swojego cienia, był potrzebny, bo zbliżała się chwila, kiedy słońce najbardziej dokuczało. Chwila, kiedy wszystko zdążyło się już dobrze nagrzać i słońce dodatkowo atakowało z góry była niezbyt przyjemna. Miałem jeszcze w tym upale jeść coś na gorąco, niezbyt odpowiadała mi ta perspektywa, jednak byłem na tyle głodny, że zdecydowałem się znieść tą niedogodność. Spacer laskiem okazał się zbawienny, między drzewami było wyraźnie chłodniej, a słońce tylko miejscami przedzierało się między koronami drzew. Dzień był o tyle męczący, że na niebie nie było żadnych chmur, które mogłyby przysłonić na chwilę słońce, bądź osłabić jego działanie. Na szczęście poza laskiem wiał dość silny wiatr i dawał trochę wytchnienia. Podczas naszego spaceru między drzewami niewiele mówiliśmy do siebie. Osobiście wolałem czerpać przyjemność z samego spaceru niż z jakiejś rozmowy, która zabrałaby mi możliwość delektowania się otaczającą przyrodą. Zawsze lubiłem spacerować w ciszy, która pozwalała mi słuchać tego, co się wokół mnie działo. Rozmawianie na jakikolwiek temat przeniosłoby moją uwagę z obserwacji otoczenia na rozmowę, którą zawsze można było odłożyć na inne miejsce. Spacer w lasku był dla mnie na tyle wyjątkowy i przyjemny, że wolałem czerpać korzyści delektując się nim bez rozpraszania uwagi na inne czynności. Monika miała chyba podobne nastawienie bo zarówno jak szliśmy na klif jak i wtedy, kiedy z niego wracaliśmy nic prawie nie mówiła. Być może wyczuwała po prostu moją niechęć do jakichkolwiek dyskusji w tym momencie, nie wiedziałem, ale czy było to istotne? Z pewnością nie.

Wychodząc na ulicę od razu zaatakowało nas słońce, które coraz bardziej odbierało mi ochotę na gorącego hot-doga. Nie miałem przy sobie nawet okularów przeciwsłonecznych i byłem zmuszony do ciągłego mrużenia oczu, co mnie trochę męczyło. Miałem ochotę jak najszybciej znaleźć się znowu w cieniu parasola jaki postawiony był na zewnątrz kawiarenki, do której się udaliśmy. Po drodze przypomniałem sobie, że przecież nie było w niej hot-dogów. Z jednej strony byłem rozczarowany, ale od razu pocieszyła mnie myśl, że kupię sobie jakieś ciastka, których jedzenie w upale nie będzie tak męczące.

Weszliśmy do środka, kupiłem ciastka i Cole. Nie czekając na Monikę udałem się na zewnątrz i usiadłem przy stoliku, przy którym rano piłem herbatę. Monika jak poprzednio niezbyt szybko zdecydowała co właściwie chce kupić i dopiero po chwili dosiadła się do stolika, który zająłem.

− A więc leń i egoista – powiedziała Monika przerywając ciszę jaka utrzymywała się między nami od dłuższego czasu.

− Niestety muszę się zgodzić. Słowo niestety oczywiście dotyczy lenistwa, a nie egoizmu. Ty Moniko nie masz problemu z lenistwem?

− Chyba nie aż takiego jak ty, czasem nie chcę mi się czegoś zrobić, ale potrafię się zmobilizować. To nie jest znowu aż tak trudne. Jak uświadomisz sobie korzyści jakie będziesz miał z wykonania danej czynności, to dużo łatwiej będzie ci się za nią zabrać.

− To prawda, jednak robienie czegoś, co nie sprawia mi przyjemności jest dla mnie trudne nawet jak zdam sobie sprawę z korzyści jakie to będzie dla mnie miało. Czasami zdarza się tak, że korzyści są niewiele większe niż koszty jakie ponoszę w związku ze zrobieniem czegoś. Umiejętność pokonywania lenistwa wiąże się chyba z umiejętnością inwestowania. Nie jestem zbyt skłonny do jakichkolwiek inwestycji dlatego często z nich rezygnuję. Ta rezygnacja nazywa się po prostu lenistwem.

