| Satan.pl > Scena > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
HaaL
Hal - część 2 (2007-01-31)
1998-07-30
Kolejny dzień mojego wspaniałego życia, tak – wspaniałego, nie mogłem na nic narzekać. Byłem chyba u szczytu swoich możliwości, zdrowy, szczęśliwy, pełen energii życiowej. Dziwna zatem mogłaby się wydawać moja chęć skończenia tego stanu rzeczy dzień wcześniej. Dla mnie jednak było to całkiem na miejscu bowiem martwy punkt, do którego dotarłem zdawał się popychać mnie w tym kierunku, do wyjścia. Nie było to dla mnie jakimś szczególnym zmartwieniem, po prostu czułem taką konieczność, co nie przeszkadzało mi cieszyć się życiem jakie prowadziłem, nie obawiałem się końca, byłem raczej jego ciekawy. Jedyna rzecz, której się bałem to ból fizyczny jaki mogłoby mi to sprawić. Nie planowałem jednak chwili, wiedziałem jedynie, że ona nadejdzie. Jedną taką chwilę zmarnowałem, albo raczej zmarnował mi ją brat Moniki. Nie wiedziałem kiedy przyjdzie odpowiedni czas bym znowu udał się na klif, nie przejmowałem się tym. Dużo bardziej interesowało mnie dzisiejsze spotkanie z Moniką, ewentualne spotkanie. Oczywiście w świetle mojego zamierzonego końca nie miało to najmniejszego znaczenia, ale tak samo nie miałoby znaczenia gdybym owego końca nie przewidywał. Nie miałoby znaczenia ponieważ koniec przyszedłby do mnie, może później, ale w końcu by przyszedł. Nie miało sensu rozmyślanie nad tym, ponieważ prowadziłoby to do wniosku, że jakiekolwiek czynności nie mają sensu. Tak właśnie do tego podchodziłem, żyłem po prostu chwilą i nie roztrząsałem sensu czegokolwiek wobec końca istnienia. Owe zapomnienie o nieuchronności swojej śmierci jest chyba powszechnym zjawiskiem pozwalającym ludziom normalnie funkcjonować. Istnieje jeszcze teoria życia po śmierci, która pozwala wielu ludziom na łatwe wytłumaczenie sensu swojej egzystencji. Zazdrościłem im trochę wiary w tą teorię. Nie ma właściwie znaczenia czy jest to prawda czy nie, nie ma znaczenia czy faktycznie po śmierci coś jeszcze istnieje, najważniejsza jest wiara, która pozwala po prostu o takich problemach zapomnieć. Ja jednak nie wierzyłem, bo nie miałem po prostu podstaw, by w to wierzyć. Miałem nadzieję, że wytłumaczę to sobie w jakiś inny sposób, nie znalazłem takiego wytłumaczenia. Doszedłem w końcu do wniosku, że jest to chyba problem poza możliwościami mojego racjonalnego rozumowania i przestałem się nim zajmować, co jednak nie oznaczało, że się od niego całkowicie uwolniłem. Całkowicie uwolnić się jednak nie chciałem, nie chciałem znieczulenia, jakie obserwowałem u wielu ludzi. Znieczulenie takie nie było ostatecznie korzystne ponieważ prowadziło do cierpienia. Tak właśnie to postrzegałem – świadomość śmierci, memento mori nie oznaczało dla mnie cierpienia a raczej odwrotnie, ów stan nietrwałości jaki był wynikiem śmierci i jego świadomość zmieniła moje nastawienie do życia na bardziej zdystansowane, co w żadnej mierze nie oznaczało wyrzekania się czegokolwiek. Wręcz przeciwnie – budziło we mnie chęć brania czego tylko się dało, prowadziło do zaspokojenia. Tak więc paradoksalnie carpe diem wynikało z memento mori, zaiste dziwne połączenie dwóch odmiennych stanów świadomości. Doczesność stała się dla mnie szczęściem dzięki świadomości śmierci jaka mnie nieuchronnie czekała. Życie jest jedno tu i teraz, nie miałem podstaw by sądzić, że będzie coś więcej. Dlaczego zatem nie miałbym z niego skorzystać maksymalnie jak się da? Czy jednak zamiar jego skończenia nie przeczył temu? Nie, nie przeczył – był jedynie wzięciem decyzji we własne ręce, decyzji o tym kiedy będę miał ochotę na to, by skończyć swoją egzystencję, nie chciałem przygasać powoli. Moja natura była raczej jak płomień, który szybko się roznieca i równie szybko gaśnie. Brałem więc dużo by szybko to oddać, to było moje szczęście, nad którym niewiele się zastanawiałem. Taka forma życia zawsze wydawała mi się dużo bardziej atrakcyjna, życia które było hazardem, grą. Świadomość jej końca pozwalała grać ostrzej, bo nie było przecież o co walczyć. Życie w moim rozumieniu nie było również żadną inwestycją. Było to dla mnie wspaniałe odkrycie, pozwalające cieszyć się nim w pełni.
Późnym popołudniem wyszedłem z domu udając się w kierunku kawiarenki, w której miałem spotkać się z Moniką. Dzień był dużo przyjemniejszy od poprzedniego, niebo zachmurzyło się na tyle by przytłumić męczące działanie słońca, na które mogłem teraz patrzyć przez niezbyt grubą warstwę chmur. Idąc tak wzdłuż uliczki mijałem ludzi wracających z plaży. Było ich zdecydowanie mniej niż poprzedniego dnia, jednak mimo wszystko wracając z plaży wydawali się zadowoleni. Mimo braku słońca woda była wciąż ciepła i sam miałem ochotę się w niej wykąpać. Kąpałem się na tyle często, że nie było to dla mnie aż tak atrakcyjne jak dla ludzi, którzy przyjeżdżali tu specjalnie po to.
Doszedłem wreszcie do mojej ulubionej kawiarenki, tym razem było tu więcej ludzi niż wczoraj. Na zewnątrz nie było żadnego wolnego stolika. Nie miałem ochoty na herbatę, dużo bardziej wolałem zimne piwo. Kupiłem butelkę i wyszedłem na zewnątrz w poszukiwaniu jakiegoś wolnego miejsca. Przy jednym ze stolików siedział tylko jeden mężczyzna, podszedłem do niego i zapytałem:
− Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? – chociaż wiedziałem prawie na sto procent, że jest wolne, to jednak na wszelki wypadek miałem w zwyczaju pytać. Mężczyzna poprawił się na krześle po czym odpowiedział twierdząco. Usiadłem naprzeciwko niego i zacząłem powoli sączyć piwo.
− Przepraszam, czy pan jest stąd? – zapytał nagle nieznajomy. Podniosłem powoli wzrok i przełykając piwo zatrzymałem go na wysokości jego twarzy. Nie byłem ufny z natury, dlatego jego pytanie nie wywołało u mnie pozytywnej reakcji. Odczekałem chwilę i patrząc na jego twarz odpowiedziałem pytaniem:
− Dlaczego to pana interesuje?
− Przyjechałem właśnie przed chwilą i chciałbym się gdzieś zatrzymać, szukam jakiegoś pokoju do wynajęcia, rozumie pan – ciągnął dalej – wreszcie jest trochę czasu by wypocząć. Być może wie pan gdzie w miarę tanio można znaleźć pokój dla dwóch osób i dziecka?
− Pokoi do wynajęcia jest sporo, ale teraz pewnie większość jest pozajmowana. Myślę, że jednak jakiś pokój pan znajdzie. Proszę przejść się wzdłuż alejki prowadzącej na plażę, na domach zwykle wiszą kartki z informacją czy można coś wynająć – odpowiedziałem powoli. W tym momencie do stolika przysiadła się kobieta z małą dziewczynką. Oboje mieli w ręku jakieś lody. Dziecko usiadło naprzeciwko kobiety, która siedziała teraz po mojej prawej stronie. W ten sposób cały czteroosobowy stolik został zajęty.
− Pan mówi, że znajdziemy jakiś pokój na alei prowadzącej na plaże – zwrócił się nieznajomy do kobiety. Ta przygryzając loda powiedziała do mnie:
− Sporo chyba teraz turystów, prawda?
− Tak, sporo – odpowiedziałem zdawkowo – po jakimś czasie jest to trochę męczące – dodałem po chwili.
− No, ale z drugiej strony wygląda na naprawdę piękne miejsce.
− Jest takie w istocie – uśmiechnąłem się – rzadko kiedy można spotkać tak zróżnicowany brzeg na tak małym odcinku, widoki są wspaniałe – spojrzałem w kierunku mężczyzny. Dziewczynka dość niezdarnie jadła loda, na tyle niezdarnie, że pobrudziła się nim. Matka wstała, obeszła stolik dookoła, wyjęła chusteczkę i zaczęła przecierać bluzkę dziewczynki.
− No i zobacz jak się pobrudziłaś, uważaj trochę jak jesz – powiedziała lekko rozdrażnionym tonem. W tym momencie dziewczynka obróciła głowę w moim kierunku i zaczęła się śmiać.
− Z czego się tak śmiejesz brudasie – powiedziała nieco żartobliwie matka wciąż przecierając zabrudzony fragment bluzki. Dziewczynka zdała się nie interesować tym, co mówi do niej matka, patrzyła na mnie i wciąż się śmiała. Odebrałem to jako jej dziwne zachowanie i starałem się nie zwracać uwagi. W pewnym momencie mężczyzna wstał.
− Chodźmy może poszukać tego pokoju – powiedział do kobiety, która właśnie skończyła czyścić ubranie córki. Chwyciła ją za rękę, oboje podziękowali mi, po czym ruszyli w stronę alejki. Odchodząc dziewczynka patrzyła na mnie do tyłu przez ramię i wciąż się śmiała. W końcu odeszli, przechyliłem butelkę i wlałem w siebie następną porcję piwa.
− Hej! – usłyszałem za sobą. Odwróciłem się, stała za mną Monika.
− Cześć – uśmiechnąłem się do niej – miło, że znalazłaś czas, żeby przyjść.
− Powiedzmy, że jestem trochę ciekawa naszej znajomości – zaśmiała się i usiadła na krześle po mojej lewej stronie – Dobrze, że się trochę ochłodziło, męczył mnie ten wczorajszy upał – ciągnęła dalej. Byłem trochę zaskoczony obecnością Moniki, wydawało mi się, że do szóstej jest jeszcze sporo czasu. Spojrzałem na zegarek – było za dwadzieścia szósta.
− No, no, szybko się zjawiłaś.
− Ty jeszcze szybciej – zaśmiała się – A tak na serio to wolę tu sobie trochę posiedzieć niż siedzieć w domu, trochę męczy mnie domowa atmosfera. Marek ciągle jęczy i robi z siebie męczennika. Mówi jaki to on jest biedny i tak dalej, wiesz, mam już tego dość. Jak złamał sobie nogę przez swoją głupotę to trudno, ale żeby ciągle narzekać, to myślę, że przesada. Mam niestety pecha, przyjechałam do rodziców i zamiast wypoczynku zafundowałam sobie lamenty brata, wolę się stamtąd urwać – powiedziała nieco podirytowana.
− A może trochę przesadzasz z tym jego narzekaniem, co?
− Nie wydaje mi się, żebym przesadzała. Po tym jak złamał tą nogę stał się strasznie marudny. Mówi, że nie wie co mu się stało, że wlazł na drzewo – zaśmiała się – Dobrze, że przynajmniej nie był tam sam i jego kolega mógł po ciebie pójść byś spełnił dobry uczynek i mu pomógł – Monika znowu roześmiała się do mnie.
− Gdyby twój brat nie złamał nogi nie poznałbym cię wczoraj, a tak dzięki swojej wspaniałomyślności stałem się obiektem twoich podziękowań – uśmiechnąłem się – Domyślam się, że wolałabyś jednak, żeby twój brat nogi nie złamał.
− Pewnie, nie jest to chyba dziwne, co? To mój brat. Jest mimo wszystko jedną z osób, na których dobrze mi w jakiś sposób zależy.
− Jasne, rozumiem. W takim razie pociesz się chociaż trochę, że zamiast siedzieć w domu możemy tu sobie trochę pogadać.
− Dobra, pocieszyłam się, lepiej ci teraz?
− Nie, bo nie jest to szczere. Ale nieważne, nie ma to przecież większego znaczenia. W końcu to ty masz zły dzień, mój jest wspaniały, jak zresztą większość dni jakie spędziłem w życiu – powiedziałem z dającą się zauważyć satysfakcją.
− Grunt to wiara w siebie – odparła ironicznie.
− Dokładnie tak, wiara w siebie, w swoje możliwości to podstawa. Nie widzę żadnego sensownego powodu, dla którego miałbym nie wierzyć w siebie. Ale to nie ma zbyt wiele wspólnego z moim dobrym samopoczuciem. Wiara w siebie nie musi oznaczać od razu dobrego samopoczucia. Jest za to niezbędnym czynnikiem, którego brak mógłby spowodować pewne opory w zachowaniu. Poza tym można być pesymistą i wierzyć w siebie, a ludzie często myślą, że jak ktoś jest pesymistą to w siebie nie wierzy.
− A jesteś? – spytała, po czym zaraz dodała – Jesteś pesymistą?
− Różnie bywa, czasem jestem, czasem nie, trudno mi powiedzieć, żebym był optymistą bądź pesymistą. Po prostu czasem jest tak, a czasem zupełnie inaczej. Ale generalnie na co dzień przeważa u mnie optymizm, tak myślę.
− No proszę, twierdzisz, że przeważa u ciebie optymizm, a jednocześnie myślisz o ludziach jako o egoistach. Niezbyt to optymistyczne nastawienie, nie sądzisz?
− Nie jest tak jak myślisz – przerwałem i wychyliłem butelkę by stwierdzić, że piwo w niej już się skończyło. Postawiłem ją delikatnie na stole, obracałem palcami wbijając wzrok w stolik. W końcu, po dłuższej chwili milczenia Monika ponownie zapytała:
− No to jak to w końcu jest, he? Czyżbym trafiła na jakiś słaby punkt? Wygląda, że dzisiaj jesteś jakoś mało rozmowny. Wczoraj przedstawiałeś mi swoje teorie dotyczące egoizmu i tak dalej, mówiłeś coś o ciemnej drodze, a dzisiaj coś diabełkowi różki spiłowano czy co?
− Nie wzięłaś pod uwagę tego, że mogłem dojść do wniosku, że nie ma sensu opowiadać tobie o tym wszystkim. Po prostu z jednej strony złapałem się na jednej rzeczy, a z drugiej strony całkiem możliwe, że po prostu rozmowa ta nie ma żadnego celu.
− Wydawało mi się, że ścieramy poglądy, sam tak przecież wczoraj stwierdziłeś. Powiedziałeś, że fajnie jest spotkać ludzi o odmiennych poglądach i tak dalej. Ale może już znudziła się tobie ta znajomość, co?
− Ależ skąd, jedynie wydaje mi się, że nie zrozumiesz tego o czym mógłbym powiedzieć. Zdałem sobie sprawę z tego, że możemy się różnić na tyle, że nie będziesz w stanie zrozumieć o co mi właściwie chodzi. Nie chodzi mi oczywiście o jakąś akceptacje, chodzi o zrozumienie. Wiem, że nie jest to proste.
− Starałam się ciebie zrozumieć, ale przyznaję, że nie bardzo mi to wychodziło.
