| Satan.pl > Sztuka > Liryka > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
(kilka utworów bez tytułu)
* * * Duch mój zamieszkał wyludnione miasta i widmem nędzy przepala swe oczy - duch mój gdzieś w dale bezimiennie kroczy, jak pogrzeb, wynoszący trędowatych z miasta. Biją mi głucho popękane dzwony i anioł ciemny prowadzi za sobą - i jak biczownik okryty żałobą, płaczę - a w łzach mych biją nieszczęść dzwony. W zmarzłej dolinie cienia śmierci, gdzie gwiazd migocą sarkofagi, buduję sobie dół - i nagi z płomieniem schodzę w cienie śmierci. * * * Zahuczał wicher - wicher jesienny nad moim sercem - sercem tułaczem - i Anioł senny - Anioł Gehenny już mnie powitał - powitał płaczem. * * * W mym sercu baśni o jutrzence i fantastyczne kwiaty szronu; w mym sercu jakby echo dzwonu; w mym sercu zakrwawione ręce grają na strunach miesiąca odwieczny ciemny hymn. Schodzę w labirynt podziemny - u stóp mych morze się roztrąca. * * * O nocy ciemna, nocy błękitna u stóp Twych leżę, całując Cię - warkoczy Twoich gąszcz aksamitna po wzgórzach gwiezdnych w niebo się pnie. Srebrzą się stawy, szumią potoki i tylko serce w płomieniu burz - idę w puszcz leśnych ciemne wyroki - nocy błękitna - żegnam Cię już. * * * Mój duch łańcuchem skuty do ziemi zwisa się w przepaść piekielnych łon. a kiedy targnie skrzydłami dźwięcznemi głuche się echo ozwie jak dzwon. U stropu mego gwiazda się żarzy serce me niegdyś kochało ją] w przeanieleniu złotych witraży ona się moją syciła krwią. I znowu płynie gwiaździsta rosa pocałunkami morderczych zórz - oh, duszo moja - oh, me niebiosa rzućcie swe płomię w toń zimnych mórz. Nie pragnę słońca - osamotniony - z krzykiem złowieszczym upiornych snów, bogowie mogił - jam był pojony jak wy - ambrozją - i mlekiem lwów. Organy grają Requiem żalu, organy grają Centaurów zgon, jak Damajanti płacze po Nalu, tak burze, wichry, grady i szron - wieczne są we mnie, jak łzy w opalu. * * * Oto mej duszy świątynia - z czarnych, jak miłość, marmurów, gdziem lud spiżowych posągów zaklął nad głębią rozpaczy. Niech wicher morski gra, niech strąca lwów - Poskramiaczy w płynny wulkanów żar - w ogniowy pałac Ahurów. Tu napowietrzny most z bolesnych krwawych stygmatów między górami na morzu, jakoby nici pajęcze - i tu Cię będę niósł, jak chmura porwaną tęczę, na ten najwyższy cypl - w zorzy polarnej dwóch światów. I Tobie oddam regiony, co w skalnych zboczach mej duszy, jak ametysty lśnią: sny prerie; sny jak miesiąc w borze, i tę ścieżynę modlitwy, którą szedł Chrystus raz w mroku. A dla mnie to bezbrzeżne kraterów gasnące morze, upiory świateł, wieczność, której już nic nie poruszy - chyba ten Bóg - co przyszedł mię potępić- w Twoim wzroku. * * * Dni moje - jako borów palących się szum. Noce me - to zbłąkany kometa w niebiosach. Miłość ma - jak przez widma opętany tum. Pieśni me - niby króle ginący na stosach. * * * Na księżycu czarnym wiszę Patrząc w gwiazd gasnących ciszę. W mroku dumnym i bezgłośnym ze strzaskaną harfą snów płynę - szukam jej - Nie odnajdę już. * * * Rycz, burzo! wichrze, potargaj te sznury, w których mię dławi nędzny karzeł - ziemia - i rzuć na przestwór, gdzie duch się oniemia w kabalistyczny poemat natury. Mroku podziemny! Twe głuche urwiska wiodą mnie w grobów zapomnianych szpaler - ja - Prometeusz przykuty do galer - lękam się zimnych gwiazd urągowiska. Ogień tajony serce moje kruszy, jako lodozwał granitową skałę. Pelion na Ossę! morze rozszalałe, wulkany, słońca na zdobycie duszy - i cóż posiadłem? kwiat z niebieskich pól - cichy, bezkresny - niepojęty ból. * * * «I zali nad umarłymi cuda czynić będziesz? I zali kto w grobie opowie miłość Twoją i prawdę Twoją - w ziemi zapomnienia?» Duch mój zamieszkał wyludnione miasta i widmem nędzy przepala swe oczy - duch mój gdzieś w dale bezimienne kroczy, jak pogrzeb, wynoszący trędowatych z miasta. Biją mi głucho popękane dzwony i anioł ciemny prowadzi za sobą - i