− Musisz się więc mocno męczyć, życie to ciągłe pasmo inwestycji.

− Mam dwa sposoby, które pozwalają mi mniej męczyć się w takich sytuacjach. Dwa sposoby, które nie zawsze jednak dają się zastosować. Pierwszy polega na zlikwidowaniu inwestycji. Inwestycja jest wtedy inwestycją, kiedy dla późniejszego zysku poświęcasz coś w chwili obecnej, a więc robisz coś, co nie sprawia ci przyjemności. Sposobem na to jest znalezienie przyjemności w tym co robisz obecnie. Jest to niestety najczęściej bardzo trudne lub wręcz niemożliwe, jednak jeżeli się uda to nie ma już mowy o inwestowaniu. Efekt jaki oczekujesz na końcu powoduje jeszcze dodatkowe zwiększenie tej przyjemności. Znalezienie przyjemności w robieniu czegoś, do czego nie jesteś przekonana nie jest proste i dlatego sposób ten rzadko mi się udaje. Trochę lepiej jest ze sposobem drugim. Drugi sposób polega na rutynowym podejściu do sprawy. Jeżeli inwestycja polega na ciągłym powtarzaniu danej czynności, to podejście do niej rutynowo pozwala tak jakby zapomnieć o jej niedogodnościach, pozwala wyłączyć ocenianie tej czynności, które to w głównej mierze powoduje zniechęcenie. Czasem więc zbyt dużo myślenia na jakiś temat jest w rezultacie niekorzystne. W wyniku stosowania drugiej metody zdarza się, że dochodzi się do pierwszej. Dzieje się tak wówczas, gdy rutynowo wykonywana czynność zaczyna sprawiać przyjemność. Taką sytuację da się zauważyć w ćwiczeniu czegoś co zaczyna przynosić rezultaty dopiero po pewnym czasie. Zastosowanie drugiej metody nie jest jednak możliwe od razu, to jest jej niedogodność. Nie jest możliwe podejście do sprawy rutynowo od samego początku, wcześniej trzeba się przemóc, aby do tej rutyny dojść i często jest to hamulcem na tyle skutecznym, że wykonywanie danej czynności przerywam zanim ona stanie się moją rutyną.

− Dość rozbudowaną teorię lenistwa stworzyłeś. Nie lepiej zamiast tyle zastanawiać się nad nim po prostu wziąć się do roboty?

− Czasem tak trzeba, ale chcę poznać istotę swojej słabości.

− Niezbyt to chyba dobry ruch z twojej strony, mam na myśli twoje przyznanie się do słabości, do lenistwa. Jak ja mam słuchać Szatana, kiedy on sam przyznaje się do swoich błędów? Jaką mam gwarancję, że nie myli się on w innych sprawach? – zaśmiała się.

− Sama przyznałaś, że ludzie nie są doskonali – uśmiechnąłem się do niej przekornie – Szatan jest bardziej ludzki niż Bóg, który jest doskonały i dlatego człowiek jest bliżej Szatana niż Boga. Poza tym Szatan mówi językiem człowieka, trzeba tylko słuchać. Nie musisz niczego brać na wiarę, żadnych dogmatów, dlatego właśnie ciemna droga jest tak jasna dla ludzi, jest w zakresie ich zrozumienia i poznania. W przeciwieństwie do tego droga Boga jak i sam Bóg jest niepoznawalna, często nielogiczna i sprzeczna ze sobą. Zawsze w takim wypadku można wytłumaczyć to skromnymi możliwościami umysłowymi człowieka, lecz jest to zwykłe pójście na łatwiznę – mówiąc to powoli przygryzałem następny kawałek ciastka i patrzyłem jak jakiś dzieciak powoli zbierał się po upadku z roweru.