− No widzisz, nie chodzi o to, żeby się zgadzać z kimś tylko próbować go zrozumieć. To nie jest to samo. Oczywiście spieranie się jest pozytywnym zjawiskiem, bo może zmienić nieco poglądy rozmówców. Jeśli chodzi o ten egoizm i optymizm, to nie widzę żadnej sprzeczności w byciu optymistą i postrzegania ludzi jako egoistów. Po prostu tak jak wcześniej powiedziałem egoizm nie jest dla mnie czymś złym. Mówiąc o ludziach, że są egoistami nie zakładam jakiejś czarnej wizji, jedynie obserwuję rzeczywistość i próbuję ją zrozumieć. A rzeczywistość nie jest dobra ani zła, rzeczywistość po prostu jest taka jaka jest i koniec, kropka. Nie znaczy to oczywiście, że wszystko mi się podoba. Czasem ktoś lub coś mnie zdenerwuje, czasem ktoś wyprowadzi mnie z równowagi i wtedy reaguję, nie potrafię i nie chcę pozostać obojętny. To co ja robię, to nic innego jak dbanie o własne interesy, każdy o nie w jakimś stopniu dba. Ale nie twierdzę na przykład, że ktoś tam jest zły, on jest zły dla mnie, a to jest istotna różnica. Możliwe, że dla kogoś będzie dobry. To jest właśnie najważniejsze – nie ma czegoś takiego jak obiektywnie dobry, albo obiektywnie zły. Rzeczywistość jest na tyle złożona, że trudno jest ją zaszufladkować do worka ‘zły’ albo ‘dobry’. Egoizm jest właśnie wrzucony w taki obiektywny worek. Jest on zły i kropka. Świat jest zbyt skomplikowany, by czynić takie uogólnienia. Możesz oczywiście twierdzić, że egoiści ciebie denerwują, ale tylko tyle, oni są dla ciebie niewygodni, ale dlaczego chcesz to rozciągać na coś więcej? Oczywiście są takie rzeczy, jak powiedziałaś uznawane powszechnie za złe, na przykład zabijanie, obozy koncentracyjne i tym podobne skrajne rzeczy. Istnieją jako obiektywne zło tylko na tej podstawie, że zdecydowana większość ludzi w swoim subiektywnym odczuciu odbiera to jako zło. Ja też tutaj nie jestem wyjątkiem. Ale to co mówię nie oznacza wcale tolerancji dla zachowań we własnym odczuciu złych, to jedynie pomaga zrozumieć ich istotę. Jeśli coś zrozumiesz to łatwiej będzie ci na to wpłynąć tak, aby stało się po twojej myśli. Jak ktoś powiedział, przeciwnika trzeba poznać, zrozumieć. Czasem w wyniku tego zrozumienia spostrzegasz, że nie jest on w istocie twoim przeciwnikiem, nie szkodzi tobie. W ten sposób można uniknąć marnowania swojej energii do walki z wyimaginowanymi przez siebie wrogami. Po co wkładać energię i marnować czas na błahostki? Zauważ, że ludzie czasami próbują manipulować tobą poprzez podjudzanie, podważanie twojego autorytetu lub inne tego typu rzeczy. Jeżeli spostrzeżesz, że ludzie ci robią to po to, żeby coś dla siebie zyskać, a nie dlatego, że faktycznie tak o tobie myślą, to zobaczysz jak odporna staniesz się na tego rodzaju manipulacje. Zobaczysz je jak na dłoni, zobaczysz jakie pobudki kierują ludźmi, nie twierdzę, że wszystko nagle zaczniesz widzieć, ale z pewnością zobaczysz więcej. Zobaczysz jak rzeczywistość różni się od słodkiego ideału lansowanego przez wartości ogólnie przyjęte za dobre i zobaczysz, że niemożliwe jest wprowadzenie takiej rzeczywistości. Inna rzecz to umiejętność zdystansowania się od innych, by nie mogli kierować tobą jak marionetką, ograniczenie ich wpływu na ciebie. Mówię o wpływie, którego jednak do zera osobiście nie potrafię zlikwidować. Ale to temat na inną rozmowę. Tak więc obiektywne dobro tworzy zdecydowana większość poprzez swoje subiektywne odczucia. Zauważyłaś, że niektóre zło jest większe od drugiego? To oczywiste, powiesz – zabicie człowieka jest gorszym złem niż kradzież, ale dlaczego? Dlatego, że prawo do życia każdego człowieka jest powszechnie uznawane, gorzej jest z kradzieżą, która w postaci czasem ukrytej jest powszechnym i często cicho akceptowanym zjawiskiem. Ale możesz powiedzieć, że taki relatywizm może prowadzić do wypaczeń takich jak na przykład stalinizm, albo innych tego typu wynaturzeń, w których jawnie gwałcone były podstawowe prawa człowieka. Odpowiem ci od razu, że w przypadku na przykład stalinizmu ludzie poddani zostali takiemu praniu mózgu, że nie zdawali sobie sprawy z tego, co faktycznie działo się w państwie. Nie bez powodu komuniści ograniczali dostęp niewygodnych informacji wprowadzając cenzurę polityczną. Karmili ludzi słodką wizją pięknego socjalistycznego państwa, które było zepsute od wewnątrz. Ludzie nie mogli decydować o tym, co jest dla nich dobre bądź złe, za nich się decydowało, za nich się myślało i podejmowało decyzje. Zauważ, że wszelkie powszechnie uznane zło poprzedzone było jakąś ideologią, która pozwalała na zamknięcie oczu ludziom i wprowadzeniu tego zła w życie. Ponieważ jednak na całym świecie istnieje jeszcze możliwość w miarę bezstronnego obserwowania różnych zjawisk, to na skutek powszechnej dezaprobaty dla zła w postaci nieposzanowania praw jednostki powstała konwencja praw człowieka, która przynajmniej stara się zminimalizować złe skutki dyktatury w niektórych państwach. Nie oznacza to zatem akceptacji dla tego zjawiska. Ludzie mobilizują się do tego, żeby przeforsować swoje wartości, a ponieważ większość się zgadza co do pewnych złych zjawisk, to wyrasta na tej podstawie owe obiektywne dobro i zło. Nie należy jednak zapominać, że to ludzie stworzyli owe obiektywne wzorce. Zauważ, że są rzeczy uznawane w sposób oczywisty za złe i takie, co do których istnieją gorące spory. Na przykład aborcja, zjawisko dość kontrowersyjne. Aborcja ma swoich zwolenników i przeciwników – jedni twierdzą, że to nic innego jak mordowanie, inni zaś, że przykra konieczność wobec ewentualnych późniejszych komplikacji. I kto ma rację? A kto to może ocenić? Bóg? Czy jest jakiś obiektywny mądry obserwator, który może decydować za ludzi? Nigdy nie było takiego obserwatora, ludzie patrzą przez własne poglądy, które bardzo trudno jest im zmienić. Czasem jedna strona decyduje się na chwyty manipulacyjne by przeciągnąć na swoją stronę więcej ludzi i przeforsować swoje zło jako zło obiektywne. Na przykład filmy pokazujące bardzo szczegółowo to, w jaki sposób dokonuje się aborcji mogą spowodować, że część ludzi uzna ją za zło. Cały czas mamy do czynienia z takim przeciąganiem liny, jest mnóstwo różnych zachowań uważanych przez jednych za dobre, przez innych za złe. Oczywiście wygodnie jest mówić, że twój system wartościowania jest obiektywnie dobry, ponieważ w ten sposób upewniasz się w swojej racji. Argumentem przemawiającym za słusznością twojego punktu widzenia jest jego rzekoma obiektywność. Zauważ jednak, że taki sposób myślenia prowadzi do skostnienia własnych poglądów, które bardzo trudno jest zmienić. Nikt nie przekona cię do czegokolwiek bo ty masz rację i koniec – to taki system obronny, który zabezpiecza cię przed jakimkolwiek wysiłkiem zrozumienia istoty rzeczy. Ktoś, kto mówi, że relatywizm moralny jest nierealny niech spojrzy na rzeczywistość, w której żyje. A może jeśli jest realny to chociaż zły? I znowu wracamy do punktu wyjścia, kto to oceni? Załóżmy nawet, że dobro i zło istnieją w sposób obiektywny, ale kto ustali owe obiektywne wzorce? Ludzie nie mogą tego zrobić ponieważ nie są zgodni w każdej kwestii, o ile mogą się zgodzić w przypadkach skrajnych, to w innych napotykają już na spore różnice własnych poglądów. Kto ma zatem uczynić za nich takie rozróżnienie? Tylko Bóg – odpowiedź sama się nasuwa. Bóg jako absolut prawdy, ktoś wyższy, lepszy, doskonalszy i tak dalej. I właśnie na tym bazuje dużo religii – prawda, dobro, zło i inne wartości postrzegane przeze mnie jako relatywne zostają zdefiniowane raz na zawsze. Zostaje dokonana klasyfikacja wartości w oparciu o rzekome przekazy od istoty wyższej, jedynej, która może zdefiniować taki podział. W ten sposób człowiek zostaje sprowadzony na niższą pozycję, pozycję kogoś kto słucha i podporządkowuje się jedynej słusznej prawdzie. Tu rodzi się obłuda, która powstaje na skutek różnicy własnego, subiektywnego systemu wartości i tego jedynego słusznego, przekazanego przez Boga. Bo przecież ktoś wierzący uznaje system wartości przekazany przez stwórcę. Uznaje go za słuszny, ale jednocześnie sam ma inny, ależ to musi być męka! Człowiek dąży do doskonałości, przecież nie jest doskonały, zgodziliśmy się co do tego, tylko co jest tą doskonałością? Czy właśnie taka doskonałość jaką przekazuje rzekomy Bóg jest celem ostatecznym dla każdego człowieka? Nie widzę żadnej podstawy by tak twierdzić, sprzeciwiłem się takiemu traktowaniu tej sprawy i zobaczyłem nieco więcej, jak mi się wydaje. Jeżeli będziemy dyskutować o Bogu, religii, wierze, to zawsze dojdziemy do punktu, który nie pozwoli nam na dalszą dyskusję, punktu, który nie będzie możliwy do zrozumienia przeze mnie. Punktem tym jest wiara, podobno nie polega ona na wiedzy. Wiara nie jest wiedzą czyli nie tłumaczysz jej w żaden sposób, po prostu wierzysz, tak? Czyli mówisz, że wierzysz w Boga i na tym koniec. Ja nie chcę wmawiać tobie, że nie ma sensu wierzyć. Nie jestem w stanie zrozumieć twojego odczucia w tej sprawie, dlatego nie twierdzę, że ja mam rację. Chociaż ja nie wyobrażam sobie wiary, która bierze się tak po prostu z nikąd to jednak są ludzie, którzy twierdzą, że ich wiara z nikąd wcale się nie wzięła. Właśnie dlatego, że nie potrafię spojrzeć z twojej strony jestem być może w pewien sposób uboższy, uboższy o odczuwanie wiary. Ty bez trudu jak myślę możesz sobie wyobrazić, że ja nie wierzę, ja nie mogę sobie wyobrazić jak można wierzyć. Tutaj wydaje się, że jesteś na wyższej pozycji, możesz spojrzeć na mnie z góry, objąć mój prosty sposób rozumowania. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie moje podejrzenie, że wiara, o której ludzie mówią, że bierze się z ich wnętrza, faktycznie bierze się często z zaprogramowania. To jednak tylko moje podejrzenie. Jeśli jednak jest nawet tak jak myślę, to nie ma to większego znaczenia, bo nie chcę rozmawiać o wierze, to jest temat, na który nie znajdziemy porozumienia. Nie widzę sposobu w jaki mogłabyś przekonać mnie bym wierzył. Nie widzę takiego sposobu, ponieważ nie masz żadnych logicznych argumentów, które mogłyby mnie skłonić do wiary. Ja takich argumentów właśnie potrzebuję, jestem niedowiarkiem. Jeżeli wiara bierze się z jakiś doświadczeń, własnych przeżyć, to wydaje się to jedyny sposób, który mógłby mnie nawrócić. Nie doświadczyłem jednak żadnego rozbłysku prawdy, wręcz przeciwnie – nie mam żadnych przesłanek, które mogłyby mnie skłonić do wiary. Ale to nie będzie żaden problem w naszej rozmowie, zapewniam cię, że będziemy mogli porozumieć się mimo tego, iż nie wierzę. Będziemy mogli się porozumieć, bo ty będziesz mogła mnie zrozumieć i zastanowić się sama nad tym odnosząc to do siebie. Ja mogę tylko opowiedzieć o paru rzeczach, które możesz przyjąć, ale na szczęście ich nie przyjmiesz, będziesz się z nimi kłóciła. Jeżeli zdarzy ci się, że przyjmiesz coś za słuszne nie w wyniku wzięcia tego za dogmat, ale w wyniku własnych przemyśleń, to przynajmniej częściowo unikniesz zaprogramowania, które to zaciemnia możliwość jakiejkolwiek oceny. Jeżeli dojdziesz do czegoś przez zrozumienie, to będziesz świadoma, dlaczego właśnie tak sądzisz, będziesz miała jakieś argumenty przemawiające za twoją racją. Poza tym człowiek chyba zmienia się wtedy, kiedy coś zrozumie. Możesz mówić mi tysiąc rzeczy, których wysłucham, ale nie trafią do mnie ponieważ ich nie zrozumiem. Mogę mówić ci również o wielu rzeczach, które spłyną tylko po tobie. Co prawda będziesz słuchać, ale nie zrozumiesz, podobnie może być ze mną. Cały problem polega na tym, że ludzie nie chcą zmiany, ja również podświadomie jej nie chcę, ty nie chcesz, istnieje jakiś lęk przed zmianą. Cały twój system wartości jaki budujesz przez wiele lat ma się nagle zawalić? Ależ to nie jest zbyt komfortowa sytuacja budować coś od nowa, nikt nie chce burzyć czegoś co budował przez jakiś czas. Niektórzy twierdzą, że prawdę zobaczysz jak odrzucisz wszystkie te budowle, odrzucisz chęć budowania, zburzysz cały swój filtr, przez który patrzysz na rzeczywistość. Filtr, który powoduje, że nie możesz spojrzeć na rzeczywistość taką jaka ona jest. Piękne, ale ja tego nie rozumiem. To jest właśnie coś co słyszę, ale spływa po mnie, bo nie mogę zrozumieć. Na czym zatem stoimy? Oboje mamy jakieś systemy wartości, oboje mamy filtry, przez które patrzymy. Ja ten swój filtr cały czas modyfikuję, by coraz mniej przysłaniał rzeczywistość, staram się zrozumieć, staram się być elastyczny, staram się, co nie znaczy, że zawsze mi wychodzi. Możliwe, że zamiast odsłaniać zasłaniam coraz więcej, nie wiem. Spójrz teraz na nas oboje. Patrzymy na to samo przez inne szkła, rzeczywistość jest jedna, ale my ją przybliżamy przez nasze filtry. Logiczne zatem jest, że zobaczyć ją można jedynie przez ich odrzucenie. Ale, żeby cokolwiek odrzucać trzeba to chociaż zobaczyć, trzeba zobaczyć, że faktycznie jest taki filtr. Owe zobaczenie można chyba uzyskać przez obserwowanie siebie, ludzi, wymianę poglądów i tak dalej. Możemy się teraz zapytać, czym w zasadzie różnimy się między sobą jeśli chodzi o spojrzenie na ową rzeczywistość. Czy to, że ty wierzysz a ja nie wierzę różni nas jakkolwiek między sobą? Jedynie filtry mamy różne, one to dają złudzenie tego, że występuje tak wiele różnic. W zasadzie to są tylko poglądy, które można przyjąć, odrzucić, znowu przyjąć inne i znowu je odrzucić. Czyli jest możliwość porozumienia się między nami, jest trudna, ale możliwa, wymaga wysiłku zarówno z mojej jak i z twojej strony. Zastanów się zatem nad tym co mówię i spróbuj odnieść to do siebie, może coś z tego wyniesiesz, mam nadzieję, że i ja coś wezmę. Ale nie, ja już biorę – uśmiechnąłem się – rozmowa ta sprawia mi przyjemność, nie wiem skąd płynie ta przyjemność, ale nie jest to ważne, ważne, że jest.
− Widzę, że sprawia ci to przyjemność, trochę się rozgadałeś. Część z tego co mówisz nie wydaje mi się jasna.
− Nie może być wszystko jasne, to normalne, że moje poglądy w jakiś sposób podważają twój sposób patrzenia na świat, ale to chyba dobrze. Ważne chyba natomiast jest to, żeby umieć słuchać. Ja często łapię się na tym, że nie potrafię tego robić. Słucham kogoś i automatycznie filtruje jego wypowiedzi w zależności od tego, co o nim myślę. To jest jedna część mojego filtra, którego nie potrafię się pozbyć. To wszystko co mówię o rzeczywistości, o ciemnej drodze i tak dalej, to nic innego jak właśnie przepis na filtr, mój przepis. Ponieważ jednak owego filtra nie potrafię się pozbyć, to konstruuję go w taki sposób, by prowadził do mojego szczęścia, przybliżał je. Czy jest zatem celowe, abym dawał ci jakiś następny filtr? Czy nie jest to sposób na następne zaprogramowanie? Nie wiem. Jak na razie wydaje mi się, że przez poznanie zupełnie innego sposobu myślenia można zobaczyć więcej. Poznanie własnego kawałka i zamknięcie się na wszystko dookoła jest ograniczeniem siebie, jest wygodnym wyjściem. Zobacz, że ludzie właśnie tak robią – zamykają się na inne poglądy, patrzą na nie przez masę własnych uprzedzeń. Nie chodzi przecież o to, żeby przyjmowali te poglądy, ale zrozumieli ich istotę. Pomyśl o potocznym znaczeniu dojrzałości i zrozumiesz dlaczego ja nie chcę być dojrzały. Dojrzałość oznacza skostnienie, to pomyłka, że dojrzały człowiek jest lepszym obserwatorem. Najlepszym obserwatorem jest dziecko, które dojrzałe nie jest. Nie myl jednak dojrzałości i odpowiedzialności. Często przez dojrzałość rozumie się także odpowiedzialność, ale przyjmijmy, że są to dwie zupełnie osobne sprawy mogące występować niezależnie. Dziecko może zmienić swój pogląd na daną sprawę spontanicznie, z chwili na chwilę, nie przywiązuje się tak bardzo do własnych poglądów. To, że łatwo ulega manipulacji wynika już z czegoś innego, wynika z jego niewiedzy. Spójrz teraz na dojrzałego człowieka, on nie chce nawet słuchać, zbudował sobie przez lata swój światopogląd i ów światopogląd dojrzał w nim, dojrzał czyli wrył się w jego umysł. Nie twierdzę, że zmiana jest niemożliwa, wydaje mi się natomiast, że jest trudna. Jest trudna, zresztą nie wypada tak po prostu zmienić zdania, prawda? Co by ktoś pomyślał o człowieku, który zmienia zdanie w krótkiej chwili – niedojrzały, właśnie niedojrzały. Czy opłaca się dojrzeć w takim rozumieniu? O nie, nie chcę być dojrzały, pod tym względem chciałbym zachować czysty umysł. Dojrzały człowiek to kamień, nieelastyczny, zaprogramowany umysł odrzucający większość rzeczy jaka do niego dociera i mogłaby zburzyć stworzony porządek. W jaki sposób człowiek dojrzewa? Będąc dzieckiem zostaje poddany zaprogramowaniu ze strony rodziców, którzy mają określone poglądy, są określonymi kamieniami i przekazują owe skostnienie. Ale z drugiej strony powiesz, że nie da się zrobić inaczej, nie da się pozostawić człowieka samemu sobie, zgoda. Wychowanie jest niezbędnym elementem prowadzącym do umiejętności współżycia w społeczeństwie, jakie więc wyjście? Być może trzeba dojrzeć by później to odrzucić? Zdać sobie sprawę z istoty wszelkich uwarunkowań jakie zostały wpojone przez lata niedojrzałości, zrozumieć. Zauważ, że są nawet tacy ludzie, którzy nie potrafią przyznać komuś racji, to już skrajność powiesz, nie dojrzałość. Dojrzałość nie oznacza skrajności, zgoda. Dojrzałość jest jedynie mechanizmem obronnym przed zmianą siebie. Pomińmy na chwilę dojrzałość i zobaczmy tą skrajność polegającą na nieumiejętności przyznania komuś racji. Czy ci ludzie mają jakąś szansę na zmianę siebie, na własne doskonalenie? Mają, ale jakże utrudnioną! Musisz im powiedzieć sto razy cokolwiek zanim coś do nich trafi, czyli zanim przebije się przez ich filtr, ich uprzedzenia i tak dalej. A co w przypadku człowieka dojrzałego? On potrzebuje mniej czasu, potrafi przyznać komuś rację, przyznać się do błędu, jednak dotyczy to tylko rzeczy, które są nieistotne z punktu widzenia jego fundamentalnych założeń. Zrozumieć inny fundament, to jest już wielki wysiłek. Trudno zatem się dziwić tobie, że odrzucasz instynktownie ciemną drogę, drogę, której fundamentem jest egoizm, koncentracja na własnym ego. To odrzucanie ma charakter emocjonalny, zauważ to. Nie zastanawiasz się nad tym co mówię, jedynie twój program automatycznie broni się przed niewygodnymi dla niego poglądami. Jeśli zauważysz, że twój system wartości jest subiektywny to spostrzeżesz, że ciemna droga nie jest ani dobra, ani zła. Podobnie chrześcijaństwo nie jest ani dobre, ani złe. Mogę powiedzieć, że dla mnie jest złe, ja się z nim nie zgadzam, ale potrafię przynajmniej częściowo zrozumieć chrześcijan, częściowo jednak. Gdybym ich całkowicie rozumiał z pewnością nie dyskutowałbym z nimi o religii, która mnie czasem ciekawi. Mówiąc o ciemnej drodze mogę kogoś trochę sprowokować do zastanowienia, tylko tyle. Tak jak powiedziałem ciemna droga, jak każda inna jest tylko filtrem. Ja właśnie tego filtru używam, jest on pewnym przybliżeniem mojej natury, jest przewodnikiem, który daje wskazówkę, podobnie jak chrześcijaństwo daje drogowskaz chrześcijanom. Chrześcijaństwo pokazuje swoją drogę jako jedynie słuszną, ciemna droga tego w ten sposób nie określa. Spytasz znowu dlaczego ciemna? Dlatego, że chrześcijanie uważają ją za ciemną, złą, nieludzką i zwierzęcą. Właśnie chrześcijanie dali jej taką nazwę, nazwę złej drogi, która sprzeciwia się chrześcijańskiemu Bogu. Ciemna droga dąży do poznania rzeczywistości i umiejętności znalezienia się w niej w celu zapewnienia sobie szczęścia na ziemi. Rzeczywistości, która nie jest cudowna i sprawiedliwa, rzeczywistości, która po prostu jest. Chrześcijanie uważając swoją prawdę za absolutną uzurpują sobie prawo do osądzania wszystkich swoimi kategoriami mówiąc, że są to kategorie jedynie słuszne. Można zatem dojść do wniosku, że każde niechrześcijańskie życie jest ciemne, pozbawione blasku chrześcijańskiego Boga. Ale w takim wypadku oznaczałoby to określenie większości ludzi jako kroczących ciemną drogą. Ja bowiem twierdzę, że na pierwszy rzut oka przeciętny chrześcijanin całkiem nieźle kroczy ową ścieżką, co jest źródłem jego obłudy. Kogo więc nazwałbym, że kroczy ową drogą? Każdego, kto jest tego świadomy, świadomy swojego odwrotu od Boskich ideałów. Sama wiara w Boga wiele nie zmienia. Zmienia natomiast religia, która zazwyczaj przysłania świadomość. Wszelkie dogmaty, które przyczyniają się do zaprogramowania umysłu służą jako zapora świadomości. Dlatego powiedziałem jakiś czas temu, że chrześcijaństwo już upadło. Podobnie jak upadł na przykład pogląd, że seks przed ślubem nie jest właściwy. Wiele ludzi wciąż uważa, że nie należy kochać się przed ślubem, ale to nie zmienia faktu, że prawie wszyscy to robią – kolejna obłuda. Ideał zatem pozostał w umyśle, ale dawno już zniknął z rzeczywistości, podobnie jak chrześcijaństwo. Zobacz, jak kościół rozpaczliwie dopuszcza coraz więcej swobód obyczajowych widząc, że ludzie i tak je realizują, pozycja kościoła spada – to oczywiste. Na przestrzeni wieków wpływ kościoła na życie ludzkie zmniejszył się radykalnie. Od razu nasuwa się myśl jak perfekcyjnie i skutecznie działa Szatan, prawda? Czyżby zatem nastała era Szatana? Wygląda na to, że tak. Zauważ jak coraz więcej jest hedonistów, coraz więcej ludzi, którzy mają dość wyrzekania się czegokolwiek. Czy to jest dobre? Czy to jest złe? A kto to może ocenić? Świat toczy się po swojemu, możesz na niego wpływać, ale nie sposób go obiektywnie ocenić. To jest oczywiście tylko mój punkt widzenia. Chcę wyraźnie zaznaczyć, że chrześcijaństwo jest dla mnie niewłaściwe, ale ponieważ moje odczucia mogą się bardzo różnić od odczuć chrześcijan, to nie uważam ich za wrogów, nie mam ku temu żadnego powodu. Nie sądzę, żeby mój filtr był w jakimś stopniu lepszy od ich filtra, jeśli chodzi o przybliżenie jakiejś prawdy. Chrześcijanie nie przeszkadzają mi, nie wkraczają w moją osobistą sferę, nie narzucają mi na siłę swojej ideologii, tyle. No może nie jest to całkiem prawda, ponieważ w pewien sposób ową ideologię jednak narzucają, ale owo narzucanie mocno mi nie przeszkadza. Ja ich po prostu nie rozumiem i to wszystko, co mogę powiedzieć. Ze swojej strony nie przyjąłem takiego modelu życia, moja sprawa. Chrześcijanie go przyjęli, ich sprawa. Nie ma tu kogoś, kto ma rację, można jedynie dyskutować z własnego punktu widzenia, rozumiesz? Zauważ, że kiedy podajesz swoje wzorce jako właściwe, to właśnie przeciągasz tą jakby linę na swoją stronę, bez żadnych argumentów, po prostu ciągniesz, czy to ma sens? Otóż ma taki sens, że każdy człowiek chce postawić na swoim, chce by jego racja zwyciężyła. Przecież lepiej się żyje, gdy twój światopogląd uznany jest za właściwy. Łatwo można zauważyć, że niemożliwe jest pogodzenie interesów wszystkich ludzi, zawsze będą ścierane między sobą. W wyniku tego ścierania poglądów zostaną przeforsowane te, które były mocniej lansowane, wygrywają silni, słabi muszą odejść. To nie jest nic niezwykłego, normalne prawo natury. I znowu nie można go obiektywnie ocenić, można tylko zaobserwować i dostosować się. Niektórzy mówią, że świat jest brutalny, owszem – jest brutalny z ich punktu widzenia, nic dziwnego, wszak patrzą na rzeczywistość przez różowe okulary. Możesz zapytać po co tak długo o tym wszystkim mówię. Mówię po to, by był sens mówić cokolwiek dalej, bez zrozumienia tego ciężko będzie ci zrozumieć cokolwiek innego, co chciałbym powiedzieć. W zasadzie najtrudniej jest chyba zrozumieć, to co teraz powiedziałem, reszta po części z tego wynika.
