| Satan.pl > Sztuka > Liryka > | [ Zaloguj się ] [ Rejestracja ] |
Wiersze z cyklu "Sezon w piekle"
MAJACZENIA
SEZON W PIEKLE
***
Moje życie, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi, było niegdyś ucztą, na której otwierały się wszystkie serca, płynęły wszystkie wina.
Pewnego wieczoru wziąłem na kolana Piękno. – I przekonałem się, że jest gorzkie. – Znieważyłem je.
Uzbroiłem się przeciw trybunałom.
Uciekłem. O czarownice, nędzo, nienawiści, powierzono wam mój skarb!
Zdołałem wygnać ze swego umysłu wszelką ludzką nadzieję. Głuchym skokiem drapieżnika rzucałem się na każdą radość, by ją zdusić.
Wezwałem oprawców, żeby, konając, kąsać kolby ich karabinów. Wezwałem wszystkie plagi, by zadławić się piachem i krwią. Moim bóstwem było nieszczęście. Tarzałem się w błocie. Suszył mnie wiatr zbrodni. Igrałem z obłędem.
I wiosna przyniosła mi okropny śmiech idioty.
Niedawno, bliski wydania ostatniego skrzeku, zapragnąłem odnaleźć klucz do dawnej uczty, na której być może odzyskałbym apetyt.
Tym kluczem jest miłosierdzie. – Pomysł taki dowodzi, że śniłem!
- Pozostaniesz hieną... itd. – wykrzykuje demon, który ukoronował mnie pięknym wieńcem maków. – Stań w obliczu śmierci ze wszystkimi swoimi głodami, ze swoim egoizmem i wszystkimi grzechami głównymi.
Ach, tego mi już nadto: - Ależ, drogi Szatanie, błagam, spojrzyj mniej wściekłym okiem! W oczekiwaniu na kilka spóźnionych podłostek, przyjmij, ty, co tak ceniący w pisarzu brak walorów opisowych czy dydaktycznych, tych kilka odrażających stronic z mojego karnetu potępieńca.
MAJACZENIA
II
Alchemia słowa
Do mnie. Historia jednego z moich szaleństw.
Od dawna chwaliłem się, że zawładnąłem wszystkimi krajobrazami, jakie tylko są możliwe, i uważałem za warte śmiechu współczesne sławy malarstwa i poezji.
Lubiłem idiotyczne obrazy, zdobione nadproża, dekoracje, namioty linoskoczków, szyldy, jarmarczne malowanki; niemodną literaturę, łacinę kościelną, erotyczne książki nie liczące się z ortografią, romanse naszych dziadków, baśnie czarodziejskie, książeczki dla dzieci, stare opery, niedorzeczne refreny, naiwne rytmy.
Śniłem krucjaty, odkrywcze wyprawy, o których brak sprawozdań, republiki bez historii, stłumione wojny religijne, obyczajowe rewolucje, przemieszczenia ras i kontynentów: wierzyłem we wszystkie czary.
Wynalazłem kolor samogłosek! – A czarne, E białe, I czerwone, O niebieskie, U zielone. – Ustaliłem formę i takt każdej ze spółgłosek i w instynktownych rymach pochlebiałem sobie, że odkryłem poetyckie słowo dostępne, któregoś dnia, dla wszystkich zmysłów. Zastrzegałem sobie prawo przekładu.
Początkowo były to wstępne studia. S[pisywałem milczenia i noce, notowałem niewyrażalne. Utrwalałem zawroty głowy.
*
Z dala od trzody, ptaków, wieśniaczek urody,
Cóż to piłem na klęczkach, z wrzosami przy twarzy,
Dokoła mając świeżej leszczyny ustronie,
W popołudnia zielonym i ciepłym oparze?
Cóż z młodziutkiej Uazy chłonąć mogłem wody,
- Nieme wiązy, darń nagą, niebo w chmur zasłonie! -
Pić w żółtych tykwach, z dala od błogiej zagrody?