jak biczownik, okryty żałobą, płaczę - a w łzach mych biją nieszczęść dzwony. W zmarzłej dolinie Cienia śmierci, gdzie gwiazd migocą sarkofagi, buduję sobie dół - i nagi z płomieniem schodzę w cienie śmierci. * * * O, jakież idą srebrne chmury na te olbrzymie czarne szczyty! ... nagły lecący ogień z purpury - gwiazda! jak duch z amfory rozbitej. W tych basztach popękanych są dziwne ulice, w jaskiniach tajnych błyskają światełka - meteor upadł w wyklęte ciemnice, niechaj me serce hymnem swym rozełka! Księżyc i chmury - i ja - Twórca wolny! jam rozwulkanił te góry w przedwieku, ja widmo groźne żyjące w człowieku, ja niebo - gwiazdy dzierżę - i ów zamek dolny! Teraz mój los widzę - mój los widzę - ten, że jestem bóg! prawdę mówiłeś do mnie Luciferze! to zapomnienie straszne i wyjście za próg mojej wieczności - skąd grzech źródło bierze! Światła nad wodą śniącą, gdzie umarłe ludy; obłoki cicho śnieżą te mury podniebne, - a tam w księżycu zamek miłości i złudy i zaklęte w kamieniu sonaty pogrzebne. Bóg! jest Bóg! do niego się pięły tytany law i zdumione stanęły przed gwiazd huraganem i czytając księgę diamentowych praw, umilkły - w zachwycenia morzu nieprzejrzanem. Ja mrok - ja smutek - ja bezmoc - a jednak też bóg! ................................................................................. mozaiki gwiazd na czarnych, wniebowziętych szczytach! -------------------------- Księżycu! przy ołtarzu chmur - wieszczku i kapłanie - daj mi sny - tak skrzydlate - samotne - przejasne - bym zapomniał, że idę w wyklęte otchłanie, iskrząc się męką ognia - aż w dymach zagasnę! ............................................................................... ............................................................................... Ciemne drogi me! wysrebrzone - ukochane - wycałowane przez księżyc! * * * Lucifer jest! powtórzyłem, stojąc na płaskim stepie, który pokrywał zielenią górę, i czując, jak morderca pełznie wśród traw. Zorza wieczorna złotym przepychem rozkrzewia się nad górą podobną do trumny - niebieskie trójkąty przedzierają się przez jej złototkany szal. Gwiazda miłości wystąpiła pierwsza na jasne przejrzyste lazury. Cmentarz, nagrobki w turbanach i spisach - dają mi wspomnienie, że byłem królem narodu, który wyginął. Nie żal mi jego i nie wyciągnąłbym rąk do berła nad nim. Lucifer mię uczynił prorokiem pustyni i nie kazał mówić do mrówek z miast. Zejdą się olbrzymy przed namiot nieba mojego - zanurzą swe ramiona we krwi i będą kiełznać chmury pełne skrzydeł. --- Wyjechałem ku miastu wyrytemu w skałach, gdzie nie ma żyjących. Koń biały unosił mię lekko jak obłok mgły między wysokimi ziołami. I gdzie padła piana z jego uździenic - tam zakwitały ametystowe łany krokusu. Jechałem do grobu Jej, aby przyzwać Widmo, i do łoża mego chciałem Ją unieść. W bramie umarłych ujrzałem niewiastę młodą i drobną, niezmiernej piękności. Jakoby latarnie czarnych diamentów okryte jedwabiami rzęs - świeciły jej źrenice, twarz i postać zdały się żywym płomieniem. Czułem pocałunki jej spojrzeń na moich opuszczonych powiekach, imię Jej było Dalita. Podałem dłoń mą zamiast strzemienia, gdy siadała ze mną na Mlecznego, i ostrożnie z wolna zjeżdżałem z wielkiej stromości ku dolinie, gdzie srebrnym wężem wypływała rzeka i drzewa gajem czarnym, pełnym cienia, zapraszały do swoich świątyń. Droga zwęziła się nad przepaścią i skała stromo sterczy ku niebu, a głęboko w dole zasnuły się wąwozy mgłami. --- Tam w nieskończone dale idę, w nieskończone dale idę smętny sam. Wrota gór rozwarte przede mną, a za nimi morze. - * * * Kiedy opadł żar południa i chłodny wietrzyk oświeżył niebo, które było rozpalonym piecem - używszy kąpieli pachnącej siarką w kłębach olbrzymich tęczowej piany - pod ręką wysmukłego Hindusa - otwarłem furtę do ogrodu niezmiernego, który się rozciągał na stokach wielu gór przerytych bezdenną skalną czeluścią. Tu, znużony myślami, których