− Reszta? Chcesz powiedzieć, że cały ten twój monolog był jedynie wstępem do czegoś tam? Muszę przyznać, że mnie zmęczyłeś tym gadaniem, nie chcę przez to powiedzieć, że mnie to nie interesuje. Po prostu skoro twierdzisz, że lepiej jest zrozumieć, to muszę to przemyśleć. Powiedzmy, że postaram się spojrzeć od twojej strony, czy o to właśnie tobie chodzi?
− Tak, to już dużo, jak spojrzysz z mojej strony to będzie sukces. Nie zapominaj, że ciągnę cię w moją stronę, próbuje wciągnąć na ciemną ścieżkę. Opierasz się i bronisz, bardzo dobrze. Szatan jest jednak cierpliwy, wie jak kusić, wie kiedy przycisnąć i kiedy odpuścić – zaśmiałem się do Moniki.
− No tak, znowu swoje zaczynasz. Przecież mówiłeś jakiś czas temu, że nie zależy Ci na przekonaniu mnie, czyżby mała zmiana zdania?
− Może, teraz już sam nie wiem. Zauważyłem, że mam do tego mimo wszystko jakiś stosunek emocjonalny. Może zaczęło mi trochę zależeć, może jest szansa, że ktoś wreszcie będzie mógł poddać krytyce to o czym mówię. Zazwyczaj do tego nie dochodzi ponieważ brak elementarnego zrozumienia prowadzi do wyciągania pochopnych wniosków i budowaniu przeinaczonego wizerunku ciemnej drogi. Wynika to z tego w jaki sposób ludzie słuchają. Wbrew pozorom nie jest to takie proste. Kiedy słyszysz coś, co w pewien sposób zakłóca twój wypielęgnowany, zrównoważony światopogląd to automatycznie zaczynasz to odrzucać. Nie odrzucasz w wyniku przemyślenia, ale na skutek pojawiających się w tobie negatywnych emocji. Emocje bardzo często zakłócają zdolność obiektywnej oceny. A skąd owe emocje się pojawiają? Te negatywne emocje, które utrudniają zdolność obserwacji biorą się stąd, że traktujesz coś personalnie. Gdy ktoś powie coś, co w pewien sposób podważa twoje poglądy to automatycznie zamiast obserwować zaczynasz odrzucać. Jest to idealny system obronny, ale z drugiej strony przyczynek twojego skostnienia. Zobacz jak to hamuje własny rozwój. Nie twierdzę, że w taki właśnie sposób słuchasz, ale większość ludzi tak słucha. Słyszy tylko to co im pasuje i pomija to co dla nich w jakiś sposób niewygodne. Sama chyba wiesz z doświadczenia, że emocje mają ogromny wpływ na to co człowiek w danej chwili mówi. Na przykład gniew jaki pojawia się w tobie od razu rzutuje na to w jaki sposób mówisz, rozumiesz i działasz. Jak uświadomisz sobie, że działasz pod wpływem gniewu to często zmienia się twoje nastawienie do rozmówcy. Rzadko się jednak zdarza uświadamiać sobie własne emocje bo one to w znacznym stopniu utrudniają. Jeśli chodzi o słuchanie to umiejętność obiektywnej oceny czegoś, co tobie nie pasuje jest bardzo cenne. Jest cenne dlatego, że prowadzi do rozwoju, a rozwój to nie stanie w miejscu i ciągłe przekonywanie się we własnej racji, a właśnie zmiana poglądów. Kto zatem może więcej wynieść z dyskusji? Ten kto atakuje czy atakowany? Oczywiście, że atakowany, który mimo swojej niewygodnej pozycji może coś zauważyć, coś sobie uświadomić. Atakujący może zapewnić sobie jedynie przyjemność przeforsowania swojego punktu widzenia, ale cóż to za zysk? Niewielki jak mi się zdaje. Nie mam tu na myśli kłótni, które są próbą maksymalizacji własnych wpływów ponieważ jest to zupełnie co innego.
− No dobrze, ale nie masz wrażenia, że ty też masz problemy ze słuchaniem, oczywiście takim słuchaniem, o którym teraz mówiłeś.
− Często mam problemy, często łapię się na tym, że moja ocena jest zabarwiona emocjonalnie. Jednak w chwili gdy sobie to uświadomię to zazwyczaj jest dużo lepiej. Nie twierdzę, że potrafię to ciągle robić, ale powiedzmy, że się staram. To uświadamianie przychodzi znaczenie lepiej jeśli ciągle obserwujesz siebie, starasz się ciągle patrzyć na siebie tak jakbyś robiła to cudzymi oczami, rozumiesz?
− Nie, nie rozumiem – powiedziała jakby nieco rozczarowana.
− Chodzi mi o to, żeby zdystansować się od emocji. Osoba, która patrzy na ciebie z boku często lepiej może ocenić sytuację bo nie ocenia pod ich wpływem. W momencie, gdy postarasz się popatrzeć na siebie jakby z zewnątrz to dużo łatwiej przyjdzie ci zrozumieć to co się właśnie dzieje.
− No tak, ale chcesz powiedzieć, że idealnie jest wyzbyć się emocji? Co to za przyjemność żyć jak kamień? Życie jest ciekawe i zaskakujące często właśnie dzięki możliwości przeżywania wzlotów i upadków, którym towarzyszą emocje.
− Nie, nie chodzi mi o to, żeby pozbyć się emocji bo to i tak nie jest możliwe. Chodzi o to, żeby umieć się od nich zdystansować, umieć je zidentyfikować, zaobserwować. Nie oznacza to wcale ich braku, oznacza tylko ich obserwację, jedynie obserwację. Nie musisz nic robić tylko obserwować. Zapewniam cię, że sama zauważysz jak pod wpływem obserwacji będziesz potrafiła zidentyfikować w sobie pewne zachowania, które powstają właśnie na skutek emocji. Dzięki temu na przykład nauczysz się lepiej słuchać. Zauważ, że często osoby, do których jesteś negatywnie nastawiona nie ważne co powiedzą to i tak odbierzesz to negatywnie. Ale przecież liczy się sama myśl, a nie to kto ją powiedział. Możesz uczyć się od swoich wrogów dzięki temu, że nie kwestionujesz ich wypowiedzi już na samym starcie. Poza tym takie podejście jest bliższe zrozumieniu, a nie zrozumiesz kogoś póki nie odrzucisz własnych uwarunkowań dotyczących tej osoby. Ale nie chcę tu powiedzieć, że zrozumienie idzie w parze z twoją akceptacją. Możesz kogoś nie akceptować i próbować zrozumieć. Zrozumieć by zniszczyć jak będzie taka potrzeba.
− Zniszczyć? Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała zdziwiona.
− Zniszczyć może oznaczać zlikwidować czyjś wpływ, odsunąć od swojej osoby, może również oznaczać zabicie kogoś. Jeżeli przykładowo złodziej posuwa się do ataku na moje życie by mnie okraść to nie będę miał skrupułów go zabić, najprawdopodobniej nie będę miał również wyrzutów sumienia z tym związanych. Po prostu ‘nie zabijaj’ nie jest dla mnie uniwersalne i do zastosowania w każdym przypadku. Jeżeli ktoś zagraża mojemu życiu lub życiu osoby, na której mi zależy to byłbym bezwzględny. Byłbym tak bezwzględny jak złodziej lub nawet bardziej. Ale o tym mogę opowiedzieć później. Teraz jednak chciałem powiedzieć głównie o tym jak ludzie słuchają, jak przeszkadza im to w zrozumieniu. Mówię to po to byś po prostu postarała się zrozumieć to o czym mówię. Oczywiście jak wcześniej mówiłem nie musi to iść w parze z akceptacją. Po prostu wymieniamy poglądy. Ja również ciebie słucham, ale wiedz, że bardzo dużo ludzi ma podobny do twojego sposób patrzenia na rzeczywistość i w związku z tym zdążyłem się z nim oswoić, wyciągnąć maksimum dla siebie.
− Może ja mam teraz oswajać się z twoją, jak to nazwałeś ciemną drogą? – zaśmiała się do mnie – Może powiesz mi w końcu o co właściwie chodzi, he?
− A czego się spodziewasz? Oczekujesz, że zacznę mówić o smole i piekle?
− To chyba żywioł Szatana, no nie?
− To twoje wyobrażenie, dla mnie co najwyżej symbolika, która odzwierciedla w pewien sposób chrześcijańskie myślenie. Niezbyt to jednak symbolika dla mnie wygodna dlatego, że masz z nią jednoznacznie negatywne skojarzenia. Sam zresztą nie miałbym ochoty znaleźć się w piekle, uwierzysz?
− Szatan boi się piekła? Coś nie wydaje się to za bardzo logiczne. Jestem zawiedziona, myślałam, że sprawujesz tam niepodzielną władzę.
− Ależ to by było właśnie nielogiczne gdyby Szatan kusił taką beznadziejną perspektywą. Jak miałbym kogokolwiek skusić na zejście z ‘dobrej’ drogi, kiedy w perspektywie czekałoby na niego piekło i wieczna męka?
− To jest właśnie cena jaką musi zapłacić ofiara.
− Zapewniam cię, że to propaganda he he. Nie ma żadnej męki, męka w piekle to skuteczny straszak, ale może dałabyś Szatanowi wypowiedzieć się w tej kwestii, co?
− Nie ma to żadnego znaczenia dlatego, że nie mam żadnej pewności co do prawdziwości twoich zapewnień.
− Ależ tak, w końcu kłamstwo ode mnie pochodzi – zaśmiałem się.
− No właśnie, co zatem teraz masz na swoją obronę?
− To, że nie ma znaczenia czy kłamię. Nie ma znaczenia dlatego, że niczego nie musisz przyjmować na wiarę, nie możesz stać się ofiarą mojego kłamstwa bo nie chcę przekazać ci żadnych rzeczy, w które musiałabyś uwierzyć. Wręcz przeciwnie, wszystko powinno zostać poddane twojej krytyce, sama ocenisz. Na ciemnej drodze wszystko można zaobserwować samemu, nie trzeba uciekać do niebios i piekieł, do Boga i Szatana. Wszystko to jedynie obserwacja rzeczywistości, ustosunkowanie się do niej.
− No tak, ale jak chcesz mnie przekonać, że nie trafię do piekła? – uśmiechnęła się do mnie.
− Nie będę cię przekonywał, niczego nie mam zamiaru tobie wmawiać. Nie ma sensu, żebyśmy przeciągali linę na siłę. Sama ocenisz czy warto iść do piekła czy nie he he.
− Jak na razie nie mam za bardzo czego oceniać.
− Tak, ale to dlatego, że gdybym o tym od razu tobie powiedział to nie oceniałabyś wcale. Tak jak wcześniej mówiłem odrzuciłabyś to emocjonalnie. Zresztą ja na twoim miejscu zrobiłbym to samo. Z drugiej strony powiedziałem prawie wszystko, powiedziałem to co najważniejsze. Powiedziałem ci o tym, że według mnie prawie każdy jest egoistą i o tym, że dobro i zło to wartości subiektywne. To dwie najważniejsze rzeczy, reszta to już tylko rozwinięcie. Wiem, że ten egoizm nie bardzo pasuje ci do ludzi, ale poobserwuj kiedyś uważnie to może zaczniesz zauważać jak faktycznie egoistyczne są pobudki, które ludźmi kierują. Najważniejsze przy tym jest to byś nie oceniała tego jako coś złego czy dobrego. Ciemna droga jest bowiem obserwacją rzeczywistości i próbą znalezienia się w niej. Nie jest to zbiór ideałów, które z rzeczywistością nie mają wiele wspólnego i które ładnie wyglądają na papierze czy ładnie brzmią z ust wytrawnego mówcy. Jaka jest bowiem wartość wszelkich słów, które są tylko słowami? Mogą cię te słowa pokrzepić na duchu, ale nic więcej. Idealizowanie rzeczywistości nie wychodzi. Oczywiście powiesz, że to wina ludzi, ale mimo wszystko musisz się jakoś w tej rzeczywistości znaleźć i to znajdowanie się w niej nie ma wiele wspólnego z ideałami, które wyznajesz.
− Widzę, że się trochę powtarzamy bo ja twierdzę, że mimo rzeczywistości jaka nas otacza powinniśmy dążyć do ideałów, które są celem.
− Dobrze, w takim razie może sobie damy na chwilę spokój z tymi gadkami i pójdziemy po prostu na piwo, co? – uśmiechnąłem się do niej.
− Na piwo? – spojrzała na mnie jakby nieco zaskoczona – No, w zasadzie może być i piwo – uśmiechnęła się – Ale piwo jest chyba tutaj – spojrzała w kierunku kawiarenki.
− Tak, ale zawsze można przejść się kawałek, zmienić miejsce. Jeśli chodzi o picie piwa, to nie wydaje mi się, żeby ta kawiarenka miała najlepszy klimat.
− Gdzie zatem?
− Chodź – wstałem i wyciągnąłem rękę w stronę Moniki, która spojrzała na mnie trochę podejrzliwie. W końcu podała mi rękę i wstała z krzesła.
Nadchodziła właśnie pora dnia, w której ludzie zaczynali wieczorne życie. Było jeszcze jasno, jednak słońce powoli przesuwało się w stronę horyzontu. Większość barów właśnie teraz przeżywała największy napływ klientów, turyści stanowili ich większość. Mimo dużej ilości wszelkich lokali każdy z nich miał wystarczającą ilość klientów do własnego utrzymania. Miejsce było na tyle atrakcyjne, że zjeżdżało tu latem sporo turystów, pojawiał się handel sezonowy, miasteczko zaczynało żyć. Zupełnie inaczej było przez resztę roku, gdzie wszystko zapadało w sen, znikali turyści a za nimi lokale. Miejsce cichło i czekało na następne lato, następną falę turystów. Osobiście lubiłem taką różnorodność, chociaż pod koniec sezonu było to nieco męczące. Jako szczęśliwy mieszkaniec tego wspaniałego miasteczka mogłem również rozkoszować się jego klimatem poza tłocznym sezonem. Przyzwyczaiłem się zarówno do letniego tłoku jak i jesiennego spokoju. Taka różnorodność otoczenia bardzo mi odpowiadała, potrzebowałem zmian. Gdyby przyszło mi mieszkać w jakimś zatłoczonym mieście, to z pewnością tęskniłbym od czasu do czasu za spokojem. Z drugiej strony gdybym mieszkał gdzieś na odludziu, to brakowało by mi tłoku, gwaru, ludzi. Potrzebowałem jednego i drugiego, dlatego chyba nie mogłem znaleźć sobie lepszego miejsca niż właśnie to. Potrzebowałem hałasu i spokoju właśnie w takich proporcjach jakie były zachowane w tym miejscu. Generalnie w całym moim życiu potrzebowałem zmian, a zmiany te nie dotyczyły jedynie otoczenia, ale również mnie samego.