− Szatan jest bardziej ludzki, by człowiek dał mu się łatwiej skusić.

− Może być i tak, nie widzę w tym nic strasznego.

− Straszne jest wówczas, gdy to kuszenie się powiedzie i odwiedzie od Boga.

− Czy chcesz przez to powiedzieć, że nie należy słuchać Szatana? Słuchać nie w sensie stosowania się do jego ciemnej drogi, ale w sensie wysłuchania jego poglądów, wysłuchania tego co ma do powiedzenia. Czy obawiasz się, że może ciebie do czegoś przekonać? Przecież jeżeli twoja wiara jest dostatecznie mocna, dostatecznie silna to przetrwa tą próbę, próbę szatańskiego kuszenia. Poza tym nie powinnaś chyba uciekać od krytyki swojej wiary, która daje ci możliwość na umocnienie się w niej. Jeżeli wierzysz bardzo mocno, to do niczego nie zdołam cię przekonać.

− Nie miej złudzeń, że obawiam się twoich słów, nie widzę możliwości, by zachwiały moją wiarę. Jednak co do słuchania to nie mam nic przeciwko.

− Doskonale, zatem drzwi nie zostały zamknięte.

− Drzwi są zamknięte, pozwalam ci jedynie do nich pukać – uśmiechnęła się.

− W takim razie uważaj, żebyś przypadkiem nie zechciała ich otworzyć, by wpuścić mnie do środka – powiedziawszy to śmialiśmy się do siebie przez chwilę. Obracałem w prawej ręce pustą już puszkę Coli nie odrywając od niej wzroku, gdy Monika zapytała:

− Wiesz co, coś mi się nie bardzo zgadza ta twoja ciemna droga, której w zasadzie mi nie przedstawiłeś, coś mi się nie zgadza z tym, że wcześniej powiedziałeś o sobie, że jesteś ateistą. Czyżby Szatan był ateistą? To trochę bez sensu, przecież istnieje on w parze z Bogiem, został upadłym aniołem to chyba chociaż w Boga wierzy, co?

− Czy naprawdę wierzysz, że jestem prawdziwym Szatanem, który teraz przybrał postać tego faceta i próbuje nakłonić ciebie do jego ciemnej drogi? – zaśmiałem się ironicznie.

− No nie, nie wierzę, ale w takim razie po co mówisz o Szatanie? Dla ciebie może być to miły żart, ale dla mnie to nie to samo. Przestań się tak nazywać.

− Mówię o sobie jako o Szatanie bo nazwałaś mnie w ten sposób, już nie pamiętasz? Sama powiedziałaś do mnie, że jestem Szatanem, ja tylko dalej nazywałem się w ten sposób.

− Kiedy tak powiedziałam? – oburzyła się trochę.

− Wtedy, kiedy powiedziałem, że możesz mnie uświadomić w niektórych kwestiach i nie będę miał nic przeciwko temu – znowu spojrzałem na jej piersi.

− Nie, nie, to ty zaproponowałeś Szatana zamiast antychrysta. Poza tym powiedziałam o tobie jako Szatanie żartobliwie.

− No dobrze, więc i ja żartobliwie się tak nazwałem, czy coś jest nie w porządku?

− Dla mnie nie jest to całkiem w porządku. Czy gdybym żartobliwie nazywała się Bogiem to uważasz, że byłoby to w porządku? Nie zapominaj, że dla ciebie mogą być to puste słowa, ale dla mnie mają one określone znaczenie i nie chcę ich mylnie używać.

− Ale z tym Szatanem to nie jest znowu taka wielka pomyłka. W każdym razie on chyba nie miałby mi za złe gdym występował w jego imieniu – zaśmiałem się – nawet lepiej jak będziesz mnie za niego uważała.

− No niestety muszę cię zmartwić, z pewnością nie będę.