żar nie dał się ochłodzić sorbetem i zimnym krwawym owocem indyjskich kaktusów, patrzyłem na góry, gdzie kołyszą się jasnozielone łany traw i brązowe skaliste grody pełne cykających świerszczy i zapachu cząbrów. I zmierzając ku skałom, widzę na ich porytych sarkofagach zamierzchłe legendy: Prometeusz skuty słucha Oceanid, głowa ścięta Meduzy płynie po falach, Jutrzenka sięga ręką do przełęczy nowych zórz, okrutne Bożyszcze na ołtarzu splecionych ciał --- a wodospady cicho szemrzą w wąwozach, i trzciny bambusów nad stawem poruszają się od przechodzącego ibisa. Księżyc blady jak zbudzony upiór; muszki zielone wirują w napowietrznych jeziorach - Serce moje było ciche, lecz niemocne. Syciłem się czarnym szkarłatem lilij, fale złotawych mietlic kołysały się - i byłem znużony jak posąg świętego, co już stoi od lat tysięcy w starej świątyni, z rozwartymi oczyma na tłumy wielbiących, a bardziej tajemniczych, niźli Bożyszcze, dusz. Gdzie jesteś? bóle moje się zagoiły, żądze umknęły, jak szakale z miejsca ogniów. W duszy mej świeci głowa Matki boga z przymkniętymi oczyma, gorączka męki już przestała ją palić, łzy wyschły, niebo już osiągnięte i otwarte, Syn króluje wśród gwiazd i otchłani, żołnierze rzymscy dawno rozsypali się w mogiłach, lampa kadzielna płonie rubinowym, pełgającym uwielbieniem - i tak smutno - monotonnie - bezdźwięcznie w tych niebiosach, gdzie trawy się kołyszą, błękit bez chmur, i tylko orzeł niedosiężnie przelata - unosząc w szponach obwisłe zakrwawione koźlątko. * * * Przepaści wężem złowrogim przeryły ogród, żlebem kamiennym zapadają w głębinę piekieł. Potok to rwie się huraganem jęków, to wypełnia milczeniem zimne, bezdenne jeziora. Niewidzialne ropuchy i kameleony, gnieżdżące się w wilgotnych jamach, gadały ze sobą. Księżyc przyświecał przez mleczne tysiącoletnie lasy cedrów. Na szczycie niedostępnej góry migotał zamek łuską lśnień. Słuchałem bębnienia ropuch i szeptu kameleonów, które obsiadły w leju skalistym mgławe jeziora. Myślałem o tych, co błądzą zamknięci w pieczarach. Sam byłem - księżyc już zapadł za góry - chłodne milczenie nastrajało swój instrument przerażenia i rozpaczy. Myślałem - jakie są tajemnice Boga, kiedy je ukrywa przed sobą samym? * * * Przyległszy twarzą do granitowych wschodów świętego stawu - przysiągłem Tobie, Duchu nieogarniony - - Czemuż przerywam milczenie? Na górze upiornej spod całuna lodów mroczą się granity - niebosiężne twierdze z białych marmurów - stacza się błękitny lodozwał jakby płaszcz olbrzyma. Tu karmią się u źródeł rzeki szalone i nieokiełznane, co trą głazy na miałki żwir - a bliżej morza ciche i głębokie. Ja, król, wisiałem nad przepaściami i nie miał mi nikt sznura dorzucić, nie było nikogo z żywych - prócz sępów, co wyglądały jak czarny różaniec na tle śnieżnej, straszliwej piramidy. Pisałem sztyletem Imię Twe na bryle kobaltu, czekając, rychło mi omdleje ręka i runę w otchłań, z której wiatr mroźny podnosił moje włosy do góry. Ujrzałem kosodrzew i wbijając szpony w ścianę dociągnąłem się do krzewiny i przy niej ległem omdlały. Ptaszek lecący mógł mnie muśnięciem strącić tam w otchłań, gdzie ryczący potok tu zaledwo zdał się wężykiem srebra. I począłem się zsuwać, jakby z murów piekielnego grodu. - Teraz, gdy słońce zaszło, ja, minąwszy otchłań, ucałowałem w mroku ziemię wonną od traw - i spoglądam w obłoki płynące, które przyszły do gór tych na spoczynek nocny - patrzę ku Nieskończoności, która staje się wciąż głębszą świątynią gwiazd i wtajemniczeń - Jestem obłokiem zwiewnym, który przyszedł ku nieruchomym nadziemnym wyżynom, wiatr poranku zwieje mię, dokąd Ty mu rozkażesz. Gromnice gwiazd rozetlą się nade mną śniącym, dusza ma jak tchnienie kwiatu tuli się do Twoich ran, o Góro, z nizin umarłego stepu wznosząca się śnieżną Allelują w nieprzejrzane Milczenia Wiecznych Przeznaczeń. |
Powrót
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