Doszedłem z Moniką do baru, który wydawał mi się w miarę porządny, jednak jej chyba coś nie pasowało, bo skrzywiła się trochę na jego widok.
− Chodźmy może gdzieś indziej – powiedziała krzywiąc się dalej.
− Wszystkie bary są w tym stylu, ten jest chyba nawet jednym z lepszych. Może jednak tu zostaniemy, he?
− Nie – upierała się dalej – Jakoś mi się tu nie podoba, jest jakoś tak, no...
− Jak? Tak jak w barze, czego się spodziewałaś?
− Jest dziwnie, po prostu dziwnie – odpowiedziała bardziej zdecydowanie.
− No dobrze, co zatem proponujesz? Może kupimy piwo i pójdziemy się przejść gdzieś w tamtym kierunku – wyciągnąłem rękę przed siebie.
− No właśnie, tak będzie zdecydowanie lepiej – odparła – Ale może nie tam – dodała jakby mniej zdecydowanie – Tam jest wszędzie pełno ludzi, chodźmy może do tego fajnego lasku, gdzie byliśmy wczoraj.
− Jasne, nie przyszłoby mi to jednak do głowy. Po prostu to miejsce się nudzi jak jest za często odwiedzane, traci swoją wyjątkowość. No, ale zakładając, że nasza znajomość jest w pewnym sensie wyjątkowa, to faktycznie można by się tam przejść.
− Pod jakim względem wyjątkowa?
− Nasza znajomość? – zapytałem grając na zwłokę, ponieważ nie miałem żadnej sensownej odpowiedzi – Jest wyjątkowa, bo poznaliśmy się w wyniku całkowitego zbiegu okoliczności – wymyśliłem na poczekaniu.
− Ale odkrycie – zaśmiała się ironicznie – Każda znajomość powstaje w wyniku zbiegu okoliczności. Zawsze musi zbiec się trochę wydarzeń, żeby ludzie mogli się poznać. Nic to wyjątkowego.
− Czyli według ciebie ludzie poznają się, wychodzą za siebie i tak dalej przez przypadek? Gdyby sprawy potoczyły się nieco inaczej, to poznaliby zupełnie inną osobę i ich życie potoczyłoby się zupełnie inaczej? W zasadzie jest to zgodne z tym, co myślę o przeznaczeniu czyli jego braku.
− Nie, nie oznacza to braku przeznaczenia. Przypadek, zbieg okoliczności może być określony przez przeznaczenie, być może. Trochę smutne byłoby, gdyby życiem rządził całkowity przypadek. Lepiej rozumieć to w ten sposób, że my widzimy to jako zbieg okoliczności, ale był on już gdzieś wcześniej zapisany, został on przeznaczony dla ludzi, którzy w ten sposób się spotkali. Nie wydaje ci się, że takie podejście jest bardziej optymistyczne?
− Bardziej optymistyczne? Zakładasz więc nieuchronność losu? Ależ to nie jest wcale optymistyczne, przynajmniej dla mnie. Wygląda na to, że co byś nie robiła to i tak stanie się to, co ma się stać. Z jednej strony daje to może pewien komfort psychiczny, ale prowadzi do przekonania, że coś się tobie należy od losu. Mówię tu o rzeczach, które są pożądane. W przypadku przykrych zdarzeń wyglądałoby na to, że nic nie możesz zrobić, żeby ich uniknąć. To ma być optymistyczne podejście?
− Nie rozumiesz, jeżeli przeznaczenie istnieje, to nie oznacza ono, że nie masz nic robić w celu osiągnięcia określonych rzeczy. Oznacza tylko tyle, że efekt twoich wysiłków jest z góry ustalony. Nie wiesz jednak nic o tym w jaki sposób jest określony, więc nie spoczywasz na laurach tylko działasz.
− No dobrze, w takim razie powiedz mi jaka jest praktyczna różnica między przekonaniem o istnieniu przeznaczenia, a jego brakiem?
− Wierząc w przeznaczenie wierzysz, że coś jest jednak nad tobą, coś co określa twoje życie, coś co cię wpędza w kłopoty ale i chroni jednocześnie. Coś co uniezależnia chwilowe twoje niepowodzenia od niewiadomego celu, do którego osiągnięcia zostałeś przeznaczony. Daje to poczucie bezpieczeństwa, może trochę siły – dodała nieco zamyślona.
− Widzę w takim razie, że to twoje przeznaczenie to taki trochę gorszy Bóg. Skoro wierzysz w Boga to chyba przyznasz, że przeznaczenie jest przez niego określane. Jednocześnie Bóg jest nieskończenie miłosierny, ale przeznaczenie takie nie jest. Co zatem skłania Boga do sterowania przeznaczeniem w taki sposób, że jest ono czasem bezlitosne?
− Nie wiem, człowiek nie jest w stanie wszystkiego pojąć, zracjonalizować. Czasem istnieją rzeczy, których w tak prosty sposób wyjaśnić się nie da.
− Może wreszcie kupimy to piwo? – uśmiechnąłem się do Moniki.
− Nie słuchałeś mnie! – powiedziała rozdrażniona.
− Skądże znowu, słuchałem. Powiem o tym później, ale teraz mam ochotę kupić wreszcie to piwo i nie stać ciągle tutaj.
Wszedłem z Moniką do baru, było sporo ludzi. Większość zdecydowanie zadowolona mimo kiepskiej pogody, która w przypadku wypoczynku nad morzem jest chyba rzeczą najważniejszą. Od razu po wejściu do środka zaatakował nas gwar rozlicznych rozmów, dym papierosowy i niezbyt przyjemny zaduch. Poznałem w środku jedną ze znajomych osób, która mieszkała niedaleko ode mnie. Wymieniliśmy pozdrowienia, po czym skierowałem się do barmana. Kupiłem dwa piwa butelkowe i szybko wyszedłem na zewnątrz. Zupełnie zapomniałem o tym, że nie pytałem Moniki o to, jakie chce piwo. Cóż za niefart. Zdecydowałem, że w ostateczności kupię jeszcze jedno dla Moniki a sam zostawię sobie te dwa, które kupiłem.
− Słuchaj, kupiłem dwa piwa, ale zapomniałem zapytać ciebie jakie pijesz – pokazałem butelkę Monice – Jeśli tego nie lubisz, to kupimy jeszcze jedno a ja będę miał dwa – uśmiechnąłem się.
− Masz szczęście, może być. Zresztą jeśli ty byś miał mieć dwa to dlaczego ja nie?
Nie miałem żadnego otwieracza, mistrzem w otwieraniu niestandardowym też nie byłem, ale na szczęście obyło się bez większych kłopotów. Dałem Monice butelkę, po czym szybko przechyliłem swoją biorąc porządny łyk i rozkoszując się smakiem. Po chwili udaliśmy się powoli z powrotem w kierunku kawiarenki.
− Teraz jak kupiliśmy piwo i nie stoimy w miejscu mogę odpowiedzieć na twoje pytanie – powiedziałem do Moniki, po czym wlałem w siebie następną porcję piwa.
− Jakie pytanie? – odparła – Przecież o ile dobrze pamiętam nie zadawałam ci żadnego pytania. Rozmawialiśmy o przeznaczeniu, ale nie przypominam sobie nic o moich pytaniach z tym związanych. Jednak skoro chcesz odpowiedzieć, to może mi przypomnisz?
− Nie pamiętam – zaśmiałem się – Wydawało mi się, że o coś pytałaś, ale widocznie coś mi się pomieszało, nie ważne. Jednak ja mam jedno do ciebie. Rozmawialiśmy tak sobie o przeznaczeniu, ale nie dowiedziałem się właściwie czy w nie wierzysz, a więc wierzysz w przeznaczenie czy nie?
− Wierzę, no może nie tak do końca, ale sądzę, że coś w tym jest.
− Co takiego?
− Nie wiem! Nie spodziewaj się jasnych odpowiedzi. Mówiłam już przecież, że nie da się wszystkiego wpisać w jakieś formułki, wytłumaczyć wszystkiego naszymi umysłami, które nie są przecież doskonałe.
− W takim razie skąd w tym niedoskonałym ludzkim umyśle wzięło się przekonanie o przeznaczeniu, którego nie da się wyjaśnić?
− Kobieca intuicja – szturchnęła mnie przekornie – A tak na serio to po prostu czuję, że coś w tym jest i koniec. Więcej chyba ze mnie nie wydobędziesz.
− Czyli jednak kobieca intuicja, to jak jest w końcu z tym przeznaczeniem?
− Mówiłam już, że więcej ci nie powiem. Za to może ty mi powiesz, jak to się ma do twojej ciemnej drogi? Jak ma się do tego przeznaczenie oczywiście.
− Nie domyślasz się? Według mnie nie ma przeznaczenia. Pojęcie zostało stworzone przez człowieka dla jego wygody. Nie twierdzę jednak, że jest ono niepotrzebne. Czasami wiara w przeznaczenie faktycznie modyfikuje losy danej osoby. Dzieje się to chyba na skutek zwiększonej wiary w siebie w niektórych przypadkach. Na przykład idziesz do wróżki, która mówi ci, że odniesiesz sukces. Od tej pory wierzysz, że tak się stanie, zmienia się twoje podejście, stajesz się przekonana o tym, że ci się powiedzie i samo to przekonanie zmienia zasadniczo twoje nastawienie do rzeczywistości. Wierzysz, że jakaś niewiadoma siła wspomoże cię w twoich wysiłkach, zaczynasz autentycznie wierzyć w siebie. Wiara w siebie potrafi zmienić na twoją korzyść bardzo wiele. Oczywiście jesteś przekonana, że sukces, który odniosłaś został ci już wcześniej przypisany, jednak wydaje mi się, że to wiara w owo przypisanie w dużym stopniu przyczyniła się do twojego zwycięstwa. Dlaczego tak często ludzie czytają horoskopy? Może właśnie dlatego, że szukają w nich wsparcia, szukają pozytywnych informacji, które poprawią im humor, może zmobilizują do większego działania. To, że wiara w siebie i chęć walki ma duże znaczenie widać choćby na przykładzie wojska, w którym morale żołnierzy jest bardzo ważne. Moralnie wykończone wojsko chociaż bardziej liczebne może zostać pokonane przez mniej liczną grupę ludzi właśnie ze względu na różnicę w ich nastawieniu do walki. Ale nie zrozum przez to, że uważam owo przeznaczenie za rzecz całkowicie niepotrzebną w ludzkich umysłach. Wydaje mi się, że jest to dość łatwy sposób na zwiększenie wiary w siebie w przypadku, gdy w takie przeznaczenie wierzysz. Co innego jak nie wierzysz, tak jak na przykład ja. Nie myśl jednak, że brakuje mi wiary w siebie, zapewniam, że czerpię ją po prostu z innych źródeł. Oczywiście to czy przeznaczenie istnieje czy nie, podobnie jak to czy istnieje Bóg, nie jest możliwe do wytłumaczenia w jakiś racjonalny sposób. Ja widzę to jako sposób na podtrzymanie się ludzi na duchu, być może jest on niektórym potrzebny do lepszego funkcjonowania, jednak nie zmienia to faktu, że został wykreowany przez ludzi na ich potrzeby, takie jest moje zdanie. Ciemna droga odrzuca przeznaczenie skupiając cały ciężar na człowieku. Człowiek jest odpowiedzialny za swój los, za własne szczęście. Jednym słowem jak sobie pościelisz tak się wyśpisz. Tutaj czerpiesz energię z przekonania, że jesteś w stanie to zrobić, po prostu nie znajdujesz żadnego powodu, dla którego miałoby się tobie nie powieść. Jest to trochę trudniejsze, bo wymaga większego zaangażowania, ale zyskujesz niezależność od wszelkich horoskopów, przepowiedni i tak dalej. Jest wiele ludzi, którzy pokładają nadzieję w przeznaczeniu i wielu takich, którzy nadzieję pokładają po prostu w sobie. Z obserwacji jednych i drugich możesz się przekonać, że zazwyczaj ci drudzy lepiej sobie radzą. Zauważ też, że kiedy odnosisz sukcesy to nie potrzebujesz tak bardzo przeznaczenia jak wtedy, kiedy zaczyna się tobie coś w życiu nie układać. Wtedy zamiast wziąć się w garść zaczynasz szukać pomocy w otaczającym cię świecie, zaczynasz szukać pomocy w religii. Łudzisz się, że jeżeli zawiodłaś się na wszystkich to Bóg, jako istota miłosierna wspomoże cię i podniesie z dna. Czasem nie jest łatwo wziąć się w garść, czasem długo się wstaje, ale jeżeli wiara w Boga może to przyśpieszyć to chyba dobrze. Ciemna droga nie mówi nic o Bogu, ponieważ jest to kwestia nie do rozstrzygnięcia, jednak zdecydowanie nie szuka u niego oparcia. Tylko my możemy wpływać na własne życie, tylko nasza wola i chęć i nic więcej jest w stanie zmienić coś na tym świecie. Nie ma więc opiekuńczego Boga i wspaniałego przeznaczenia, jesteśmy zostawieni sobie samym, sami jesteśmy dla siebie Bogami.
− Smutne, nie sądzisz?
− Nie, to nie jest smutne, nie jest dobre i nie jest złe. Nie jest gorsze czy lepsze, taka jest po prostu rzeczywistość, której nie warto oceniać. Nie trzeba przyjmować tego jako coś strasznego, nie trzeba się ustosunkowywać, można być przecież szczęśliwym bez przeznaczenia i bez Boga. Wiem, że nie możesz sobie tego wyobrazić, bo w Boga wierzysz. Jednak tak naprawdę myślę, że oprócz oparcia, które być może w nim znajdujesz, to niewiele się od siebie różnimy. Nie jest jednak tak, że ciemna droga jest drogą, po której mogą iść tylko niewierzący, nic podobnego. Wiara w Boga nie zmienia wiele póki Boga nie stawia się jako istotę, która za ludzi wyznacza moralność, za ludzi myśli i ocenia. Zauważ, że chociaż dużo ludzi wierzy właśnie w takiego Boga, to jednak na co dzień mają oni daleko gdzieś wszelkie moralne kodeksy i inne nakazy. Złamanie ich może w nich zrodzić co najwyżej wyrzuty sumienia. Schodząc na ciemną drogę można postrzegać Boga jako coś bezosobowego, coś o czym nic nie można powiedzieć, bo nic o nim nie wiemy, coś co stworzyło być może świat, ale nie zajmuje się tu naszym szczęściem i sprawiedliwością, miłosierdziem i innymi sprawami zwykle mu przypisywanymi. Bóg to po prostu symbol naszej niewiedzy dotyczącej powstania wszechświata i tylko w ten sposób można go postrzegać. Może nawet nie istnieje on tylko w ludzkich umysłach, ale również w rzeczywistości, jednak nie możemy nic o tym powiedzieć. Ciemna droga jest między innymi dlatego ciemna, że nic ci jej nie oświetla, nie wiesz gdzie idziesz, nie znasz przeznaczenia, nie wierzysz w nie, kwestionujesz Boga jako cel, kwestionujesz wszelkie dogmaty. Nie jest to wcale takie smutne jak ci się wydaje. Idąc tak po omacku w ciemności odkrywasz wszystko sama, sama doświadczasz, ale nie oceniasz jako czegoś jednoznacznie złego czy dobrego. Można by zatem powiedzieć, że sama rozświetlasz sobie tę ciemną drogę, po której idziesz. Uwierz, że widoki są dużo bardziej ciekawe niż te, jakie możesz spotkać na jasnej drodze, po której stąpa większość ludzi. Oczywiście mam tu cały czas na myśli drogę jako życie, podejście do niego. Ciemna jest również dlatego, że eksponuje wiele rzeczy powszechnie uznanych za złe i nie określa ich jako jednoznaczne zło. Życie nie jest bielą ani czernią, ludzie nie istnieją jako jednoznacznie źli czy dobrzy. Mamy tu sporo odcieni szarości, tak można by to nazwać przyjmując chrześcijańskie wzorce moralności. A ciemna droga jest obserwacją tego wszystkiego, obserwacją nie negacją, jest próbą znalezienia się w tym wszystkim. Znalezienia się bez oskarżania się o złe cechy, które są niezbędne do istnienia we współczesnym świecie. Znowu powiedziałem złe z twojego punku widzenia, bo ja je za złe nie uważam, pozbawiam to oceny.
− Chcesz powiedzieć, że nie ma sensu niczego zmieniać tylko akceptować? Wydaje ci się, że jeżeli na świecie zaistniałaby wojna to nie warto dążyć do jej zakończenia? Uważasz, że lepiej znaleźć się w rzeczywistości jaka powstała na skutej jej wybuchu i biernie obserwować jak cierpią ludzie, jak świat dąży do własnej zagłady? To nie jest żadne rozwiązanie, to jest właśnie wygoda. Mając jakieś ideały dążysz cały czas do ich spełnienia. Ty zaś nie posiadając ich jesteś jak kameleon dopasowujący się do zaistniałych sytuacji. Gdyby wszyscy byli tacy, to świat nie zmieniałby się na lepsze, stalibyśmy w miejscu, nikt nie dążyłby do jego poprawy. Takie podejście nie wydaje mi się słuszne, jest wygodne bo nie motywuje do żadnego działania.