Złoty likwor, z którego pot bije na skronie.
Zdawałem się gospody podejrzanym godłem.
- Nawałnica pognała przez niebo. Z wieczora
Nikły w dziewiczych piaskach leśne wody chłodne,
Boży wiatr sople lodu ciskał w bajora;
Płakałem widząc złoto – ale pić nie mogłem.
*
Latem, o czwartej nad ranem,
Trwa jeszcze senność miłosna.
Pod gajem wciąż pachną zarośla
Wieczorem przeświętowanym.
W słonecznym Hesperyd złocie -
Tam, w warsztacie swym leśnym,
Już cieśle - rozdziani do koszul -
Są przy robocie.
W ich głuszy, co mchem porasta,
Chcą stropy kunsztowne ciosać,
Na których miasto
Z farb złoży sztuczne niebiosa.
Dla majstrów tych, czarujących
Poddanych króla w Babilonie,
Wenus! na chwilę swych kochanków
Porzuć dusze uwieńczone!
O Królowo Pasterzy,
Cieślom gorzałki przynieś,
By wigor zachowali świeży
Aż do morskiej kąpieli w południa godzinie.
*
Poetycka starzyzna miała wielki udział w mojej alchemii słowa.
Przywykłem do zwyczajnej halucynacji: z największą łatwością widziałem meczet w miejsce fabryki, szkołę doboszów prowadzoną przez anioły, kolasy na wszystkich drogach nieba, salon w głębi jeziora; potwory, misteria; tytuł wodewilu piętrzył przede mną koszmary.
Później objaśniałem swoje magiczne sofizmaty halucynacją słów!
W końcu uznałem nieporządek mojego umysłu za uświęcony. Próżnowałem nękany ciężką gorączką: zazdrościłem szczęśliwym zwierzętom – gąsienicom wyobrażającym niewinność limbu, kretom, uśpionej dziewiczości!
Gorzkniał mi charakter. Żegnałem się ze światem w szczególnego rodzaju romancach:
Pieśń najwyższej wieży
Niech przyjdzie, niech nie zwleka
Pora, co nas urzeka.
Cierpliwość mi przyniosła
Na zawsze zapomnienie.
Uleciały w niebiosa
Obawa i cierpienie.
I głód porażający
Ciemność mi w żyły sączy.
Niech przyjdzie, niech nie zwleka
Pora, co nas urzeka.
Podobna jestem łące
Na niepamięć wydanej,
Zarosłej i kwitnącej
Kąkolem i tymianem,
Gdy zaciekle znad trawy
Much brzęczy ród plugawy.
Niech przyjdzie, niech nie zwleka
Pora, co nas urzeka.
Kochałem pustynię, spalone ogrody, spłowiałe kramy, wystygłe napoje. Włóczyłem się po cuchnących uliczkach i zamknąwszy oczy ofiarowywałem się słońcu, bóstwu ognia.
„Generale, jeśli jest jeszcze jakieś stare działo na twoich zburzonych szańcach, zbombarduj nas bryłami wyschniętej ziemi. Zmuś miasto do połknięcia własnego błota. Spal tlenem ścieki. Napełnij buduary rubinowym płynem ognistym...”
Ach, odurzony giez w pisuarze gospody, zakochany w ogóreczniku i roztopiony w promieniu!
Głód
Chęci teraz nabrałem
Tylko na piach i kamienie.
Powietrze jadam codziennie,
Żelazo węgiel i skałę.
Głody, paście się. Głody, w koło
Po dźwięków łące!
Z powojów chłońcie wesoło
Jady trujące.
Jedzcie szutry ziarniste,
Granit kościołów podniebny,
Żwir dawnych potopów, chleby
Ciśnięte w doliny mgliste.
*
Trąbił wilk pod zaroślami,
Miał z kurczęcia ucztę w trawie,
Słonecznymi pluł piórami:
Jak wilk zjadam się i trawię.