− Czyli uważasz, że Szatan ma wielkie rogi, końskie kopyta, zieje ogniem i dlatego wykluczasz możliwość mojej osoby jako Szatana?

− No nie, ale po prostu ty nie jesteś Szatanem! Przestań robić ze mnie idiotkę, nie jestem aż tak naiwna, żeby opowiadać później, że spotkałam prawdziwego Szatana! – powiedziała oburzona.

− Dobrze, dobrze, nie denerwuj się. Oboje wiemy, że żartowałem, nie próbuję wmówić tobie, że nim jestem, ale ponieważ ty nie możesz mieć co do tego absolutnej pewności i w dodatku ja mówię, że nim jestem, to czemu się tak denerwujesz?

− Czyli co? Powinnam uwierzyć każdemu kto powie, że jest Szatanem, że nim faktycznie jest? – Monika puknęła się znacząco palcem w czoło wykrzywiając nieco minę.

− Nie, ale nigdy nie masz pewności czy ten ktoś mówi prawdę, być może faktycznie nim jest, nie możesz przecież tego sprawdzić. Jeśli wierzysz w niego, to dlaczego nie miałby on przybrać jakiejś ludzkiej postaci i egzystować między ludźmi? Chciałem ci opowiedzieć o paru rzeczach, które z twojego punktu widzenia są raczej szatańskie, więc dla lepszego zrozumienia przyjąłem twoją propozycję nazywania się w ten sposób. Jeśli tak bardzo cię to razi to może diabeł? – uśmiechnąłem się.

− Ależ nie! Wal z grubej rury Szatanie – wybuchła śmiechem - jeśli tylko nie będziesz wciskał mi, że jesteś tym prawdziwym – ciągnęła dalej – jest mi to obojętne. W zasadzie nie razi mnie to bardzo wiedząc, że używamy tego słowa w innym znaczeniu. Przyznam jednak, że oddziałuje na mnie w pewien sposób i dlatego byłam przeciw. Z drugiej strony rozmawialiśmy do tej pory i jakoś mi to nie przeszkadzało, nie wiem sama dlaczego teraz mnie to tak oburzyło.

− Cieszę się, że potrafisz spojrzeć na ten fakt z przymrużeniem oka – mrugnąłem do niej porozumiewawczo i oboje zaśmialiśmy się do siebie. Jadłem już ostatnie ciastko, kiedy Monika powiedziała nagle:

− Wiesz co, fajnie się rozmawiało, ale muszę już wracać. Przyjechałam tu do rodziców, pewnie chcieliby się mną choć trochę nacieszyć tymczasem jak rano wyszłam, to do tej pory nie było mnie jeszcze w domu.

− Jasne, zatem do jutra – uśmiechnąłem się i popatrzyłem w jej kierunku. Chociaż w zasadzie nie zależało mi na powtórnym spotkaniu, to byłem ciekaw reakcji Moniki. Uśmiechnęła się jakby z wysiłkiem.

− Skąd wiesz czy jutro będę miała czas, skąd wiesz, że będę miała ochotę. Jednym słowem może byś tak najpierw mnie zapytał o zdanie, he?

− W porządku, może więc zrobimy tak: Będę tu jutro o szóstej po południu. Jeżeli będziesz chciała przyjść to przyjdziesz, jeśli nie to nie i na tyle będzie naszej znajomości.

− O szóstej po południu? Nie wiem czy będę miała czas, nie chcę się zobowiązywać.

− Nie musisz się zobowiązywać. Ja będę tu jutro o szóstej niezależnie czy przyjdziesz czy nie. Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu.

− No dobrze, zatem ewentualnie do jutra – uśmiechnęła się i wstała z krzesła. Stała tak przez krótką chwilę. Być może myślała, że zaproponuję jej, że odprowadzę ją do domu, ale nie miałem ochoty. Czułem, że muszę się z tego wymigać więc spytałem:

− Chcesz, żebym cię odprowadził?