− Zapomniałaś o rzeczy podstawowej o jakiej mówiłem jakiś czas temu, o podstawie ciemnej drogi czyli o postrzeganiu ludzi jako egoistów. Każdy ma swoje cele, do których dąży i forsuje swoją rację. Jeśli zdarzyłoby się, że wybuchłaby wojna to oczywiste jest, że nie jest to sytuacja, której pragną ludzie, nie jest to stan, w którym chcieliby żyć. W tym wypadku wszyscy mają podobną chęć jej zakończenia, nie są tu potrzebne żadne ideały, żadne Boskie nakazy i żadne kodeksy moralności. W takiej sytuacji ludzie jednoczą siły wobec wspólnego zagrożenia. Wszyscy są w stanie się wspomóc, bo jest to w interesie każdego z nich. Wiedzą, że sami nie dadzą rady i gotowi są współpracować dla osiągnięcia wspólnego celu. Powiedziałem przecież, że każdy ma swoje subiektywne dobro i zło. To nie oznacza braku działania, to oznacza działanie w celu przeforsowania tego dobra. Myślę jednak, że ta rozmowa o wojnie jest trochę ignorancka ze względu na to, że ani ty ani ja żadnej wojny nie przeżyliśmy. Wszystko co mówię opieram na relacjach, książkach, filmach zatem postrzegam to nie bezpośrednio a jedynie przez ludzi, którzy wojnę przeżyli i później opisali na rozmaite sposoby. Tak więc umiejętność znalezienia się w rzeczywistości nie oznacza bierności. Weź za przykład choćby taką rzecz jak kłamstwo, czy kłamstwo jest jednoznacznie dobre albo złe? Zapewniam cię, że sama będziesz miała problem z jednoznacznym określeniem go jako coś dobrego czy złego. Uczy się dzieci, że kłamstwo jest złe, źle jest kłamać, jednak później w życiu nie jesteś w stanie obyć się bez niego. Czasem jak ktoś daje ci prezent i tobie się on nie podoba to nie mówisz tego osobie, która cię obdarowała. Jeżeli ona spyta czy prezent ci się podoba to skłamiesz czy nie? Masz tu plusy i minusy każdego wyjścia. Jeżeli skłamiesz i powiesz, że prezent ci się podoba to ucieszysz osobę obdarowującą cię, jednak mimo wszystko skłamałaś. Jeżeli zaś powiesz prawdę, która powinna być doceniona, to osobie, która zrobiła ci ów prezent zrobi się przykro. Czasem może być to wręcz odebrane jako nietakt z twojej strony. Społeczeństwo jest skonstruowane w taki sposób, że kłamać musisz bardzo często, kłamstwo jest na stałe wpisane w twoje życie i próba mówienia ciągłej prawdy spowodowałaby, że zginęłabyś szybko. Dyplomacja na przykład, czymże jest dyplomacja? Jest nie mówieniem lub kłamaniem, dokładnie na tym to polega. Możesz użyć niejednoznacznych określeń lub w sposób okrężny przedstawić swoje zdanie, jednak nigdy nie unikniesz kłamstwa, które jest czasem konieczne do zręcznego wydostania się z kłopotliwej sytuacji. Czy uznając kłamstwo za jednoznacznie złe wzbudzasz wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy kłamiesz? Nie, byłoby tak gdybyś uważała kłamstwo za coś faktycznie złego, jednak jest to tak częsta praktyka, że wyrzuty sumienia zjadłyby cię szybko. Lepiej zamiast określania kłamstwa jako coś złego nauczyć się je wykorzystywać, nauczyć się tak kłamać, by nie było to zbyt podejrzane dla drugiej osoby, nauczyć się panować nad swoimi gestami jemu towarzyszącymi. Przychodzi to znacznie łatwiej wówczas, gdy kłamstwo się obserwuje i nie ocenia go. Ponieważ i tak kłamiesz często, to uznanie tego za coś złego utrudnia ci jedynie tę sztukę, twoje gesty wskazują często na to, że kłamiesz, zachowujesz się w odmienny sposób. Mając odpowiednią wprawę można zaobserwować u ludzi takie zachowanie.
− Kłamiesz w sytuacjach naprawdę koniecznych, możesz jednak nadużywać tego i wtedy trudno jest to wytłumaczyć.
− Widzisz, tu się różnimy, jako Szatan jestem ojcem kłamstwa – zaśmiałem się – Mówiłem ci jakiś czas temu o tym, że każdy człowiek ma taką jakby hierarchię wartości, na podstawie której określa co jest dla niego dobre, a co złe. Moja hierarchia jest mocno poprzestawiana, znajdują w niej miejsce wartości kontrowersyjne, które być może często uważane byłyby za złe przez innych ludzi. Nie znajdują się one tam jednak na skutek jakiegoś przypadku, a jedynie na skutek obserwacji mojego własnego zachowania. Może więc zrozumiesz mnie na podstawie tego, co ci do tej pory powiedziałem. Może nawet znajdziesz coś takiego u siebie, sam jestem ciekawy.
− Jak na razie nic nie znalazłam.
− No pewnie, ciemna strona człowieka jest spychana do podświadomości i niezbyt łatwo można ją sobie uświadomić. Jednak ciągłe uciekanie od niej nie ma sensu, ponieważ w ten sposób zapewniasz jej byt. Uświadomienie sobie własnej ciemnej strony i co najważniejsze zaakceptowanie jej jest dużym krokiem w kierunku samopoznania.
− Uświadomienie sobie to jeszcze rozumiem, ale akceptacja?
− Tak, akceptacja ponieważ nie jest możliwe wyzbycie się niektórych swoich ciemnych cech bez utraty pozycji w społeczeństwie. Albo inaczej, życie współczesnego człowieka bez jego ciemnej strony byłoby dla niego nie do zniesienia. Bez sensu jest ciągle winić siebie za rzeczy, bez których nie mogłabyś normalnie funkcjonować. Prowadzi to tylko do konfliktu twoich pragnień i wzorców, które uważasz za właściwe. Nigdy w ten sposób nie znajdziesz spokoju. Zresztą aby cokolwiek zmienić w sobie trzeba najpierw to zauważyć, trzeba siebie zaobserwować, poznać, zyskać świadomość jak największej części siebie.
− Sugerujesz, że na drodze tego samopoznania odkryję nagle, że jestem egoistką, że całe moje życie podporządkowuje sobie i tak dalej?
− Wiem, że nie brzmi to zachęcająco, ponieważ myślisz o tym jako o czymś złym, czymś co powinnaś negować, tłumić w sobie jak tylko pojawia się zarodek. To nie jest żadne rozwiązanie, bo w ten sposób dajesz temu coraz większą siłę. Im bardziej będziesz wmawiać sobie, że nie jesteś taka jak podejrzewasz, tym większe przeświadczenie, że właśnie taka jesteś. To jest błędne koło, z którego jedynym wyjściem jest zrozumienie. Do zrozumienia nie przybliża jednak instynktowne negowanie, uciekanie.
− Nie jest tak wcale jak sugerujesz. Przecież zdaje sobie sprawę z tego, że nie jestem doskonała, mówiłam już o tym. Nie wmawiam sobie, że jestem idealna, sądzę nawet, że większość ludzi nie wmawia sobie takich rzeczy. Zdaje sobie sprawę z własnych słabości i próbuje je zwalczać, podobnie jak ty lenistwo. Nie chcesz chyba powiedzieć, że lenistwo trzeba zaakceptować.
− Teraz mówię o zrozumieniu, nie o akceptacji w sensie chęci pozostawienia w sobie danej cechy, taki przeskok myślowy, wiem, że nieco chaotyczny – zawiesiłem glos – akceptujesz w tym znaczeniu, że przyjmujesz do wiadomości, że jest w tobie jakaś cecha, której się wypierasz. Nie mówię tu o rzeczach oczywistych, jak na przykład twojej niechęci do pomagania biednym. W takim wypadku nie musisz się wiele wysilać by zauważyć, że owe chęci nie zawsze się u ciebie pojawiają. Zrób jednak jeden krok dalej i zastanów się dlaczego nie masz tych chęci i zobacz, że ich brak nie bierze się tak po prostu z niczego. Dopóki nie zidentyfikujesz i nie zrozumiesz źródła swojego zachowania nigdy nie będziesz mogła się zmienić. Musisz odwołać się do przyczyn, a te leżą głęboko w twojej podświadomości. Owe przyczyny są zazwyczaj ciemne czyli takie, z których nie byłabyś zadowolona. Jeżeli choćby przez chwilę te przyczyny dotrą do twojej świadomości to zostają szybko zepchnięte z powrotem do podświadomości na skutek twojej negatywnej ich oceny. W ten sposób uciekasz od przyczyn, czyli uciekasz od zrozumienia. Nic nie pomoże twoja chęć zmiany siebie, jeżeli sama siebie nie będziesz rozumieć. W wyniku takiej samoobserwacji zobaczysz, jak dużo ciemnych cech zacznie z ciebie wychodzić. Najtrudniejsze jest ich zrozumienie zamiast odrzucenia. Człowiek nie jest stworzeniem, które działa według ideałów chrześcijańskiej moralności, nietrudno to chyba zauważyć. Dążąc do tych ideałów bez zrozumienia nie dojdziesz do nich nigdy. Myślę nawet, że w gruncie rzeczy nie chcesz do nich dojść bo wiesz, że wiązałoby się to z życiem jakie ci nie odpowiada. Jednak w tej kwestii nie będę się spierał, bo ty wiesz przecież najlepiej. Mogę jedynie próbować przekonać cię, że ciemna droga nie jest taka znowu straszna, wręcz odwrotnie, jest cudowna.
− Nie zapominaj o tym, że jest cudowna z twojego punktu widzenia.
− Skoro jednak jest cudowna z mojej strony, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że i tobie się spodoba bo myślę, że nie różnimy się bardzo naszymi oczekiwaniami względem tego świata, nasze pragnienia są raczej podobne.
− Może, może są podobne. Ale powiedz jak mam się zachwycać tym, że ludzie to egoiści, każdy jest pozostawiony sam sobie, nie ma przeznaczenia i co tam jeszcze. Dla mnie bije to z daleka pesymizmem. Nie lepiej już o tym wszystkim nie myśleć i pozostać w przekonaniu, że coś jednak nad nami czuwa, że nie wszyscy ludzie są egoistami. Nawet jeżeli jestem w błędzie, to i tak dobrze mi się z tym żyje. Nie widzę potrzeby uzmysławiania sobie całej tej ciemnej rzeczywistości jak to nazwałeś. Można godzinami rozmyślać o nieszczęściach tego świata, można godzinami biadolić nad sobą ale po co to wszystko? Czy po to, żeby się coraz bardziej dołować? Nie wydaje mi się to zdrowym rozwiązaniem. Nie lepiej po prostu żyć i nie zamartwiać się wszystkim?
− Odniosłaś wrażenie, że się nad sobą użalam?
− Tak trochę na to wygląda. Określenie życia jako ciemne, ciemna droga to nie są hasła, z których bije optymizm. Same podstawy, jak to nazwałeś nie są zbyt optymistyczne. Egoizm, brak jednoznacznego dobra i zła. Czy uważasz, że jest to podejście nastrajające optymizmem do życia? Może się zawiodłeś w życiu i teraz próbujesz wszystko sprowadzić do ciemnych kolorów, może ktoś cię kiedyś zranił i odniosłeś wrażenie, że świat jest brutalny, zły, ciemny i tak dalej, nie mam pojęcia.
− Nie dziwię się, że to co mówię odbierasz jako coś pesymistycznego. Nie wiem skąd jednak wysnułaś wniosek, że zamartwiam się nad sobą. Tak jak mówiłem nie oceniam egoizmu jako coś złego, więc nie zamartwiam się faktem, że ludzie to egoiści. Wręcz przeciwnie, trudniej jest skrzywdzić człowieka, który spodziewa się po ludziach egoistycznego zachowania, nie ma tu miejsca na umartwianie się nad sobą, jest jedynie obserwacja rzeczywistości. To co powiedziałem nie przeszkadza w żadnej mierze przeżywaniu szczęścia, może za jakiś czas zrozumiesz mój punkt widzenia.
Doszedłem z Moniką do kawiarenki, od której mieliśmy pójść w stronę lasku. Skończyło się nam jednak piwo, a ja miałem ochotę na następne. W ogóle miałem już trochę dość rozmawiania wciąż o tym samym. Dziwiłem się, że Monika wykazywała jeszcze jakieś zainteresowanie tą rozmową. Sam nie potrafiłbym przyjąć takiej dawki na jej miejscu. Miałem ochotę odpocząć od tego wszystkiego. Ogólnie klimat jaki był w tym czasie w miasteczku sprzyjał raczej zabawie niż rozmowom na tematy egzystencjonalne. Zresztą dwa piwa jakie dzisiaj wypiłem zachęcały mnie do spożycia następnych. Ku mojemu zaskoczeniu Monika miała chyba podobne nastawienie.
− Wiesz co – odwróciła się w moim kierunku – Chodź na jeszcze jedno piwo, odechciało mi się jakoś iść do tego lasu – ciągnęła dalej.
− Nie wiem czy to zbieg okoliczności, ale pomyślałem dokładnie o tym samym – W tym momencie zaświtała mi w głowie myśl, żeby wykorzystać dzisiejszy wieczór i pobawić się gdzieś z Moniką. Spojrzałem na nią znowu jak na obiekt mojego pożądania i uświadomiłem sobie, że szkoda marnować taki wieczór na przechadzki w tą i z powrotem przy rozmowach, które można odstawić na kiedy indziej. Czułem zresztą, że nasza znajomość miała charakter spontaniczny, bez wysiłku zapełnialiśmy czas jaki spędziliśmy do tej pory ze sobą. Nie musiałem wysilać się na żadną sztuczność, co czasem zdarzało mi się w kontaktach z osobami płci przeciwnej. Monika również wydawała się zadowolona moim towarzystwem, istniało realne prawdopodobieństwo, że podzielała mój punkt widzenia w tej sprawie. Szliśmy tak do baru z pustymi butelkami po piwie, mijaliśmy od czasu do czasu ludzi, którzy zdawali się być w stanie błogości alkoholowej, wyglądali zabawnie. Od czasu do czasu ktoś krzyczał coś w naszym kierunku, mijający nas faceci wyrażali swoją opinię na temat wyglądu Moniki, czasami mówili coś bez sensu. Pusta butelka po piwie już od dłuższego czasu ciążyła mi w dłoni, dlatego po znalezieniu jakiegoś kosza wreszcie się od niej uwolniłem. Nie był to jeszcze czas, kiedy nie potrzebowałem kosza do wyrzucania czegokolwiek. Zawsze starałem się nie śmiecić w miejscu, gdzie przecież mieszkałem. Było to zresztą miejsce na tyle małe, że gdybym wyrzucał śmieci w przypadkowych miejscach, to potykałbym się później o nie zanim ktokolwiek zdążyłby je sprzątnąć. Oczywiście inaczej było w przypadku, gdy mój umysł znajdował się pod wpływem większej dawki alkoholu. Wówczas problem śmietników, a raczej ich braku rozwiązywałem tworząc sobie własne wirtualne śmietniki znajdujące się właśnie tam, gdzie je potrzebowałem. Nie martwiłem się wtedy o to, że owe wirtualne śmietniki były tylko wirtualne i de facto zbędne przedmioty trafiały w całkiem przypadkowe miejsca. Tworzeniem wirtualnych śmietników zajmowałem się po zapaleniu się drugiej kontrolnej lampki alkoholowej. Stan swojego upojenia alkoholowego kontrolowałem właśnie za pomocą kontrolnych lampek alkoholowych, które zaświecały się w mojej głowie w odpowiednich momentach. Było to oczywiście moje własne nazewnictwo i granice między zapaleniem się poszczególnych lampek były całkowicie umowne. Stworzyłem sobie taki system, żeby lepiej wiedzieć na czym stoję. Nie zawsze wychodziło mi to najlepiej, ponieważ po trzeciej kontrolnej lampce alkoholowej raczej już nie stałem. W rzeczywistości bardzo rzadko zdarzało się, abym zauważył zapalenie się ostatniej lampki, ponieważ zapalała się ona w momencie, kiedy nie byłem już w stanie tego zaobserwować. Czasem nie myślałem o żadnych lampkach tylko po prostu szedłem na żywioł, kończyłem wtedy, kiedy kończyły mi się pieniądze albo wtedy, gdy miałem już zdecydowanie dość. Ciekawe jest jednak to, że najczęściej miałem dość zanim urywał mi się film. Zawsze byłem zadowolony z tej blokady, ponieważ dalsze picie nie miało dla mnie sensu, nie prowadziło do lepszej zabawy, raczej w oszałamiającym tempie opróżniało portfel i później rankiem miałem wrażenie, że pieniądze, których brakowało wydałem na kaca, który dokuczał mi strasznie.
Doszliśmy z powrotem do baru, wszedłem do środka i znowu spotkałem znajomą mi osobę, tym razem wyglądała na nieco bardziej wstawioną. Kupiłem dwie butelki i szybko wyszedłem na zewnątrz. Zaduch jaki w środku panował zniechęcał mnie do spędzenia w środku choćby chwili dłużej. Na zewnątrz było przyjemnie, bezwietrznie. Zachmurzone niebo przyczyniło się z pewnością do tego, że mimo stosunkowo wczesnej pory zaczęło się już ściemniać. Niektóre latarnie rozświetlały już okolicę, był to moment kiedy resztki światła dziennego mieszały się ze światłem latarni. Stałem tak na zewnątrz trzymając w każdej ręce po butelce piwa. Po chwili podszedłem do Moniki, która czekała chyba na to, kiedy w końcu wręczę jej piwo, które trzymałem.
− Chcesz może piwo Moniko? – zaśmiałem się w jej kierunku.
− Tak, Szatanie, daj mi jedno piwo, proszę – odparła nieco rozbawiona.
Ponownie zacząłem mocować się z otwarciem dwóch butelek. Tym razem nie szło mi tak dobrze jak poprzednio i otwarcie kapsla o kapsel nie wychodziło mimo moich usilnych starań. W końcu zniecierpliwiony podszedłem do metalowego słupka, który był częścią ogrodzenia baru. Okazało się, że tutaj kapsle szybko uległy. Wręczyłem piwo Monice, po czym zaczerpnąłem łyk swojego.
− Lubisz piwo? – zapytałem Moniki.
− A jak sądzisz? Gdybym go nie lubiła to po prostu bym nie piła.
− Nie jest to wcale takie oczywiste, niektórzy piją po to, żeby wprowadzić się w stan alkoholowego upojenia. Smak piwa ma w tym wypadku charakter drugorzędny.
− Przyjemnie jest mieć humorek, ale dla mnie smak piwa jest mimo wszystko ważniejszy. Tak się szczęśliwie składa, że mogę z przyjemnością pić piwo i przy okazji...
− Upijać się nim – zaśmiałem się.
− No nie, ty od razu tak z grubej rury. Nie lubię się upijać do nieprzytomności.
− A czy ja mówiłem o upijaniu się do nieprzytomności? Upijać się, tylko upijać się. Może być takie określenie? Upijać nie koniecznie tak, żeby nic nie pamiętać, ale tak, żeby puściły ci niektóre hamulce, które na co dzień są pod twoją całkowitą kontrolą.
− Chcesz mi powiedzieć o głupstwach robionych pod wpływem alkoholu? W tym momencie muszę cię zawieść. Nie piję na tyle, żeby robić coś, czego bym później żałowała. Wszystko z umiarem, bez przesady, dobra zabawa i tylko tyle.
− Ależ tak, dobra zabawa, właśnie to mam na myśli, dobra zabawa. Zauważyłaś pewnie, że dobra zabawa oznacza czasem robienie rzeczy, których zwykle się nie robi. Niektórym alkohol ułatwia robienie takich niestandardowych rzeczy. Niekoniecznie dlatego, że wprowadza w stan upojenia.
− Robienie dziwnych rzeczy odbywa się właśnie dzięki działaniu alkoholu, to chyba oczywiste no nie?
− Tak, ale zauważ, że dużo łatwiej zrobić jest głupstwo pod wpływem alkoholu choćby dzięki temu, że później możesz powiedzieć zawsze: „Byłam wtedy pijana”. Jest to w pewnym sensie usprawiedliwienie swoich dziwnych zachowań. Możesz być zwariowana przez jakiś czas i nie będzie to wpływać na opinie o tobie, ponieważ każdy będzie wiedział, że zrobiłaś to pod wpływem alkoholu. Jest to samonapędzający się mechanizm, zauważyłaś? Czasami jak czujesz, że jesteś trochę wcięta to robisz różne rzeczy, mówisz coś zabawnego trochę z uczucia bezkarności jakie temu towarzyszy. Gdybyś spróbowała zrobić coś takiego na trzeźwo, to oprócz oporów jakie byś miała trudno byłoby się wytłumaczyć ze swojego dziwnego zachowania. Są ludzie, którym tak mocno zależy na tym co inni o nich sądzą, że nawet pod wpływem alkoholu nie mogą się całkowicie rozluźnić. Cały czas są spięci, ciągle uważają, żeby nikt nie miał okazji do powiedzenia o nich choćby jednego złego słowa. Na szczęście takich jest zdecydowana mniejszość, reszta może korzystać z legalnego narkotyku jakim jest alkohol.