Ta sałata, te owoce
Wyglądają zbioru w sadach,
Ale pająk w żywopłocie
Jednie fiołki jada.
Nich śpię! Niech zakipię w dymie!
Na ołtarzu Salomona.
Po grynszpanie kipiel płynie
W nurt Cedronu przemieniona.
W końcu, o pełni szczęścia, o rozsądku, usunąłem z nieba lazur, który jest ciemnością, i żyłem, złota iskra naturalnego światła. Nie posiadając się z radości, nadawałem jej błazeński i możliwie najbardziej obłędny wyraz:
Odnaleziono w końcu!
Ale co? Wieczność! Ona
Jest morzem, co się łączy
Ze słońcem.
Dusza ma wiecznotrwała
Spełnia twoje życzenie,
Choć noc osamotniała,
A dzień trawią płomienie.
Pożegnałeś się zatem
Z wyrokującym światem,
Stadnych odczuć potrzebą!
Wzlatujesz w niebo...
- Nigdy więcej orietur.
Żadnego urojenia.
Nauka i czekanie
Mąk nie do uniknienia.
Nigdy jutra, płomieni
Atłasu, co się mieni,
Twoja żarliwość
To jedyne prawo.
Odnaleziono w końcu!
- Ale co? - Wieczność! Ona
Jest morzem, co się łączy
Ze słońcem.
*
Stałem się operą bajeczną: spostrzegłem, że na wszystkie istoty rozciąga się fatalność szczęścia: działanie nie jest życiem, lecz sposobem marnowania siły, utratą wigoru. Moralność jest słabością umysłu.
Sądziłem, że każdej istocie przypisanych jest wiele innych żywotów. Ten pan nie wie, co czyni: jest aniołem. Ta rodzina jest psiarnią. Stając przed ludźmi, głośno rozmawiałem z którąś chwilą jednego z ich innych istnień. – W rezultacie pokochałem wieprza.
Nie zapomniałem o żadnym sofizmacie obłędu – obłędu, który trzyma się pod kluczem – i mógłbym powtórzyć je po kolei, zachowałem tę umiejętność.
Moje zdrowie było zagrożone. Nawiedzał mnie lęk. Zapadałem w wielodniowe sny i, zbudzony, nie przerywałem najsmutniejszych rojeń. Byłem przygotowany na śmierć i własna słabość prowadziła mnie po niebezpiecznych drogach na granice świata i Kimmerii, ojczyzny wichrów i ciemności.
Musiałem podróżować, rozpraszać wypełniające mi głowę uroki. Na morzu, które wielbiłem, jak gdyby obowiązane było oczyścić mnie z brudu, ujrzałem wznoszący się krzyż pocieszenia. Potępiła mnie tęcza. Szczęście było moim przeznaczeniem i wyrzutem, toczącym mnie czerwiem: moje życie będzie zawsze zbyt przestronne, by poświęcone być mogło sile i pięknu.
Szczęście! Jego śmiertelnie słodki ząb ostrzegał mnie z pianiem koguta – ad matutinum, przy Christus venit – w najposępniejszych miastach:
O sezony, kasztele!
Dusz bez wad jest niewiele!
Z magicznych wziąłem doświadczeń
Szczęścia poczucie władcze.
Chwała mu, gdy brzmi nuta
Galijskiego koguta.
Ach, wyzbędę się pragnień:
Ono mną całym zawładnie.
Czar przenikł duszę i ciało,
By trudów poniechało.
O sezony, kasztele!
Ach, chwila, gdy uleci,
Będzie godziną śmierci.
O sezony, kasztele!
*
To już za mną. Potrafię dzisiaj witać piękno.
Powrót
Ludowy Komisarz Zdrowia ostrzega: wszystkie materiały umieszczone na stronie są własnością autorów.
Kopiowanie i rozpowszechnianie może być przyczyną... Tylko spróbuj. My zajmiemy się resztą :>