− Nie, nie trzeba – odpowiedziała skromnie jak oczekiwałem. Oczywiście nie nalegałem tylko skorzystałem z tej możliwości.

− Zatem ewentualnie do jutra, Moniko – uśmiechnąłem się znowu.

− Pa – podniosła rękę i pomachała mi zabawnie po czym odwróciła się i poszła w kierunku domu, do którego rano przyprowadziłem jej nieszczęsnego brata. Patrzyłem na nią jak powoli oddala się i jak zgrabnie się porusza. Po krótkim czasie Monika jeszcze raz odwróciła się i uśmiechnęła do mnie na co ja odwzajemniłem się również uśmiechem. Krótko po tym wstałem i wszedłem do kawiarenki, by kupić jeszcze jedną Colę. Jedna puszka nie ugasiła mojego pragnienia i miałem nadzieję, że zrobi to druga. Kupiłem Colę, wyszedłem na zewnątrz, słońce oświetliło mi twarz i znowu musiałem zmrużyć oczy. Otworzyłem puszkę, po czym mocno ją przechyliłem i piłem łapczywie. Wąskie strużki ściekały mi na boki i poczułem chłodny napój na szyi, co nie było zamierzone, ale jakże przyjemne. Po szybkim wypiciu puszki odbiło mi się parę razy czego wcale nie chciałem wstrzymywać, jedynie nie pomagałem, żeby nie zrobić wielkiego hałasu. Stałem tak jeszcze przez chwilę po czym wolno ruszyłem w kierunku mojego domu, w którym miałem nadzieję, że będzie chłodniej. Idąc tak zastanawiałem się trochę nad tym co powiedziałem Monice podczas naszego spotkania. Wiedziałem, że mogła to zrozumieć na parę sposobów i chociaż starałem się mówić w miarę składnie, to jednak nie zawsze mi to wychodziło. Sam również na jej miejscu chyba nie zrozumiałbym tego co chciałem przekazać. Nie ważne – pomyślałem, nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Dlaczego bowiem miałoby mi zależeć na zrozumieniu Moniki? Jednak mimo wszystko podczas samej rozmowy w jakimś stopniu mi zależało, nie wiedziałem właściwie dlaczego.

Wszedłem do domu, rzuciłem klucze na szafkę stojącą w przedpokoju i nie zamykając drzwi udałem się do łazienki. Odkręciłem kurek z zimną wodą i spłukałem nią twarz, poczułem ulgę. Spłukałem twarz jeszcze raz i spojrzałem w lustro. Krople wody spływały mi powoli po twarzy zakręcając na jej nierównościach. Skóra poniżej oczu była trochę zmarszczona na skutek ciągłego mrużenia oczu na słońcu. Teraz mogłem wreszcie otworzyć je szeroko i odpocząć od rażącego światła jakie dziś docierało prawie wszędzie. Spojrzałem jeszcze raz na swoją twarz i przyglądałem się jej z zaciekawieniem. Ciągle ta sama, a jednak nigdy nie wiedziałem do kogo właściwie należy. Przetarłem twarz ręcznikiem i wróciłem do przedpokoju, zamknąłem drzwi wejściowe i poszedłem do pokoju, w którym wciąż był otwarty balkon. Firanka lekko falowała poruszana przez powiewy ciepłego powietrza z zewnątrz. Usiadłem na brzegu łóżka, monotonia dźwięków dobiegających z zewnątrz sprawiła, że poczułem się senny. Uwielbiałem w takich sytuacjach położyć się i przespać. Sam moment kładzenia się był dla mnie najbardziej przyjemny, takie oderwanie się od rzeczywistości, odpoczynek całego ciała, spokój.



Część 2 >



Ten utwór nie został jeszcze skomentowany.




Główna/FAQ/Filozofia/Czytelnia/Nietzsche/O nas/Varia/Scena/Sztuka/Forum/Katalog/Okultyzm
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>