− Narkotyku?
− Tak, może mniej to niebezpieczny narkotyk niż inne, ale mimo wszystko posiada on wszystkie jego cechy. Jest uzależniający, wprowadza umysł w stan odmienny od normalnego, wystarczy. Oczywiście jest uzależniający, gdy się go nadużywa, w małych dawkach piwo jest podobno zdrowe.
− Też tak słyszałam.
− Ale popatrz na takiego pijaka – spojrzałem w kierunku mężczyzny, który wydawał się nie wstawać przez miesiąc – Tacy ludzie są systematycznie wykańczani przez alkohol, ich życie jest policzone ilością butelek jakie jeszcze wypiją, wpadli w studnię, kwestia kilku chwil i uderzą w dno. Nie wiem jak głęboka jest studnia alkoholowa, ale z pewnością jest stroma. No, ale skończmy ten temat, nie jesteśmy przecież alkoholikami.
− Właśnie, skończmy lepiej, po co mamy psuć sobie dobry nastrój.
− Popsułem nastrój? Ojej, przepraszam bardzo – zaśmiałem się przekornie do Moniki.
− Natura wszystkich rzeczy jest taka, że stosowane bez umiaru są szkodliwe.
− Złota myśl, ja to miałem powiedzieć, ale mnie uprzedziłaś. Alkohol miał być jedynie przykładem – łyknąłem następną porcję piwa.
− Do czego zatem dążyłeś?
− W czym? W mojej wypowiedzi na temat alkoholu?
− Nie, ogólnie, skoro wyrwałam ci złotą myśl... Chciałeś na niej skończyć swoje alkoholowe wywody czy może coś więcej chciałeś powiedzieć?
− A może tak gdzieś się zaczniemy przemieszczać, nie chcę mi się tak stać ciągle w miejscu, przyjemniej gdzieś się przespacerować, co ty na to?
− Może być, ale uprzedzam, że nie chcę już iść do twojego ulubionego miejsca w lasku.
− Dobrze, dobrze. Możemy wykorzystać te piwa, które już wlaliśmy w siebie i pójść na disco, co ty na to?
Monika przez chwilę patrzyła na mnie jakoś dziwnie, przechyliła powoli butelkę nie spuszczając ze mnie wzroku, sprawiała wrażenie jakby się zastanawiała, ale ja widziałem, że udaje i że w gruncie rzeczy chce się pobawić. Nie chciała chyba sprawiać wrażenia jakiejś specjalnie rozrywkowej, zresztą jakie to miało znaczenie? Patrzyłem na nią wyczekująco, ale ona wciąż się wahała.
− Wiesz co, chętnie bym w sumie poszła, ale powiedziałam rodzicom, że wrócę wieczorem. Wiem, że martwili by się o mnie, może innym razem, co?
− Innym razem może już nie być okazji Moniko. Może pójdziemy do ciebie, powiesz rodzicom, że idziesz się bawić i wrócisz później, albo najlepiej rano? – wypiłem następną porcję piwa.
− Czy ta propozycja to jeden z elementów twojego Szatańskiego kuszenia? – popatrzyła na mnie z ukosa.
− Ta propozycja to chęć miłego spędzenia czasu z tobą – uśmiechnąłem się – To jak? Przystajesz na propozycję?
− Wolałabym do nich zadzwonić, nie chcę mi się znowu iść taki kawał w tamtą stronę, masz jakąś kartę telefoniczną?
Oczywiście miałem pecha i żadnej karty telefonicznej nie miałem. Byłaby to chyba ostatnia rzecz jaką bym ze sobą dzisiaj zabrał. Nie za bardzo wiedziałem również, gdzie taką kartę teraz mógłbym kupić. Pozostawało jedynie skorzystać z telefonu w barze, ale nie był to najszczęśliwszy pomysł, bo w środku było tak głośno, że z pewnością trudno byłoby cokolwiek usłyszeć. Jak to zwykle bywa problemy pojawiały się w momentach najmniej do tego odpowiednich, albo raczej ja zwracałem uwagę na nie, jeżeli się w takich momentach pojawiały. Zastanawiałem się przez chwilę czy zależało mi na tyle na wieczorze, który miałem spędzić z Moniką, żeby stawać na głowie w poszukiwaniu metody skontaktowania się z jej rodzicami. Doszedłem w końcu do wniosku, że później mógłbym mieć sobie za złe przepuszczenie dobrej okazji do zabawy, więc niezależnie czy wieczór ten miał się udać czy nie postanowiłem z niego skorzystać. Łyknąłem następną porcję piwa i spojrzałem na Monikę. Patrzyliśmy na siebie tak przez moment, uśmiechnąłem się w końcu, co zwykle robiłem po dłuższej wymianie spojrzeń. Wciąż zastanawiałem się w jaki sposób zdobyć tą nieszczęsną kartę telefoniczną i niestety nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. Doszedłem w końcu do wniosku, że jedyne sensowne albo raczej możliwe rozwiązanie to skorzystanie z telefonu w barze.
− Nie mam żadnej karty, ale możesz porozmawiać z telefonu w barze – powiedziałem to oczywistym tonem mając nadzieję, że Monika nie będzie wybrzydzać hałasem jaki był w środku.
Zaczęła iść w kierunku wejścia dając mi znak, który odebrałem jako zaakceptowanie mojego pomysłu. Weszliśmy do środka, przeszliśmy między stolikami, gdzie piwo lało się strumieniami i wreszcie doszliśmy do lady. Barman widząc nas podszedł bliżej i oczekiwał zamówienia. Wiedziałem, że prosząc o skorzystanie z telefonu może się nie zgodzić, więc postarałem się o zatrwożony wyraz twarzy i zwróciłem się do niego:
− Bardzo pilnie potrzebujemy zadzwonić, możemy skorzystać z telefonu? – patrzyłem wyczekująco na barmana, który wahał się jakby przez chwilę. Popatrzył na mnie, na Monikę, w końcu zgodził się. Okazało się, że telefon jest na zapleczu, gdzie nas wpuścił. Tam hałas był już znacznie mniejszy i wyszło na to, że pomysł z telefonem w barze nie okazał się taki zły. Monika zadzwoniła do domu i w kilku krótkich zdaniach wyjaśniła to, na czym mi zależało. Chwilę później zapłaciłem trochę zdziwionemu barmanowi za telefon. Nie spodziewał się chyba, że powiadomienie kogoś o późnym powrocie do domu może być sprawą aż tak naglącą.
Wyszliśmy na zewnątrz, butelki po piwie zostawiliśmy w barze. Zastanawiałem się czy nie kupić sobie następnego, ale stwierdziłem, że z pewnością będzie jeszcze okazja. Poza tym za dużo piw też pić nie chciałem, bo gubiłem wątki rozmów albo mówiłem o rzeczach tak dziwnych i bezsensownych, że sam nie chciałbym tego słyszeć na trzeźwo.
− No dobra – przerwała mi myślenie Monika – jak daleko jest to twoje disco?
− Całe to miasto jest małe więc niedaleko – uśmiechnąłem się do niej.
Szliśmy w kierunku dyskoteki, od czasu do czasu zapalały się nowe latarnie. Powoli miasteczko zaczynało przekształcać się do nocnego życia. Nocne życie było oczywiście tylko w sezonie, poza nim miasto w nocy nie istniało. Oświetlenie uliczek było wówczas skromniejsze, tak jak skromniejsze były wymagania ludzi. Również owa dyskoteka, do której udawaliśmy się poza sezonem otwarta była dużo rzadziej, właściwie tylko w dni poprzedzające dni wole od pracy. Powstała jednak głównie z myślą o przyjezdnych, których w sezonie zjeżdżało się sporo, więc była sporych rozmiarów. Bardzo rzadko w niej bywałem, ponieważ nie gustowałem w tego rodzaju rozrywkach. Czasem jednak miałem ochotę i dzisiaj był właśnie taki dzień. Niewątpliwie najważniejszym powodem, który skusił mnie do pójścia na dyskotekę była Monika, która wciąż przykuwała moją uwagę. Przykuwała ją na tyle mocno aż doszedłem do wniosku, że chętnie bym ją poznał z innej strony. Poza tym lubiłem bawić się z ładnymi kobietami oczywiście z tego względu, że miało to seksualny, miły charakter. Jednym słowem wszystko kręciło się wokół seksu. Wiedziałem doskonale, że gdyby nie uroda Moniki, to nie rozmawiałbym z nią przez tak długi okres czasu. Kiedyś zresztą doszedłem do bardzo ważnego wniosku, który powstał na skutek odkrycia, że kobiety zachowują się podobnie w tej kwestii. Otóż wniosek ów dotyczył tego, że jeżeli coś ma się wydarzyć między mężczyzną i kobietą to wydarzy się szybko. W przeciwnym wypadku któraś ze stron niezbyt kwapi się do zacieśnienia znajomości. Tak więc długotrwałe adorowanie kobiet nie ma sensu. One same zdają się czasami nie wiedzieć o tym i dlatego taka adoracja może ciągnąć się bardzo długo bez wyraźnych rezultatów. Ten dziwny magnes, jaki tworzy się czasami między dwojgiem ludzi nazywany często „tym czymś” ma charakter czysto seksualny. No przynajmniej z mojej strony zawsze miał taki charakter. Oczywiście zachowanie się kobiety ma wpływ na ów magnes, ale mimo wszystko jest to seksualna atrakcyjność. Trudno zresztą analizować skomplikowany mechanizm wzajemnego wpadania w oko. Zresztą po co go analizować? Wystarczy chyba tylko obserwować, uważnie obserwować. Dziwiłem się mocno po moim odkryciu jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć i marnować tyle energii na walenie głową w mur w niektórych przypadkach. Czasami wystarczy przyjrzeć się całej sytuacji jakby z zewnątrz, stanąć gdzieś obok, ocenić okiem postronnego obserwatora, by dojść szybko do zaskakujących wniosków. Oczywiście pod pojęciem tego, że coś ma się wydarzyć szybko nie miałem na myśli seksu, choć ten byłby najmilszym rozwiązaniem. Po prostu musi zostać złamana bariera intymności, którą chyba każdy ma wokół siebie.
Myślałem tak sobie o różnych mało istotnych sprawach, idąc w tym samym czasie we właściwym kierunku. Całe miasteczko miałem dokładnie zapisane gdzieś w głowie i z pewnością wszędzie doszedłbym po omacku. Sam zresztą dość często poruszałem się tu w nocy, kiedy było dużo mniej światła. Lubiłem ciemność. Lubiłem ją na zasadzie odmiany od mojego dziennego trybu życia, lubiłem ją również za spokój, który zwykle jej towarzyszył. Oczywiście nie do przesady, po prostu dzień i noc dopełniały się, a ja potrzebowałem zarówno jednego jak i drugiego. Ze względu na swój dzienny tryb życia zdecydowanie rzadziej zdarzało mi się być aktywnym w nocy. Chyba na tej zasadzie ją lubiłem.
W pewnym momencie popatrzyłem na Monikę i zdałem sobie sprawę, że nasza znajomość była wyjątkowa jeszcze z innego powodu. Niespotykane było to, że nic o sobie nie wiedzieliśmy. Nie pytaliśmy się nawzajem czym zajmujemy się na co dzień. Nie miałem pojęcia czym zajmuje się Monika, czy pracuje, czy może wciąż gdzieś się uczy, nie wiedziałem ile ma lat, skąd jest i tak dalej. Podobnie ona nie wiedziała nic o mnie, może oprócz tego, że byłem miejscowy. Jedyne informacje jakie wymieniliśmy to nasze imiona, które były raczej niezbędne do prowadzenia konwersacji. Byliśmy dla siebie w pewnym sensie anonimowi, co nawet mi się podobało. Chciałem żeby tak pozostało, chciałem byśmy nie wiedzieli o sobie nic więcej, nie miało dla mnie żadnego znaczenia czym zajmuje się Monika i kim naprawdę jest. Być może te informacje zmieniłyby mój sposób patrzenia na nią a tego nie chciałem. Podobnie gdyby ona próbowała wyciągnąć coś ze mnie, to znajomość straciłaby coś ze swojej wyjątkowości.
Doszliśmy w końcu do lokalu, który na pierwszy rzut oka wyglądał na mocno oblegany. Z wewnątrz dobiegały przytłumione dźwięki jakiejś muzyki. Na zewnątrz stało sporo rozbawionych ludzi, którzy najwyraźniej wypili nieco więcej od nas. Pewnie dlatego nie mogliśmy zrozumieć ich poczucia humoru, którym próbowali nas częstować. W pewnym momencie objąłem Monikę i zacząłem prowadzić do wejścia. Na szczęście nie zaprotestowała, co było dla mnie milczącym przyzwoleniem. Oczywiście zrobiłem to tak spontanicznie jak tylko potrafiłem. Cała moja uwaga była skierowana na rozbawione towarzystwo stojące na zewnątrz lokalu. Na szczęście nie byli to ludzie szukający pretekstu do zaczepki. Byli po prostu ostro wcięci i chcieli się bawić. Zorientowali się jednak dość szybko, że nie podzielamy ich entuzjazmu i zostawili nas w spokoju. Wszedłem z Moniką do środka i nawet nie zauważyłem kiedy ona mnie objęła. Był to dla mnie jednoznaczny sygnał akceptacji mojej osoby. Nie wiedziałem ile z tej akceptacji było sprawą alkoholu, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Najwyraźniej nadawaliśmy sygnały, które się ze sobą zgadzały, nie ważne z jakiego powodu.
Muzyka była już teraz wyraźnie głośniejsza, musiałem mówić głośniej, by ktokolwiek mnie zrozumiał. Kupiłem dwa bilety, które były drogie, ale nie mogłem się dziwić – w końcu środek sezonu. Zresztą w gruncie rzeczy cena biletów nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Gdyby kosztowały więcej również bym zapłacił, bo były dla mnie dużo warte. Weszliśmy do lokalu, na parkiecie bawiło się sporo ludzi, stoliki prawie całkowicie oblężone, trudno było znaleźć jakiekolwiek miejsca. Pod sufitem masa świateł błyskała w takt muzyki, od czasu do czasu stroboskop omiatał swoim rażącym światłem. Atmosferę dopełniał sztucznie tworzony dym. Nie brakowało również dymu papierosowego, do którego musiałem się przyzwyczaić, bowiem zawsze na początku odrzucało mnie od niego. Obszedłem z Moniką lokal w poszukiwaniu jakiegoś wolnego stolika. Oczywiście nic nie znaleźliśmy, ale udało się przysiąść do jakiejś pary. Obsługa w lokalu była chyba sprawna, bo ledwo po tym jak usiedliśmy pojawiła się urocza barmanka i uśmiechając się zawodowo spytała, czy nie chcemy czegoś zamówić. Monika stwierdziła, że na razie nie ma ochoty nic pić, ja natomiast miałem ochotę na następne piwo i nie zamierzałem z niego zrezygnować. Monika wydawała się pełna energii, nie mogła chyba usiedzieć i szturchając mnie namawiała byśmy poszli tańczyć. Muzyka jaka wówczas grali niezbyt mi odpowiadała, ale doszedłem do wniosku, że pójdę się trochę rozruszać po tym jak dostanę piwo. Niedługo potem przyszła barmanka z piwem, zapłaciłem, wziąłem dużego łyka, po czym wstałem i udałem się w stronę parkietu. Monika poszła tam troszkę wcześniej i jak dochodziłem widziałem jak tańczy i uśmiecha się w moją stronę. Zacząłem tańczyć solo i szło mi trochę niemrawo jak zawsze na początku. Zresztą muzyka nie była dla mnie rewelacyjna, zawsze wolałem tańczyć przy innych kawałkach. Po chwili jednak było mi już wszystko jedno i wyginałem się na różne sposoby. Chociaż muzyka się do tego nadawała, to jednak nie chciałem tańczyć z Moniką, po prostu nie potrafiłem tego robić, wolałem sam się wygłupiać przy szybkich kawałkach, tak – wygłupiać się, bo trudno inaczej nazwać to, co robiłem na tym parkiecie. Nie przeszkadzało mi oczywiście to, że nie byłem rewelacyjnym tancerzem ponieważ liczyło się tylko to, że to ja się bawiłem. Taniec z kobietami wykonywałem jedynie przy wolnych utworach, kiedy to główną przyjemność czerpałem z przytulania się a nie z tańca, który był w przybliżeniu przestępowaniem z nogi na nogę. Monika chciała mnie chyba jednak zaciągnąć do wspólnej zabawy bo przesunęła się w moją stronę i wyciągnęła rękę. W tym momencie zbliżyłem usta do jej ucha, bo inaczej nie dało się niczego powiedzieć
− Nie mam zdolności do tańca w parze – wykrzyczałem prawie w jej kierunku.
− Nie szkodzi – uśmiechnęła się już mocno rozgrzana – nauczysz się.
− No dobra, niech będzie. W końcu pod koniec życia można nauczyć się tańczyć.
Monika wzięła mój tekst za żart i uśmiechnęła się trochę sztucznie, bo nie mogła znaleźć w nim nic śmiesznego. Po chwili przechodziłem przyspieszoną edukację w zakresie tańca dyskotekowego. Owa edukacja dostarczała mi sporo zabawy, śmialiśmy się oboje z tego, co wyczyniałem. Nie raz zdarzyło nam się stuknąć o siebie w wyniku moich tanecznych pomyłek. Do zadania podchodziłem z pełną powagą i starałem się jak mogłem. Strasznie pojętny chyba nie byłem, ale powoli czyniłem postępy, w zasadzie bardzo powoli. Nie miało to jednak znaczenia, najważniejsze było to, że bawiłem się przy tym całkiem nieźle. Ochoczo próbowałem swoich sił w kolejnym tańcu, kiedy zdałem sobie sprawę, że minęło już sporo czasu a ja wciąż szalałem. Od czasu do czasu podnosiłem głowę do góry i patrzyłem w światła migające mi przed oczami. Po jakimś czasie wczułem się na dobre w atmosferę i odczuwałem autentyczną przyjemność z moich tanecznych wygłupów. Nie byłem jednak w treningu i po paru utworach zmęczyłem się już dość mocno. Potańczyłem jeszcze trochę po czym wolno zszedłem z parkietu, chciałem trochę odpocząć. Monika chyba też się zmęczyła edukowaniem mnie, bo po chwili zobaczyłem ją obok. Czułem, że mam spoconą twarz, ciepło świateł przyczyniło się również do tego.
− Chyba się trochę zmęczyłeś, co? – uśmiechnęła się do mnie.
− Nie te lata, brak treningu. Nie wiedziałem, że taniec w parze jest tak wyczerpujący.
− Jak na początek to całkiem nieźle sobie radziłeś.
− Chodźmy do stolika – skinąłem głową w bliżej nieokreślonym kierunku. Po chwili znaleźliśmy nasz stolik, przy którym nie było już nikogo. Moje piwo wciąż stało, przybyły jeszcze dwa. Najwyraźniej tamta para poszła się bawić. Usiedliśmy przy stoliku, kiedy zauważyłem, że loża, która była do tej pory zajęta stała całkiem pusta. Myślałem, że chwilowo ktoś ją opuścił, ale nie było przy niej żadnych rzeczy, które mogłyby na to wskazywać.
− Zobacz – wyciągnąłem rękę w kierunku loży – może się tam przesiądziemy?
− Nie jest zajęte?
− Nie wiem, może jest, ale nie wygląda na to.
Miejsce było kuszące. Na pewno przyjemniej jest siedzieć w loży niż przy stoliku, zwłaszcza z kobietą. Monika wstała z krzesła i spojrzała na mnie wyczekująco. Wziąłem piwo i poszliśmy do loży, która znajdowała się na samym rogu lokalu. Było tam trochę ciszej co oznacza, że było po prostu głośno. Wszędzie indziej było bardzo głośno i trudno było rozmawiać. Nie miało to dla mnie jednak większego znaczenia, bo w tamtej chwili nie miałem ochoty na jakiekolwiek rozmowy. Usiedliśmy w loży, postawiłem piwo na stoliku i położyłem rękę na ramieniu Moniki. Od chwili gdy zszedłem z parkietu zdążyłem już nieco ochłonąć chociaż od tamtego czasu minęła dosłownie chwila. Wówczas doceniłem zimne piwo, które chwyciłem w lewą dłoń i piłem z ogromną przyjemnością. W pewnym momencie Monika oparła się o mój prawy bok, czułem jej rozgrzane ciało, od którego dzieliło mnie przecież moje i jej ubranie. Cała ta sytuacja miała specyficzny, przyjemny seksualny charakter. Monika wzięła moje piwo i wypiła trochę, po czym zrobiła minę jakby coś jej w nim nie smakowało.
− Dziwne to piwo – powiedziała trochę z niesmakiem.
− Mnie smakuje, kwestia gustu – odparłem.
− Jest za gorzkie, co to za piwo?
− Nie wiem – zaśmiałem się – barmanka coś mi zaproponowała i nie pamiętam już co to było. Wiem tylko, że się zgodziłem bo takiego jeszcze nie piłem. Dla mnie nie jest ono takie złe. Co prawda rewelacyjne też nie jest, ale może być.
Siedzieliśmy tak przez jakiś czas przytuleni. Nie wymienialiśmy ze sobą żadnego słowa, osobiście nie miałem takiej potrzeby, ona chyba też. Wystarczająco dużo rozmawialiśmy już przedtem, cisza nie wydawała się męcząca, wręcz przeciwnie – była bardzo przyjemna. Mógłbym tak siedzieć bardzo długo i czerpać przyjemność z chwili nie mówiąc nic. Wszelkie słowa były zbędne, popsułyby tylko przyjemny nastrój jaki się wytworzył. Siedząc tak popijałem piwo i patrzyłem na rozbawionych ludzi, którzy tańczyli na parkiecie. Od czasu do czasu jakieś światło błyskało słabo w naszym kierunku. Czas płynął mi bardzo szybko mimo tego, że siedziałem prawie bez ruchu. Po piwie została tylko resztka piany na dnie. W pewnym momencie zauważyłem, że na parkiecie ruch nieco ustał i wtedy zobaczyłem ściskające się pary, które obracały się wolno dookoła. Szturchnąłem lekko Monikę, która zdawała się być trochę zmęczona alkoholem.
− Może zatańczymy? – powiedziałem dość głośno w jej kierunku, bo miałem wrażenie, że trochę przysypia. Monika powoli odwróciła głowę i spojrzała na mnie przymrużonymi oczami.
− Co mówiłeś?
− Zatańczymy? – powtórzyłem ponownie już nieco ciszej. Monika popatrzyła w stronę parkietu, wyswobodziła się spod mojego ramienia i wstała wolno. Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się.
− Chodź bo zaraz tutaj zasnę – powiedziała już nieco ożywiona.
Wstałem szybko i poszedłem z nią na parkiet. Wcisnęliśmy się miedzy ludzi, Monika zarzuciła mi ręce na szyje, moje powędrowały na jej biodra. Zaraz potem splotłem je na jej plecach. Ruszaliśmy się wolno, nasze ciała przywierały do siebie. Nie mogłem rozszyfrować co oznaczały przydługawe spojrzenia, chociaż mogłem się tego domyślać. Kiedy zbliżałem swoją twarz do jej szyi czułem subtelny zapach perfum, które dodatkowo pobudzały moje zmysły. Nigdy nie lubiłem zbyt mocno perfumowanych kobiet. Nie lubiłem jak ciągnęły za sobą sznur zapachowy, który można było wyczuć z daleka. Było to wówczas zdecydowanie aseksualne, zapach nie pobudzał tylko odrzucał. Inaczej było w przypadku, gdy można go było wyczuć z bliska wysilając nieco zmysł powonienia. Taki zapach drażnił moje nozdrza, kojarzyłem go wówczas z zapachem kobiety, do której należał. Podczas tego wolnego tańca czułem coraz bardziej jak rodzi się u mnie pożądanie, pożądanie, które narastało. Narastało wolno, ale systematycznie. Już przy pierwszym spotkaniu czułem je lekko, lecz teraz czułem już w spodniach. Nie miałem zamiaru ukrywać tego faktu i ze względu na bliskość naszych ciał Monika wyczuła je z pewnością choć nie zauważyłem tego po niej. Czułem jednak, że nie jest to dla niej obojętne, sama również zdawała się być pod wpływem mojej osoby. Byliśmy omamieni nawzajem, sytuacja chyba najlepsza z możliwych. Dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że im dłużej przebywałem z Moniką tym większe pożądanie we mnie budziła, miałem ochotę na zaspokojenie mej zwierzęcej chuci. W takich właśnie sytuacjach byłem najbardziej podatny na manipulację ze strony kobiet. Wynikała ona z chęci zaspokojenia mojego pożądania i przekonaniu w szybszym dojściu do celu dzięki ustępliwości, co było raczej błędnym przekonaniem. Tak się jednak składało, że zazwyczaj kobieta manipulowała w sytuacji, kiedy sama nie była pewna swoich zamiarów. Cała manipulacja i gra obydwu stron była rzeczą na wpół świadomą, inaczej było ze mną gdzie sporo analizowałem swoje zachowania szukając ich prawdziwych motywów. W wyniku tej psychoanalizy doszedłem, jak mi się wydawało do stanu, w którym postępowałem świadomie i świadomie dawałem sobą manipulować w niektórych sytuacjach. Zdawało mi się, że poznałem główne mechanizmy kierujące psychiką kobiet we wczesnych relacjach damsko męskich, co opierałem na obserwacji własnych doświadczeń jak również doświadczeń innych. Wczesna znajomość z kobietą o charakterze seksualnym kojarzyła mi się z grą, która jednak nie musiała być taką, w której ktoś przegrywa. Moje zamiary były dla mnie jasne i niejasne dla drugiej strony oczywiście. Zdarzały się jednak wyjątki, gdzie mogłem grać w otwarte karty, to była cudowna gra, gra świadomości wzajemnych oczekiwań. W tym jednym przypadku grałem fair. W pozostałych byłem skurwysynem, tak – byłem skurwysynem, co wynikało z odmiennych oczekiwań moich i drugiej strony. Nigdy nie udało mi się przekonać kobiety do swoich poglądów w kwestii moich oczekiwań. Zdawałem sobie jednak sprawę, że potrzebuję kobiet jak wody. Potrzebowałem ich dla swojej psychiki, którą chciałem karmić zadowoleniem z siebie, potrzebowałem by rozładować napięcie, napięcie mojej chuci, zwierzęcej chuci, która we mnie wzbierała. Moje oczekiwania były jednak takie, że nie chciałem korzystać z domów publicznych. Moje zadowolenie było bowiem pełne, gdy one były również zadowolone. To komplikowało nieco sprawę, ale czyniło grę bardziej interesującą. Przegrywałem gdy grałem, a skazany byłem z góry na porażkę, po prostu źle zinterpretowana sytuacja, która świadczyła o dobrej manipulacji ze strony kobiety. Czasem one chciały być w centrum uwagi, ale to wszystko. Robiły wszystko, by się w owym centrum utrzymać i dobrze wiedziały, że tylko ich seksualne walory mogą je tam zaprowadzić. Taki błąd przytrafiał się jednak rzadko, zdobywałem wprawę we wczesnym wykrywaniu takich przypadków. Najgorszą porażką była sytuacja, gdy kobieta kusiła lecz chciała bym ja dał jeszcze więcej, bym zakochał się. To nieświadoma ich gra, instynktowna gra, która nie była dla mnie. One wchodziły wówczas na drogę, na której ja nie chciałem postawić stopy, na drogę wzajemnego uzależnienia. Problem ze mną polegał na tym, że nie dawałem się tam wciągnąć jak ślepe, omamione ciele, które idzie za korzystną w danej chwili sytuacją. Potrafiłem zrezygnować z chwilowego zadowolenia, by nie popaść w uzależnienie. Uzależnienie od kobiety nie było dla mnie fascynującą perspektywą. Wolałem przegrać, stracić cały zainwestowany czas, odczekać, odcierpieć, zapomnieć. Czasem niestety wycofywałem się w ostatniej chwili tak, że już mocno bolało. Wówczas musiałem przyznać, że kobieta była ode mnie sprytniejsza, omamiła mnie niemal doskonale, wówczas zostawał jakiś ślad, który goił się trochę dłużej lecz zawsze moja świadomość idealnie leczyła rany, byłem w tym perfekcyjny. Byłem chyba samotnym samcem ceniącym sobie wolność i przelotne znajomości. Jeśli miałbym dać się wciągnąć w coś więcej, to nie mogłoby to ograniczać mojej wolności. Niestety wszystkie kobiety miały to do siebie, że chciały wyłączności, ich chęć posiadania była tak duża, że dusiłem się, uciekałem. Ten biologiczny mechanizm został jednak doprowadzony do perfekcji i dość trudno było mi z nim walczyć. Byłem poddawany tym samym biologicznym mechanizmom, co każdy inny samiec. Tylko odpowiednio silna świadomość mogła mnie wyzwolić. Pielęgnowałem ją więc starannie tak, by chroniła mnie w sytuacjach krytycznych. Kiedy zaś wygrywałem ową grę? Wówczas gdy od początku trafnie oceniałem oczekiwania drugiej strony i tak manipulowałem całą sytuacją, by wziąć to co chcę i odejść. Odchodziłem jawiąc się jako skurwysyn, no cóż – była to cena mojego uzależnienia od kobiet, czasem miałem wyrzuty sumienia lecz przeważnie miałem na nie lekarstwo. Raniłem więc czyjeś uczucia z pełna premedytacją, by potem w kontrolowany i zaplanowany sposób pozbyć się wyrzutów sumienia, które się w ten sposób rodziły. Zauważyłem, że wyrzuty sumienia były tym większe im inteligentniejsza była kobieta. Na szczęście inteligentnych kobiet spotykałem niewiele, co znakomicie ułatwiało mi życie.
− Chodźmy stąd, dobra? – powiedziała nagle Monika i wyrwała mnie tym z zamyślenia w jakim tkwiłem przez dłuższy już czas. Popatrzyłem na nią pytająco, bo zaskoczyła mnie nieco tą propozycją. Wydawało mi się, że bawi się nieźle – Chcę się trochę przewietrzyć, duszno tu – dodała.
− W porządku, źle się czujesz?
− Nie, nie, po prostu chcę się trochę przewietrzyć.
Wyszliśmy powoli z lokalu, był środek nocy, na zewnątrz było już znacznie mniej ludzi, nieliczni siedzieli gdzieś popijając piwo. Było nieco chłodniej, ale rozgrzany tego jeszcze mocno nie czułem. Latarnie skupione wokół główniejszych lokali rozświetlały nieco ciemność, widziałem jak jakieś owady krążą wokół lamp jakby spragnione światła. Odwróciłem się w stronę Moniki, uśmiechnęła się do mnie. Chwyciłem ręką jej szyję, była przyjemnie ciepła, dużo cieplejsza od mojej dłoni. Monika przymrużyła oczy i skręciła nieco głowę. Przysunąłem się do niej powoli, przesunąłem powoli palce po szyi by w końcu chwycić nimi podbródek i przekręcić powoli twarz w moją stronę. Monika otworzyła oczy jakby nieco zdziwiona i ciekawa zarazem, jej oczy wydawały mi się jakby większe, źrenice mocno rozszerzone, jakby chciały pochłonąć każdy skrawek światła jaki do nich docierał. Przysunąłem swoją twarz i delikatnie dotknąłem swoimi ustami jej ust, czułem mieszankę zapachu perfum i wydychanego przez nią ciepłego powietrza, które przyjemnie muskało mi twarz. Po chwili spletliśmy się w szczelnym uścisku i daliśmy lepiej poznać się naszym językom.
− Przejdźmy się gdzieś – zaproponowałem.
− Gdzie? – spytała.
− Gdziekolwiek, przed siebie – wskazałem ręką w ciemność z dala od wszelkich lokali.
− Boje się, tam jest za ciemno, nie lubię ciemności. Ty za to pewnie ją uwielbiasz, co?
− Skąd ten wniosek?
− Jesteś w końcu tym Księciem Ciemności, czy nie? – zaśmiała się głośno.
− Ano – odpowiedziałem zdawkowo myśląc, gdzie pójść by nie spaprać całej tej sytuacji.
− Nie sądzisz, że jest to nieco zabawne, że mimo całkowicie innych poglądów jakoś się jednak dogadujemy, coś nas jednak do siebie ciągnie.
− Uważasz, że to coś dziwnego? Ludzkie instynkty nie potrzebują zgodności poglądów, nie sądzisz?
− Sprowadzasz to tylko do instynktów?
W tym momencie poczułem się dziwnie niepewnie, bo wiedziałem, że Monika zaczyna wchodzić w strefę dyskusji, gdzie powinienem szczególnie uważać na to co mówię, ponieważ w takich sytuacjach mówiłem co innego niż myślałem. Domyślałem się, że oczekiwała, iż zacznę zachwycać się jej osobą, idealizować ją, doszukiwać się czegoś poza seksualnego w niej, co mnie pociąga tymczasem dobrze zdawałem sobie sprawę, że to tylko jej seksualna atrakcyjność jest dla mnie magnesem. Na takie sytuacje miałem przygotowane niezawodne teksty, które były zadowalające dla kobiet i jednocześnie tak niejednoznaczne, że mogłem oszukiwać niejawnie. Już miałem zacząć coś mówić, gdy Monika przerwała moje zamyślenie:
− Masz rację, to tylko instynkt – powiedziała nieco zawiedziona.
− Czy tak powiedziałem?
− Nie, ale czytam w myślach – zaśmiała się – Nie sądzisz jednak, że jest to trochę smutne. Trochę smutne jest to, że gra tu tylko instynkt.
− Nie, gram tu jeszcze ja – roześmiałem się – W końcu kuszę cały czas, a kuszenie jest co prawda sprawą instynktowną lecz w moim przypadku jest ono również po części wypracowane, udoskonalone. – Mówiąc to objąłem Monikę i zacząłem iść w kierunku baru, z którego przyszliśmy na disco.
− To twoje kuszenie nie jest chyba takie całkowicie złe – uśmiechnęła się.
− Zawsze mówiłem, że korzystają na tym wszyscy, że nie ma ofiary a jeżeli już nazywać ofiarą skuszonego, to jest to ofiara całkowicie zadowolona z tego całego kuszenia.
− Jak sądzisz, nasza znajomość skończy się na tym jak wyjadę? – spytała nagle jakby z obawą w głosie.
− Chyba tak – odparłem – No chyba, że przyjedziesz tu jeszcze kiedyś i pójdziesz na klif, spojrzysz na dół i pomyślisz o mnie – uśmiechnąłem się.
− Jak to? Nie rozumiem.
− Widzisz, ja tam będę – powiedziałem patrząc w górę – O, zobacz! Niebo jest bezchmurne, widać gwiazdy, piękny widok, prawda? Moniko – będę tam na klifie kiedy przyjedziesz, tam mnie znajdziesz.
− Może ty byś tak kiedyś do mnie przyjechał, co?
− Tylko w myślach Moniko, tylko w myślach.
− Nie rozumiem.
− Świat fizyczny jest jednym wielkim ograniczeniem, lecz myśl jest wszechmocna – może być wszędzie gdzie zechcesz, nie ma więc żadnych przeszkód byśmy byli myślami blisko.
− Żartujesz sobie – odparła nieco zirytowana.
− Tak, żartuje sobie – uśmiechnąłem się – Tak na serio to być może się spotkamy, nie widzę powodu dlaczego nie mogłoby tak być. Może jeszcze kiedyś odwiedzisz rodziców a może kiedyś ja odwiedzę ciebie.
− Może, może – nie lubię tego słowa. Chyba, że łączy się je z zapomnieniem. Może to coś, co daje jakąś nadzieję tymczasem lepiej nadziei nie mieć.
− To fakt. Im bardziej za czymś gonisz tym bardziej to coś ucieka przed tobą. Im bardziej chcesz tym gorzej wychodzi, im bardziej czekasz tym bardziej się dłuży. No cóż, nie jest to jednak tak proste, by pozbyć się pragnienia tej pogoni. Zawsze mimo wszystko coś jest w tobie co chce gonić. Nie mówię akurat o naszej sytuacji tylko ogólnie o wszystkim. Wyrzekanie się nie ma sensu.
− Jak to? Zawsze jest coś, czego musisz się wyrzekać, odrzucać.
− Im bardziej coś odrzucasz tym bardziej jesteś z tym związana. To jest oczywiste tylko problemem jest by się nie wyrzekać, kiedy ty właśnie chcesz to robić. Pragnienie wyrzekania nie jest procesem rozumowym, rodzi się jakby samo z siebie. Nawet próba zrozumienia istoty danej rzeczy nie przekreśla tego pragnienia, które gdzieś głęboko tkwi w podświadomości. Czasem się udaje, czasem nie, nie umiem sprecyzować kiedy jest tak a kiedy inaczej.
− A więc to nasze gdybanie, co do spotkania jest nie do obejścia? Myślę, że się mylisz. Mylisz się dlatego, że prędzej czy później zapomnimy o sobie, zajmiemy się swoimi sprawami. Potraktujemy owe spotkanie jako epizod w naszym życiu.
− Tak, to prawda, zapomnienie to tylko kwestia czasu. Ale to co będzie kiedyś, to co nas kiedyś spotka nie powinno psuć chwili obecnej, nie sądzisz?
− W jakimś sensie jednak psuje – Monika popatrzyła w stronę pobliskich świateł.
− To tylko kwestia skali Moniko. Moglibyśmy znać się przez lata, ale prędzej czy później musielibyśmy zapomnieć.
− No i co z tego? Co z tego, że to kwestia skali? Nie sądzę, żeby to było to samo. Jesteśmy ludźmi i w tym świetle duża skala to po prostu duża część życia, które można traktować jako całość, a nie tylko większą skalę.
− OK, można to i tak rozumieć. W każdym razie chodziło mi o to, że nie ma sensu myśleć o przyszłości, ponieważ nie jest ona rzeczywistością w tym momencie. Jakbyś myślała ciągle o przyszłości, to zawsze znalazłabyś moment, kiedy ludzie muszą się rozstać. Czy ten fakt psułby ci mocno zadowolenie z chwili obecnej?
− Nie, nie jest tak całkiem jak mówisz. Sięgam w przyszłość niedaleko. Podobnie jak jesteś gdzieś na urlopie to na początku nie myślisz o jego końcu, ale gdy urlop się kończy to dociera do ciebie myśl, że to już końcówka.
− No tak, masz rację. Potraktujmy więc przyszłość jako coś niewiadomego, niekoniecznie koniec wszystkiego, będzie wtedy lepiej?
− Znowu wkracza jakieś oczekiwanie. Ale zakładając atrakcyjność tej znajomości dzięki jej przelotnej naturze, to rzecz jest do przyjęcia – Monika zwolniła nieco krok by pocałować mnie tym razem z własnej inicjatywy – A jak ty do tego podchodzisz? – zapytała nagle.
− Otwieram serce na wewnętrzną ciemność – zaśmiałem się.
− A tak serio?
− Mówię serio. Wewnętrzna ciemność to wszystko czego chcesz się wyrzec, odrzucić i zgnieść. Jeśli uczepisz się tego, to nie pozwolisz temu odejść, jeśli zaś potraktujesz to jako coś przejściowego i zaakceptujesz w sobie to odejdzie samo. Wewnętrzna dlatego, że jest w tobie, wszystkie negatywne emocje, odczucia i tak dalej tkwią w tobie. Są ciemne bo ich nie chcesz, chcesz je wyprzeć. Otwarcie serca to nic innego jak akceptacja, zniesienie muru, który stawiasz wewnątrz siebie. To takie moje powiedzonko, które może być jeszcze inaczej interpretowane, wolę jednak wersję angielskojęzyczną.
− Open heart for internal darkness?
− Właśnie.
− Czy faktycznie jest to takie cudowne jak sugerujesz?
− Co, co takiego ma być cudowne?
− No wiesz, cała ta twoja ciemna droga, te wszystkie rzeczy, o których tyle powiedziałeś.
− Wydaje się cudowne na początku, lecz ma swoje ograniczenie, granicę, której nie sposób przekroczyć.
− Jakaż to granica? Szatan ma jakieś granice?
− Oczywiście, że ma. W końcu Bóg jest od niego silniejszy. Godzę się jednak z tym, przyjmuję to ograniczenie, nie potrafię żyć inaczej.
− No dobrze, powiedz w końcu co to za ograniczenie.
− Ego, ograniczeniem jest ego, Szatan go nigdy nie przekroczy. Nie przekroczy go i nie stanie ponad nim. Ego nim rządzi, wyznacza wszystkie jego posunięcia. Jednym słowem Szatan jest sługą ego natomiast Bóg jest jego panem. Dopóki ludzie nie przekroczą własnego ego zawsze będą sługami Szatana. Tak jak powiedziałem fundamentem jest egoizm a więc ego. Odrzucenie ego to zburzenie całej ciemnej drogi, bez ego nie może ona istnieć, nie może istnieć Szatan.
− Ale każdy przecież ma własne ego.
− Zgadza się, każdy prawie jest jego sługą i dzięki temu Szatan ma wciąż wielką siłę.
− To jest właśnie to ogromne ograniczenie?
− Tak.
− Dlaczego zatem wiedząc o tym ograniczeniu cały czas przedstawiałeś mi ciemną drogę jako coś, co jest warte by nią iść.
− Bo wejście na ciemną drogę jest doskonałą psychoanalizą, jest idealnym przystankiem, na którym można się zatrzymać, jest o krok bliżej do świadomości i zrozumienia samego siebie. Pomaga odkryć to co jest w tobie, czego często się wypierasz.
− No dobrze, ale ty przeprowadziłeś już chyba tą psychoanalizę. Skoro zdałeś sobie sprawę z ograniczeń tej drogi to cóż ci pozostało?
− Uwolnić się od Szatana.
− Chcesz zatem zburzyć cały swój światopogląd?
− To chyba jedyne wyjście, ale wiem, że nie potrafię tego zrobić. Z jednej strony wiem, że to jedyne wyjście, ale z drugiej zdaje sobie sprawę, że nie jestem w stanie tego zrobić, zatrzymałem się w rozwoju po prostu.
− Zatem nie uwolnisz się od niego.
− Uwolnię się na inny sposób.
− Jaki?
− Zabije się – roześmiałem się tak głośno, że ludzie z pobliskiego baru popatrzyli w naszą stronę – zabije się Moniko i ucieknę od niego w ten sposób. Zabijając się pozbędę się swego ziemskiego ciała, pozbędę się również ego.
− Co ty bredzisz? – zapytała nieco zaniepokojona.
− Oczywiście, że bredzę Moniko. Chociaż wiem, że jest to jakieś wyjście, to jednak pozbawienie się życia nie jest takim prostym posunięciem. Zbyt wielki instynkt samozachowawczy tkwi we mnie, by posunąć się do takiego rozwiązania, muszę znaleźć inne wyjście – powiedziałem przekonująco chociaż sam dobrze wiedziałem, że nie jest to prawda. Byłem już bowiem zdecydowany na odejście, ale nie chciałem o tym z Moniką dyskutować, bo wtedy wspaniały wieczór jaki mi się przytrafił skończyłby się właśnie w tym momencie. Byłem przekonany o swoich zamiarach, zdawałem sobie sprawę jak głęboko wlazłem w pułapkę i wiedziałem, że nie starczyłoby mi życia by z niej wyjść. Nie chciałem jednak o tym rozmawiać, sam byłem zdziwiony w jaki sposób przeszliśmy do tego tematu.
− Wiesz co – zamilkła na chwilę bym zwrócił na nią uwagę po czym dodała – dziwny jesteś.
− Może troszkę – uśmiechnąłem się – nie przesadzaj znowu tak bardzo, przecież dużo z tego co mówię przynajmniej przez ostatnie parę minut to takie sobie żarty. Nie bież zbyt serio tego wszystkiego, to znaczy tego o ucieczce od Szatana.
− A właśnie, jak to jest z tym Szatanem? Już nim nie jesteś? Przecież jakiś czas temu podawałeś się za niego – szturchnęła mnie przekornie w bok – Teraz mówisz, że jesteś jego sługą a wcześniej właśnie za niego się podawałeś.
− No widzisz, poplątało mi się – przyspieszyłem nieco krok, który był już ekstremalnie wolny – Z tym Szatanem to sprawa trochę zawikłana, tak naprawdę to nie wiadomo, gdzie on jest. Jeśli jest poza mną to z pewnością jestem jemu niezwykle przydatny.
− Dlaczego?
− Dlatego, że czasem nakłaniam ludzi do tego, by oddali się swemu ego, wstąpili na ciemną drogę, nakłaniam ich zatem do służby Szatanowi.
− A więc to tak, ja myślałam, że faktycznie myślisz o tym wszystkim jako o czymś wartym poświęcenia się.
− Tak, właśnie tak. Ja nie widzę innego wyjścia, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z jego ograniczeń. Po prostu jest to wyjście dla mnie najlepsze.
− Najlepszym wyjściem jest służyć Szatanowi?
− Na to wygląda, służba Bogu to obłuda polegająca na tym, że Szatana nazywa się Bogiem, chciałem ci to cały czas pokazać.
− Chcesz powiedzieć, że tak jak ty służę również Szatanowi? Ciekawych rzeczy się o sobie dowiaduję – zaśmiała się ironicznie.
− Dokładnie, ale jesteś tego nieświadoma, to już najgorsze co może być. Nieświadomość własnego ego jest idealna z punktu widzenia służby jemu.
Monika nagle zatrzymała się i popatrzyła na mnie uważnie. W jej oczach widać było jakąś niepewność co do mojej osoby. W tym momencie nie wiedziała już chyba z kim ma do czynienia. Widziałem jak tajemniczość mojej osoby odbija się w jej spojrzeniu. Nie wiedziała już chyba czy jestem jakiś nawiedzony czy tak sobie tylko gadam.
− Powiedz szczerze – złapała mnie za pasek od spodni – wierzysz w Szatana?
− Gdybyś pomyślała trochę, to sama odpowiedziałabyś sobie na to pytanie. Ale skoro już chcesz wygodnej odpowiedzi to powiem, że nie wierzę. Jak mogę w niego wierzyć skoro powiedziałem, że jestem ateistą? Szatan to symbol, tylko symbol, symbol jednak bardzo specyficzny, przemawiający do wyobraźni. Szatan jest symbolem całej tej ciemności wewnątrz nas. Istnieje w umysłach wszystkich ludzi, niektórzy wierzą w niego osobowo i to tworzy jego siłę, siłę symbolu.
− Skoro jest symbolem ciemności to czyżby Open heart for internal darkness znaczyło to samo co Open heart for Satan?
− Tak, chyba tak – zaśmiałem się – nie myślałem o tym w ten sposób. Ale jeżeli przyjąć, że Szatan to symbol nie zmienia to w żaden sposób treści tego powiedzonka. Byłoby tak gdyby Szatan był jedynie symbolem. Dla ciebie pewnie znaczenie się zmienia bo wierzysz, że Szatan faktycznie istnieje.
− Tak, zdecydowanie zmienia.
− No to zostańmy przy pierwszej wersji. Wiesz, co – zamilkłem przez chwilę – dość mam już trochę tych wszystkich Szatanów. Nie lepiej po prostu cieszyć się tą piękną gwiaździstą nocą i czerpać z niej maksimum przyjemności? Mam wrażenie, że najpierw ja męczyłem cię z ciemną drogą a teraz ty podchwyciłaś trochę temat i męczysz mnie dla odmiany.
− Bo ja wiem – zastanowiła się – Nie sądzę, żeby mnie to tak bardzo męczyło. No może trochę, ale teraz jakby odżyło. Po prostu irytuje mnie nieco.
− Mam wrażenie, że z niczego robisz coś wielkiego. Ja w wielu przypadkach żartowałem, poza tym możemy o tym pogadać później, dlaczego akurat teraz w środku tej cudownej nocy?
− A gdybym chciała wejść na ciemną drogę? Rozmawiałbyś?
− Nie, nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia.
− Powinno mieć. W końcu tyle się nagadałeś. Gdybym to przyjęła, to mógłbyś dowartościować się, że coś to twoje gadanie było warte.
− Szybko się uczysz Moniko, ale uwierz, że nie potrzebuję się dowartościowywać w tym względzie.
− Dobrze, już dobrze, chodźmy więc – Monika uszczypnęła mnie w bok.
− Gdzie zatem zmierzamy?
− Nie wiem, chyba w ciemność.
− Przecież boisz się jej.
− No tak, ale biorąc pod uwagę, że mam przy sobie pana ciemności, to chyba bać się nie powinnam, no nie?
Szliśmy powoli w coraz większy mrok. Latarnie, które oświetlały fragment tego małego miasteczka powoli zostawały z tyłu. Szliśmy tak w kierunku lasku, który tkwił teraz prawie w całkowitej ciemności. Jedynie księżyc przebijający się między pniami drzew dawał jakieś mierne oświetlenie. Lasek znałem prawie na pamięć, więc nie miałem problemu z poruszaniem się po nim. Szedłem w stronę mojego ulubionego miejsca, całkiem instynktownie, nie zastanawiając się. Powietrze było ciepłe, chociaż zaraz po wyjściu z lokalu wydawało się nieco chłodniejsze, była kompletna cisza, bezwietrznie. Wyostrzałem wszystkie swoje zmysły gdyż niewiele mogłem zobaczyć. Cisza była tak przejmująca, że nawet najsubtelniejszy dźwięk nie omijał mojej uwagi. W końcu doszliśmy do miejsca, w którym spędziłem już tak wiele czasu. Przede mną wyłoniło się morze odbijając słabe światło księżyca.
− Ładnie tu teraz, nie? – zwróciłem się w stronę Moniki, którą teraz widziałem lepiej dzięki szczątkowemu światłu jakie docierało od księżyca. Monika nie odpowiedziała na moje pytanie tylko przysunęła się bliżej. Objąłem ją i staliśmy tak przez chwilę. Czułem jej ciepłe ciało przez warstwę naszych ubrań, czułem wzbierającą w sobie żądzę. Gdy zbliżałem swoje usta do jej ust zamknęła oczy oczekując ich spotkania. Czułem na szyi jej nieco przyspieszony oddech. Przesunąłem rękę na jej bluzkę, by po chwili znalazła się na jej piersi, Monika oddychała mocniej i chwyciła mnie mocniej za włosy. Moja ręka wędrowała dalej w dół, w kierunku jej spodni, które zacząłem powoli rozpinać. Czułem, że w każdej chwili Monika może wycofać się z tej sytuacji, ale jej żądza została też mocno rozbudzona. Sięgnęła mi ręką do paska od spodni i nerwowym ruchem próbowała go rozpiąć. Po chwili rozpiąłem jej spodnie i chwytając oburącz powoli zsunąłem wyczuwając pod nimi ciepłe, rozgrzane ciało. Wsunąłem rękę pod jej majtki i powoli przesuwałem w dół aż w końcu dotarłem do ciepłej, wilgotnej pochwy. Monika ścisnęła nieco uda i jęknęła cicho. Działała na mnie niesamowicie, czułem, że spodnie uwierają mnie już zbyt mocno i sam pomogłem je ściągnąć. Po chwili leżeliśmy już na trawie, by zespolić się w szalonym galopie. Wszystkimi zmysłami czułem ją, czułem jak cały się zagłębiam. Monika objęła mnie nogami i odgięła nieco głowę w bok, by zakrzywić twarz w grymasie rozkoszy. Czułem swą olbrzymią chuć, której dawałem upust. Czułem swą olbrzymią energię seksualną, której właśnie dawałem ujście. Oboje braliśmy z siebie wszystko co tylko możliwe. Po jakimś czasie poczułem jak zbliżam się do końca i w tym galopie nawet nie czułem paznokci Moniki, które powoli zagłębiały się w moich plecach. Po chwili leżałem już obok niej po zaspokojeniu własnego pożądania. Leżeliśmy tak oddychając jeszcze szybko, przytuleni do siebie.
− Zimno mi trochę – wyszeptała w moją stronę.
− Ubierzmy się – zaproponowałem oddychając jeszcze szybciej niż normalnie. Monika szukała w ciemności rozrzuconych rzeczy gdy nagle spojrzała w moją stronę.
− Czyżbym została skuszona? – zaśmiała się.
− Żałujesz?
− Nie. Może było to trochę za szybko – mówiła cicho ubierając się powoli.
− Szybko i intensywnie – dodałem.
− Tak, to trzeba przyznać, byliśmy nieźle na siebie napaleni, chyba. Poza tym trochę wypiłam, to na pewno też ma swoje znaczenie.
− Masz wyrzuty sumienia z tym związane?
− Może trochę.
− Nie powinnaś chyba mieć, jeżeli już do czegoś skusiłem to stałaś się pełnoprawną ofiarą – zaśmiałem się – trudno powiedzieć kto tu kogo skusił, ale w każdym razie oboje na tym skorzystaliśmy – dodałem - Chodźmy do mnie – zaproponowałem po chwili.
− Wolałabym wrócić do siebie – odparła po chwili namysłu.
− W porządku, chodźmy więc.
− Mam wrażenie, że to się teraz skończy – powiedziała cicho nie ruszając się z miejsca.
− Co takiego? – odwróciłem się w jej kierunku.
− Nasza znajomość, faceci działają w podobny sposób, niestety.
− Tak, to prawda, zazwyczaj tak jest lecz nie mam ochoty kończyć znajomości z tobą Moniko – przesunąłem delikatnie dłonią po jej policzku, jesteś wyjątkowa.
− Miło mi to słyszeć, ale wiem, że to puste słowa.
− Nie, nie są puste. Jesteś wyjątkowa choćby dlatego, że jesteś ostatnia.
− Będziesz żył w celibacie? – zaśmiała się – Ty?
− A kto powiedział, że będę w ogóle żył.
− Znowu żartujesz, prawda? – zapytała z lekkim niepokojem.
− Sam już nie wiem, chodźmy stąd – odwróciłem się w kierunku lasku. Szliśmy tak bez słowa jak to zwykle robiliśmy przechodząc przez to miejsce. Ledwo po tym jak wyszliśmy na otwartą przestrzeń Monika zatrzymała się.
− Co się stało? – spytałem zatrzymując się zaraz po niej.
− Chodźmy do ciebie, w porządku?
− Jasne – podszedłem do niej bliżej i objąłem – chcesz zobaczyć dom Szatana? – zaśmiałem się. Monika nie odpowiedziała, szliśmy do mojego domu, patrzyłem od czasu do czasu w gwiaździste niebo i zachwycałem się jego widokiem. Z chwilą gdy zaspokoiłem swoje seksualne pragnienie zauważyłem, że nie przestało mi zależeć na obecności Moniki, musiałem stwierdzić, że zauroczyłem się chyba jej osobą. Miałem wrażenie, że nie kontroluję wszystkiego tak jak bym tego chciał. Pożądanie rozszerzyło się poza doznania seksualne i teraz pragnąłem już jej obecności, być może po prostu dlatego, że brakowało mi czegoś. Sam przed sobą bałem się, że być może uczucie to jest czymś więcej niż tylko pożądaniem seksualnym i nie chciałem w gruncie rzeczy by tak było. Nie chciałem już komplikować i tak skomplikowanej własnej sytuacji.
Doszliśmy do mojego domu, otworzyłem szybko drzwi i razem weszliśmy do środka. Monika zapaliła światło i uważnie rozglądała się naokoło.
− Gdzie jest łazienka? – spytała po chwili. Podszedłem do łazienki, zapaliłem światło i otworzyłem drzwi jak portier, co wywołało u niej serdeczny uśmiech.
− Boże, jak ja wyglądam – powiedziała po chwili patrząc w lustro.
− Wyglądasz na zmęczoną, to wszystko.
Monika rozejrzała się po łazience i po chwili spytała
− Mieszkasz sam?
− Widać od razu, prawda? – zaśmiałem się.
− Widać, że nie mieszka tu żadna kobieta.
− No tak, zgadza się. Faktycznie nie trudno zauważyć – powiedziałem powoli. Byłem już mocno zmęczony i miałem ochotę się położyć. Poszedłem do sypialni, zdjąłem szybko wszystko co miałem na sobie i runąłem na łóżko twarzą na dół. Po chwili dźwięk wody z kranu ucichł i usypiając usłyszałem kroki Moniki. Położyła się obok, przekręciłem się na plecy i objąłem ją. Położyła głowę na mojej klatce piersiowej i powoli gładziła po ramieniu. Po chwili oboje pogrążyliśmy się w głębokim śnie.
Ten utwór nie został jeszcze skomentowany.
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















